mam 34 lata! i 34 absolutnie fantastyczne rzeczy, które zrobię do kolejnych urodzin.

mam 34 lata! i 34 absolutnie fantastyczne rzeczy, które zrobię do kolejnych urodzin.

Kiedyś myślałam, że kobieta kończy się wraz z trzydziestymi urodzinami. Dzisiaj umieram ze śmiechu, jak sobie o tym przypomnę. Serio. Jeśli Ty, i Ty, i Ty też boisz się tej magicznej granicy, tego przejścia na drugą stronę mocy, to przestań w tej chwili. To jest totalnie bez sensu. Nie chciałabym mieć znowu dwudziestu lat i nie mówię tego po to, żeby uspokoić samą siebie, że te zmarszczki pod oczami to nic takiego. Nigdy nie było mi ze sobą tak dobrze jak teraz. Nigdy nie czułam się bardziej kobieca, nigdy nie miałam tylu pomysłów, planów i energii do ich realizacji. I nigdy jeszcze nie byłam tak dobre dla siebie. Dobrze jest mieć 34 lata. Sto lat! Dla mnie ode mnie. :) W ramach prezentu urodzinowego na 34. urodziny przygotowałam listę 34 absolutnie fantastycznych rzeczy, które zrobię do kolejnych urodzin. I postanowiłam się nią z Tobą podzielić. Ku inspiracji! (poza tym trudniej będzie mi zrezygnować z któregoś punktu, jeśli napiszę to publicznie ;) ). To jedziemy...


34 absolutnie fantastyczne rzeczy, które zrobię do 35. urodzin (kolejność przypadkowa).


1. Kupię sobie wrotki, takie mocno retro, i nauczę się na nich jeździć. A potem zabiorę się z córką na lokalny skatepark. Serio, serio.
2. Przeczytam jeszcze raz wszystkie książki o Ani z Zielonego Wzgórza.
3. Obejrzę jeszcze raz wszystkie części Hobbita i Władcy Pierścieni.
4. Nauczę się wreszcie pływać, na litość Boską!
5. Pójdę na studia, na te na które bardzo chcę iść, na te na które zawsze szkoda było kasy i brakowało na nie czasu.
6. Zrobię sobie na drutach ciepły sweter.
7. Pójdę z córkami do lasu i nazbieramy cały koszyk kasztanów i żołędzi, a potem zrobimy cały zastęp jesiennych ludzików. Dokładnie takich samych, jakie robiła mi moja Babcia.
8. Nauczę się przyrządzać dynię tak, żeby wreszcie mi posmakowała.
9. Przebadam się dokładnie i nie będę miała wymówek, że po co mi to.
10. Wydrążę dynię i zorganizuję najlepsze przyjęcie halołinowe w okolicy. A niech gadają, że bezbożnicy.
11. Doszlifuję język angielski na perfekt. Tak, że myślenie w tym języku to będzie pikuś.
12. Zacznę uczyć się mojego ukochanego francuskiego. Chociaż 15 minut dziennie na początek.
13. Skończę z dobrymi wynikami kurs fotografii, który właśnie trwa.
14. Zacznę w końcu zarabiać jakieś porządne pieniądze na robieniu zdjęć.
15. Urządzę sobie maraton filmowy z butelką wina i pachnącymi świeczkami i obejrzę wszystkie filmy z tego wpisu.
16. Urządzę ognisko i będę jadła pieczone ziemniaki z masłem i koperkiem.
17. Zrobię córkom jesienne klimatyczne zdjęcia w liściach.
18. Spojrzę na jesień jak na dobrego przyjaciela, który niesie ze sobą całą masę dobroci i nie dam się chandrze.
19. Pójdę na samotny seans do kina, a potem napiję się kawy w kawiarni przy rynku, poczytam albo popatrzę na ludzi. I nikt niczego nie będzie ode mnie chciał.
20. Pojadę z mężem na romantyczny weekend tylko we dwoje.
21. Obejrzę wszystkie bożonarodzeniowe filmy i przeczytam wszystkie świąteczne książki jakie wpadną w ręce.
22. Będę częściej nosiła sukienki
23. i buty na obcasie.
24. Zrobię gruntowne porządki w garderobie i wyrzucę wszystko co do mnie nie pasuje i w zamian...
25. ...zbuduję idealną klasyczną szafę pełną dobrych gatunkowo, pasujących do siebie rzeczy.
26. Pozbędę się pstrokatych cieni do powiek i zielonych lakierów do paznokci, w których czuję się (i wyglądam) jak przekupa z targu i za to...
27. ...kupię tylko kilka kosmetyków do makijażu, ale za to dobrych i uniwersalnych.
28. Zrobię sobie prezent i kupię coś, co jest zupełnie niepraktyczne, ale za to marzę o tym od dawna.
29. Będę regularnie ćwiczyć jogę, a nie jak mi się przypomni.
30. Spędzę noc z rodziną pod namiotem.
31. Zapiszę się na warsztaty Agnieszki Maciąg.
32. Kupię krzesełko do roweru i zabiorę Małą na długą wycieczkę po okolicy.
33. Odezwę się do starej przyjaciółki, z którą nie mam kontaktu od wielu lat, i powiem "przepraszam, to była moja wina".
34. Zabiorę starszą na babski dzień, na lody i manicure, a potem pogadamy jak to właściwie jest z tymi chłopakami.
35. Przestanę przejmować się tym co ludzie powiedzą i pokażę na blogu swoją twarz :)


I przede wszystkim... nie będę się ograniczać żadnymi listami. Niech się dzieje! :)

...



Za piękne urodzinowe bransoletki dziękuję firmie By Dziubeka. Już za kilka dni na blogowym fb będę miała do rozdania dwie dokładnie takie same bransoletki. Bo niby dlaczego tylko ja mam dostawać prezenty z okazji moich urodzin, hę? :) Stay tuned, howgh!


sierpniowe stop klatki.

sierpniowe stop klatki.



Biorę udział w konkursie fotograficznym. Będzie mi bardzo miło, jeśli oddasz na mnie głos :) Tutaj: KLIK. 

p.s. Pojawiło się tutaj w komentarzach i na FB kilka pytań o niebieski kubeczek ze zdjęcia. Więc spieszę z wyjaśnieniami, że nijak go kupić się nie da, bo wyszperany został na targu staroci. Z wieloma moimi rzeczami tak jest, że są nie do kupienia, bo gdzieś tam wypatrzyłam pojedyncze sztuki. Także tego... marny ze mnie influencer ;)
lubię wrześniowe poranki.

lubię wrześniowe poranki.

Prawdziwego lata w tym roku było jak na lekarstwo. Więcej było deszczu, ciemnych chmur i chłodnego wiatru niż prawdziwego, upalnego lata. Szkoda. Mam wrażenie, że już zaczynam za nim tęsknić, mimo że przecież właściwie jeszcze trwa, bo sierpień mimo wszystko się nie skończył. Tymczasem, ciężko mi to przyznać, ale powietrze pachnie już inaczej. Wczoraj widziałam odlatujące bociany, a dzisiaj jeża, który gromadzi zapasy gdzieś w naszych ogrodowych chaszczach. Lata w tym roku mi wyjątkowo żal, bo go zwyczajnie nie było. Myślami jestem już we wrześniu, który przyniesie mojej rodzinie dużo zmian, między innymi nową szkołę Starszej, nową pracę pana męża, a i dla mnie kilka nowych wyzwań się szykuje... Jak to będzie? Jaki będziesz, wrześniu? Co nam przyniesiesz? Wiesz, ja naprawdę lubię wrzesień.

Lubię wrześniowe poniedziałkowe poranki, kiedy budzę się kilka chwil przed wołaniem budzika. Nie wiem jak to jest, ale mam chyba zamontowany jakiś niewidoczny czujnik, który powala mi się budzik dokładnie wtedy, kiedy obudzić się powinnam. Czujnik ten nazywa się "instynkt macierzyński" i dostałam go w bonusie razem z pierwszym dzieckiem. Zupełnie jakby przynieśli mi tę umiejętność ukrytą gdzieś w zakamarkach becika, w który okutane było to małe czerwone wrzeszczące. Dzięki niemu budzę się na każde najmniejsze kwęknięcie, otwieram błyskawicznie oczy z pełną przytomnością jak tylko mała nóżka zrzuci na ziemię kołdrę, szóstym zmysłem wyczuwam moment, kiedy pielucha jest już tak pełna, że zaraz zawartość zmoczy piżamkę. I w te poniedziałkowe poranki wrześniowe, kiedy budzik w telefonie  odzywa się dokładnie o 6.05, ja otwieram jedno oko dokładnie o 6.00. Patrzę tym jednym okiem (bo drugie jeszcze śpi) na lewo- Mała drzemie z czarną główką wciśniętą gdzieś pod pachę pana męża, a on wygięty w nienaturalną pozycję usiłuję nie spaść z łóżka i nie przygnieść Małej.

Zanim wyrwę Starszą z objęć Morfeusza, zanim podniosę do góry rolety i zapalę lampkę, lubię wcisnąć się obok niej, naciągnąć na nas kołdrę i rozpaczliwie ogrzewać stopy, które już zdążyły mi zmarznąć. Czuję, jak dziesięcioletnia łapka chwyta mnie za szyję i słyszę zaspaną prośbę: "przytulaj". I w tym małym pokoiku na piętrze, w ten szary wrześniowy poniedziałkowy poranek dzieje się prawdziwa magia, bo oto ona znowu ma 2 lata i znowu tulę ją do siebie w jednym łóżku. Lubię poranną kawę; cały ten rytuał z nią związany. Gorąca woda bulgocząca w czajniku na piecu, żadnym tam elektrycznym, takim żeliwnym co to wprawdzie nie robi klik, ale nadaje klimat poniedziałkowym porankom jak nic innego. Zapach świeżo zaparzonej kawy unoszący się po całym domu i ten pierwszy łyk rozchodzący się całym ciele. Gorąco kubka i para ogrzewająca policzki. Lubię zapach świeżych rogalików, jeszcze ciepłych, które dziadek przyniósł dziewczynkom prosto z piekarni.

Lubię mgłę gęstą jak mleko, taką że to drugiego domu wcale nie widać, taką która kładzie się hen daleko na polach, plącze się w koronach drzew i podchodzi niemal pod same drzwi naszego tarasu. Pierwszy prawdziwy wrześniowy deszcz jesienny lubię przeokropnie. Lubię te wielkie krople spadające z nieba, uderzające z ogromną siłą o parapet i lubię też pytające spojrzenia dzieci, które już zakładają kalosze i płaszcze przeciwdeszczowe. Ich radość, kiedy taplają się w kałużach, dzikie wrzaski i mokre spodenki lubię do nieprzytomności. Lubię otworzyć okno na oścież i wpuścić do domu chłodne wrześniowe powietrze; otwarte okno w pierwszy naprawdę chłodny wrześniowy poranek to jedna z największych przyjemności w życiu. A On mi mówi, że zimno jest i mam zamykać- jak on nic nie rozumie :) Lubię postawić Małą na kuchennym parapecie i obserwować Starszą, która idzie z szkoły z różowym plecakiem w kucyki i macha nam tak długo, dopóki całkowicie nie zniknie z horyzontu. I Mała też macha, a potem tak śmiesznie rozkłada rączki, bo nie ma już siostry. Poszła. Lubię poranny pachnący prysznic, kiedy oddaję Małą w czyjeś dobre ręce i mam te 20 minut tylko dla siebie. Otulam się wtedy waniliowym zapachem żelu pod prysznic, wącham słoiczek pełen pomarańczowego peelingu i planuję, że do kolejnej mikstury dodam koniecznie kardamon. Może cynamonu też trochę na rozgrzewkę.

Lubię przedpołudniowy spacer z Małą, kiedy siedzi w swoim wózku otulona ciepłym kocykiem i tylko ten kartoflowy nosek jej widać. Lubię założyć na siebie długi wełniany kardigan i iść z nią do lasu na poszukiwanie kasztanów, żołędzi i kolorowych liści i te ludziki, które potem zdobią każdy kąt w domu też lubię. Gorącą herbatę z sokiem malinowym po takim spacerze lubię bezgranicznie, nic tak nie smakuje jak gorąca malinowa herbata po pierwszym chłodnym wrześniowym spacerze właśnie. Lubię jarzynową zupę z soczewicą na obiad i lubię, kiedy pierwsze pytanie Starszej po powrocie ze szkoły brzmi: "a co dziś na obiad?". Lubię jak papla wesoło przy tej zupie i opowiada, co to się nie działo, naklejki z konikami od Wiktorii dostała, a Asia podzieliła się czekoladką, i w ogóle to wiesz mama szóstkę dostałam! Jemy, a Mała, która nie znosi być karmiona, ale samej jeszcze trudno trafić do buzi łyżeczką tak, żeby nie ubrudzić wszystkiego dookoła, śmieje się razem z nami, chociaż sama nie wie dokładnie z czego. I rozrzuca przy tym jedzenie dookoła. Nawet ten bałagan lubię, bo wiem, że on minie; skończy się i on, i rozgardiasz przy obiedzie, i dzieciństwo się skończy. I zostaną dwie miseczki zupy przy idealnie nakrytym stole, bez zbędnych okruszków i bez rozmów z ustami pełnymi jedzenia. Więc lubię, póki mogę.

Ciszę, która panuje w domu, kiedy Starsza odrabia lekcje, a Mała ogląda bajki z tatą, lubię przeokropnie. Między innymi dlatego ją lubię, bo krótko trwa ;) a ja mam czas na napisanie posta o tym co lubię na przykład. Lubię, kiedy w ten wrześniowy dzień wieczór przychodzi już po kolacji, mimo że jeszcze kilka tygodni temu o godzinie 19 wszyscy ganialiśmy po dworze. Lubię, kiedy wiatr wieje za oknem, deszcz zacina prosto w nasze szyby, a w sypialni wesoło migocze światełko świecy. Kokosimy się na kanapie, popijając co kto lubi, jedni kawę, inni sok, a jeszcze inni mleko; oglądamy bajki w telewizji i ja też to bardzo lubię. A najbardziej lubię ten moment, kiedy dziewczynki już wykąpane, pachnące obie szamponem Bambino obdarzają buziakami każdego domownika i idą do swoich łóżek. Przytulasy, chichotanie i skopywanie kołdry na ziemię lubię i to ciągłe "no śpij już wreszcie" też. Lubię noc, te kilka chwil po uśpieniu dzieci, kiedy zmywam z rzęs tusz, robię sobie zieloną herbatę i odpisuję na maile. Cisza, spokój, równe oddechy dzieci i moje ciche stuk stuk w klawiaturę komputera. Lubię położyć się spać ze spokojną głową, chociaż tak rzadko mi się to udaje...

moje filmowe top 20, czyli filmy na babski wieczór, które uwielbiam.

moje filmowe top 20, czyli filmy na babski wieczór, które uwielbiam.

Bardzo długo przedkładałam książki nad filmy. Zupełnie nie interesowały mnie filmowe nowości, nie śledziłam kinowych repertuarów, nie przebierałam nóżkami z radości na myśl o filmowym wieczorze. Ba! takich wieczorów nawet sobie nie urządzałam. Owszem od czasu do czasu obejrzałam jakiś film w telewizji, ale bardziej na zasadzie białego szumu. Ot kręcę się po mieszkaniu, a w tle leci jakiś polsatowski wieczorny film... Zdecydowanie bardziej lubiłam wieczory z książką i byłam przekonana, że tak mi już zostanie. Jednak kilka lat temu moje podejście zaczęło się stopniowo zmieniać. Książki nadal są dla mnie no 1, ale filmy zajmują coraz wyższe miejsce na mojej liście wieczornych przyjemności. Odkryłam sporo filmów, które jak za dotknięciem czarodziejskiej różdżki potrafią poprawić mi humor, wywołać uśmiech na mojej twarzy albo czasem nawet i łzy wzruszenia. Dzisiaj wieczór pod kocem, z ciepłą herbatą i filmem na laptopie jest jedną z największych przyjemności, jakie mogę sobie zafundować po całym dniu. Kinomaniakiem jestem dziwnym; nie śledzę nowinek kinowych i nie rzucam się łapczywie na ciężkie, ambitne, modne produkcje, żeby potem prowadzić długie dyskusje z innymi kinomaniakami, o nie! Jednak dzisiaj gdybym miała wybrać pomiędzy wieczorem w szpilkach spędzonym w ekskluzywnej, drogiej restauracji a wieczorem w domowym zaciszu z dobrym filmem, to wybiorę to drugie. Jeśli jeszcze dostanę do filmu w pakiecie męskie ramię i lampkę wina, to już w ogóle będzie czad ;) No. Po tym przydługim wstępie (krótko miało być! czy ja kiedykolwiek nauczę się mówić do Ciebie krótko, zwięźle i na temat? wątpię) zapraszam na mój filmowy subiektywnik. 20 filmów, które zawsze robią mi dobrze. Kolejność totalnie przypadkowa. Enjoy!



1. "Służące" (2011, reż.Tate Taylor)
„Służące” to pełna ciepła opowieść o niezależnych i silnych kobietach, które udowadniają, że wielkie i głośne zmiany zaczynają się od szeptów. Akcja filmu toczy się w stanie Missisipi w latach 60. ubiegłego wieku. Skeeter (Emma Stone), niepokorna dziewczyna z dobrego domu, marzy o karierze pisarki. Postanawia przeprowadzić wywiad z czarnoskórą służącą jednej z białych rodzin, łamiąc panujące wówczas niezwykle surowe zasady. Naraża nie tylko dobre imię wielu osób, ale nawet ich życie. P.S. Zawsze, ale to zawsze ryczę na tym fragmencie..., a odkąd zostałam mamą, ryczę dwa razy bardziej.

2. "Smażone zielone pomidory" (1991, reż.Jon Avnet)
Najpierw przeczytałam książkę (jakieś 43456554 razy), potem dopiero obejrzałam film. To jest jeden z tych niewielu przypadków, kiedy reżyser nie zepsuł filmu opartego na książce. Evelyn Couch ma kłopoty w małżeństwie, których nikt nie bierze na poważnie. W prywatnej klinice odwiedzając krewnych spotyka Ninny Threadgoode, starszą panią, która opowiada jej historię Idgie Threadgoode- młodej kobiety żyjącej w latach dwudziestych w Alabamie. Film na przemian wzrusza i bawi, a klimat Alabamy z lat 20. poprzedniego wieku to jest coś co tygryski lubią najbardziej...

3.  "Pamiętnik" (2004, reż.Nick Cassa
Zasadniczo nie gustuję w filmach o miłości, ale ten jest jednym z niewielu wyciskaczy łez, które oglądam z przyjemnością. "Pamiętnik" to historia pewnej miłości, która rozkwitła na początku lat 40. gdzieś w Karolinie Północnej. Duke odczytuje ją  starej kobiecie cierpiącej na chorobę Alzheimera. Dzięki sile uczucia przeżywa na nowo cudowne chwile swojej wielkiej miłości. Przypomina sobie, kiedy po raz pierwszy zobaczył Allie Nelson - ich spotkania, wspólne wakacje i trudny okres rozstania, gdy zniknęła z jego życia na siedem lat...

4. "Wiek Adaline" (2015, reż.Lee Krieger)
Urodzona na początku XX wieku piękna Adaline jako dwudziestolatka ulega wypadkowi, na skutek którego przestaje się starzeć. To co wydaje się spełnieniem marzeń o nieśmiertelności z czasem przynosi dramatyczne konsekwencje. Adaline musi się ukrywać przed władzami, które chcą poddać ją eksperymentom. Wciąż podróżując, zmieniając tożsamość traci kontakt z najbliższymi, którzy starzeją się na jej oczach. Film bardzo przyjemny wizualnie m.in. za sprawą oszałamiających kreacji od Gucciego ;)





 5. "Czekolada" (2000, reż.Lasse Hallstrom)
Nie wiem co mnie tak urzeka w tym filmie, że mogę go oglądać niemal codziennie i nigdy nie mam dość. Wszystko mi tutaj gra- Johnny Depp z czasów, kiedy lubiłam go najbardziej, Juliette Binoche, która w tym filmie jest dla mnie kwintesencją kobiecości, czekolada, dużo czekolady, bardzo dużo czekolady i urok małego miasteczka gdzieś na południu Francji, dokładnie takiego w jakim chcę spędzić kiedyś całe lato. Wszystko w tym filmie jest si i relaksuje mnie jak mało co.

6. "Amelia" (2001, reż.J.P.Jeunet)
Amelia jest nieśmiałą marzycielką pracującą w kawiarni. Jej życie zmienia się w noc 30 sierpnia 1997 roku, kiedy dowiaduje się o śmierci księżnej Diany. Wtedy to Amelia w swojej łazience przypadkowo znajduje tajemnicze pudełko. Postanawia zwrócić je właścicielowi. Ponieważ jest on bardzo ucieszony ze zwrotu, dziewczyna chce od tej pory uszczęśliwiać innych. W czasie swojej "misji" poznaje równie nieśmiałego jak ona Nino. Amelia uświadamia sobie, że myśląc ciągle o innych, zapomniała o własnym szczęściu.

7. "Delikatność" (2011, reż.David Foenkinos)
Film nie dla wszystkich. Specyficzny. Czasami wydaje mi się, że jest naprawdę banalny i kiepski, żeby następnego dnia pochłonąć go bez mrugnięcia okiem i mieć ochotę odpalić powtórkę. Jest to opowieść o Szwedzie, który zakochuje się w koleżance z biura. Wciąż opłakuje ona śmierć męża, który zginął trzy lata wcześniej w wypadku, ale delikatne i taktowne zaloty kolegi sprawiają, że na nowo budzi się w niej życie i miłość.

8. "Śniadanie u Tiffaniego" (1961, reż.Blake Edwards)
Klasyk absolutny, którego kiedyś zupełnie nie doceniałam. "Śniadanie u Tiffany'ego" to historia dziewczyny z ubogiej rodziny, która przyjeżdża do Nowego Jorku, aby ziścić marzenie o poślubieniu najbogatszego mężczyzny na świecie. Uprawia najstarszy zawód świata, ma bezimiennego kota i notorycznie gubi klucze od swojego mieszkania. Pewnego dnia w życie Holly wkracza pisarz Paul Verjak. Bohaterami zaczynają targać miłosne rozterki, które koniec końców prowadzą ich do happy endu. Jest wielka miłość, jest Audrey, jest Nowy Jork, który zajmuje dość wysokie miejsce na mojej liście miejsc do odwiedzenia.




9. "Pod słońcem Toskanii" (2003, reż.Audrey Wells)
Film, który oglądam zawsze wtedy, kiedy mam ochotę rzucić wszystko, całe moje dotychczasowe życie, i z jedną walizką (oraz córkami pod pachą;) ) ruszyć przed siebie. Małe urokliwe toskańskie miasteczko, gdzie wino leje się strumieniami, a makaron pożerany jest na tony, jest dobrym punktem docelowym każdej ucieczki. Jeśli jeszcze do tego dodać życzliwych sąsiadów i polską ekipę budowlaną, która pomaga w remoncie wymarzone domu, to już w ogóle szczyt marzeń ;)

10. "Jedz, módl się, kochaj" (2010, reż.Ryan Murphy)
Byłam na tym filmie w kinie chyba z 4 razy pod rząd... Jest to jedyny do tej pory przypadek, kiedy film spodobał mi się dużo bardziej niż książka. Raz, że uwielbiam Julię Roberts i biorę w ciemno wszystkie produkcje z jej udziałem, a dwa- filmów o silnej kobiecie, która nie boi się zmieniać swojego życia., nigdy dość. Poza tym... warto obejrzeć, chociażby dla tej włoskiej kuchni ;) Tak, ja mam coś z tym jedzeniem ;) "Jedz módl się kochaj, czyli jak pewna kobieta wybrała się do Italii, Indii i Indonezji w poszukiwaniu wszystkiego"

11. "Listy do Julii" (2010, reż.Gary Winick)
Główna bohaterka, Sophie, przyjeżdża do Włoch spędzić romantyczne chwile ze swoim narzeczonym. Ten jednak, zamiast ekscytować się bliskością ukochanej, "odlatuje" na sam widok długo dojrzewającego sera czy risotto. Pozostawiona sama sobie dziewczyna ma czas, by przemyśleć to, kim jest, gdzie jest i co jest dla niej naprawdę ważne. Jej przewodniczką będzie starsza kobieta, która spróbuje odnaleźć dawnego ukochanego, oraz nieco nabzdyczony młody Brytyjczyk, który tak jej zagra na nerwach, że obudzi w niej uczucia, o jakich już przestała nawet marzyć. 

12. "Magiczne lato" (2012, reż.Rob Reiner)
Morgan Freeman <3 i wszystko jasne ;) Taaa zdecydowanie wolę Freemana od Goslinga, ot taki dziwoląg ze mnie :) Na ten film trafiłam zupełnie przypadkiem, zaczęłam oglądać bez entuzjazmu i przepadłam. Pięknie zrobiony wizualnie film o tym, że na miłość nigdy nie jest za późno.  Zgorzkniały, poruszający się na wózku autor westernów stracił wenę, postanowił przenieść się w piękne miejsce, gdzie poznał samotną matkę trzech dziewczynek. I się podziało  :)





13. "Pożegnanie z Afryką" (1985, reż.Sydney Pollack)
Klasyk nad klasykami. Zachwycała się nim moja babcia, zachwycała się moja mama, teraz zachwycam się ja. Musiałam do niego dorosnąć, bo jeszcze 5 lat temu wydawał mi się nudny (!) i oderwany od rzeczywistości. Teraz oglądam bez mrugania powiekami, żeby nie stracić ani sekundy. Duńska pisarka Karen Blixen wyjeżdża w 1914 roku z niewiernym mężem do Kenii, by założyć tam plantację kawy. Wkrótce zakochuje się w lokalnej społeczności i tajemniczym myśliwym.

14. "Upiór w operze" (moja ulubiona wersja z 2004r. w reż.Joela Schumachera)
Akcja rozgrywa się w II połowie XIX wieku w londyńskiej operze, w której grasuje tajemniczy człowiek o twarzy zasłoniętej maską. Fabuła opowiada o losach młodej sopranistki, Christine Daaé oraz o chorobliwej miłości do niej tajemniczego Upiora Opery. Wbrew pozorom to wcale nie jest horror, chociaż na początku tak właśnie się wydaje :)

15.  "Duma i uprzedzenie" (2005, reż.Joe Wright)
Państwo Bennet mają pięć niezamężnych córek i pragną (w szczególności pani Bennet) każdej z nich znaleźć odpowiedniego kandydata na małżonka. Kiedy w pobliżu zamieszkują dwaj bogaci kawalerowie, pan Darcy oraz pan Bingley, nadzieje Bennetów na rychły i udany związek którejś z córek automatycznie rosną. Jednak duma, uprzedzenia i nieporozumienia wkrótce komplikują wspólne relacje i zaczynają poważnie zagrażać szczęściu.

16. "Rozważna i romantyczna" (1996, reż.Ang Lee)
Te sukienki, ahh! Jestem przekonana, że w poprzednim wcieleniu nosiłam właśnie taką sukienkę i byłam czwartą siostrą Dashwood ;) Anglia, XVIII wiek. Po śmierci męża wdowa i jej trzy córki zostają pozbawione majątku, przez co muszą przeprowadzić się do skromnego domu na wsi.



17. "Erin Brockovich" (2000, reż.Steven Soderberg)
Po raz kolejny Julia Roberts jako silna kobieta, która ogarnia cały świat ;) Erin to dwukrotna rozwódka, samotna matka trójki dzieci, która desperacko szuka zatrudnienia.  Gdy je znajduje, efekty jej pracy przerastają czyjekolwiek oczekiwania. Film oglądałam tysiąc razy, niektóre kwestie znam na pamięć.

18. "Thelma i Louise" (1991, reż.Ridley Scott)
Ktoś powiedział chwytaj życie, więc to zrobiły. Kultowy film drogi, zrywający z tradycją poprzez obsadzenie w rolach głównych kobiet.  Robią rzeczy, jakie zawsze były domeną mężczyzn – ścigają się samochodem, piją, strzelają z pistoletu, uprawiają przygodny seks, w końcu same wymierzają sprawiedliwość.  Ciągle wierzę, że pewnego dnia wybiorę się wynajętym kabrioletem w podróż ich śladem, przejadę się słynną Drogą Matką i zatrzymam na puszkę coli w przydrożnej obskurnej stacji benzynowej.

19. "Tajemniczy Ogród" (1993, reż.Agnieszka Holland)
Bajka, ale kto powiedział, że dorośli nie potrzebują od czasu do czasu bajek? Jako dziecko zaczytywałam się w książce, później wiele razy oglądałam różne wersje tej historii, żeby stwierdzić,ż że ta z 1993 roku pasuje mi najbardziej. O tym, że nawet jeśli wszystko wydaje się już być martwe, to nigdy nic nie wiadomo, może pod stertą suchych liści kwitnie zielona trawa? :)

20. "Mamma Mia" (2008, reż.Phylida Lloyd)
Ja naprawdę nie znoszę musicali... Obejrzałam ich całkiem sporo, ale zupełnie nie trafiają w mój gust. Poza tym jednym. Młoda Sophie chciałaby zaprosić na swój ślub ojca, którego nigdy nie poznała. Na podstawie pamiętnika matki wyłania trzech potencjalnych kandydatów. Fabuła banalna, historyjka opowiedziana lekko. Coraz mocniej podejrzewam, że to wszystko przez Meryl Streep, co za kobieta...

....

Lista jest otwarta. Chętnie dodam do niej nowe tytuły. Może podrzucisz mi cos ciekawego? :) Ostrzę sobie ząbki na "Paryż może poczekać" w reż. Eleonor Coppoli i coś mi mówi, że ten film może trafić na moją listę. Już sam fakt, że został wyreżyserowany przez 80-letnią kobietę, która całe swoje dorosłe życie poświęciła dzieciom i sławnemu mężowi, i dopiero teraz zadebiutowała, powoduje, że mam ciary :)


najważniejsza na świecie.

najważniejsza na świecie.

Gdybym miała klucz do tajemnych drzwi, które w jednej sekundzie przeniosłyby mnie do 2006 roku, bez mrugnięcia okiem przeszłabym przez nie. Zabrałabym ze sobą albumy pełne zdjęć, płyty pełne filmów i Twoje pierwsze maleńkie śpioszki. Odszukałabym siebie sprzed tych 10-11 lat, z delikatnie zaokrąglonych brzuchem, i opowiedziałabym sama sobie naszą historię. Rok po roku, tydzień po tygodniu, aż do dnia dzisiejszego. Powiedziałabym sobie, że dziecko, które za chwilę przyjdzie na świat, będzie najlepszym, co mogłam wtedy zrobić ze swoim 23-letnim życiem. Że da mi dużo więcej niż ja sama na to zasługuję. Że za chwilę zostaniemy we dwie, bo jej tata nie udźwignie codziennego życia. I że to nic, bo będziemy idealnie dopasowanym dwuosobowym teamem, idealnie naoliwioną dwuosobową maszyną i że te lata, kiedy będziemy tylko we dwie dadzą nam siłę i więź do końca życia.

Pokazałabym sobie te wszystkie rodzinne zdjęcia, na których uwiecznieni są ludzie od pierwszej sekundy Twojego życia zakochani w Tobie po czubki głów. Ludzie, których już nie ma, a którzy wpatrywali się w Ciebie godzinami, kiedy spałaś, nie mogąc oderwać wzroku. Pokazałabym filmy, na których podskakujesz radośnie ze smokiem w buzi, śpiewasz pierwsze piosenki, recytujesz wierszyki, rozpakowujesz prezenty od Mikołaja... Chciałabym przedstawić samej sobie Ciebie dziesięcioletnią. Ciebie, której się tak bałam, bo wtedy, kiedy miałam 23 lata, wydawało mi się, że właśnie kończy się mój świat. Myślałam, że zabierasz mi cała moją wolność, możliwość samorealizacji i wąską talię. Że nie mam dla Ciebie miejsca w mieszkaniu i że mnie na Ciebie nie stać. Że sama jeszcze jestem dzieciakiem. I że teraz to już tylko gacie w rozmiarze plus size, rozmemłane kapcie i codzienny kierat.

Skąd miałam wtedy wiedzieć, że niczego mi nie zabierzesz, za to będziesz najcudowniejszą małą pyzą na świecie? Że przyniesiesz ze sobą na świat tak dużo miłości, szczęścia i wzruszeń? Że zamiast mózgu będę miała budyń, kiedy małe dwuipółletnie łapki narysują mój pierwszy w życiu portret, a mała buzia rozciągnie się w uśmiechu i usłyszę "mama kocham"? Że, patrząc na Ciebie, będę chciała zatrzymywać czas dziesięć razy dziennie? Że będziesz moją motywacją, moim napędem, moją największą miłością? Że mogłabym Cię rodzić i dwadzieścia razy nawet, żebyś tylko była? Przyglądam się dzisiaj Tobie i zastanawiam się, kiedy to się stało. Kiedy tak urosłaś, Córeczko? Mam wrażenie, że tych 10 lat nie było. Mignęły jak błysk. Dzisiaj stoi przede mną prawie 10-letnia mała kobieta, sięgająca mi już do ramienia. Już nie muszę kucać, żeby z Tobą porozmawiać, chociaż często o tym zapominam i robię to mimo wszystko, a Ty nie musisz zadzierać tak śmiesznie główki do góry, żeby na mnie spojrzeć. Jesteś tak bardzo podobna do mnie, że aż się tego boję. Widzę te same włosy, uśmiech, nos upstrzony piegami tak samo jak mój własny. Takie samo postrzegania świata, ultrawrażliwość, brak wiary w siebie i lęk przed porażką też taki sam. Znajoma pasja w oczach, przekora dla zasady i chęć postawienia na swoim za wszelką cenę. Furia taka sama, kiedy buntujesz się przeciwko wszystkim i wszystkiemu, szukając swojej drogi. Widzę siebie w Tobie i bardzo chciałabym Cię uchronić przed sobą samą. Chciałabym, żebyś była silniejsza niż ja byłam. Zasługujesz na to, wiesz?

Córeczko, gdybym miała powiedzieć Ci tylko jedną jedyną rzecz. Tę najważniejszą. Wyposażyć Cię na życie w jedno tylko zdanie... Powiedziałabym Ci, żebyś zawsze, wszędzie i każdego dnia wierzyła w siebie, bo od tego wszystko się zaczyna. Nigdy nie przestawaj w siebie wierzyć. Nie daj sobie wmówić, że nie umiesz, nie wiesz, nie potrafisz, nie jesteś dość dobra. To bzdury. Nie pozwól nikomu ściągnąć siebie w dół, a musisz wiedzieć, że pojawią się tacy którzy będą próbować i będzie ich cała masa, wiesz? Będą momenty, kiedy cały świat powie Ci, że się nie nadajesz. Nie wierz światu. Wierz sobie. Możesz wszystko, co tylko sobie wymarzysz. Możesz robić co chcesz, być kim chcesz, mieszkać gdzie chcesz i spełniać swoje marzenia. Możesz czerpać z życia pełnymi garściami, niezależnie od okoliczności. Zawsze. Ograniczenia tkwią w Twojej głowie, pamiętaj. Bądź odważna, nigdy nie cofaj się przed strachem, nie pozwól, żeby lęk związał Ci ręce. Nie daj się zniewolić, nikomu i niczemu; toksycznym przyjaźniom, zaborczym mężczyznom, ramom społecznym, swojej głowie. To bardzo ważne, żeby być wolną. To najważniejsze. Bądź niezależna. Miej swoje konto, swoje pieniądze, swoją pracę. Lepsze jest swoje 5zł niż 10zł od mężczyzny. Pieniądze są potrzebne, żebyś miała poczucie bezpieczeństwa, poduszkę powietrzną, która zamortyzuje upadek, gdyby taki Ci się kiedyś zdarzył. A zdarzy Ci się, niestety. Musisz mieć świadomość, że zawsze sobie poradzisz. Że w każdej chwili będziesz mogła wstać i wyjść z życia, które Cię uwiera.

Nigdy nie zapominaj o tym, jak mądra, zabawna i piękna jesteś.

I że jesteś ważna, najważniejsza na świecie.


2007.

jak zachęcić dziecko do czytania książek? książki dla 10-letniej dziewczynki.

jak zachęcić dziecko do czytania książek? książki dla 10-letniej dziewczynki.

Jestem molem książkowym. Gdybym dzisiaj miała powiedzieć, kiedy zaczęłam namiętnie pochłaniać książki, nie byłabym w stanie. Odkąd pamiętam w moim domu się czytało. Pod choinkę, oprócz zwykłej lali czy klocków, zawsze dostawałam książkę. Na urodziny czy inne okazje tak samo. I te książki zawsze gdzieś tam były... Polacy czytają mało- jest to niezaprzeczalny fakt już od wielu lat. Plasujemy się niechlubnie gdzieś w dolnej części europejskiej tabeli czytelniczej. Statystyki biją na alarm, krzyczą wręcz, że podobno tylko około 15% (!!!) dorosłych rodaków regularnie sięga po książki. Regularnie, czyli co najmniej raz w miesiącu. Często dzieci tych nieczytających dorosłych z książka spotykają się dopiero w szkole. Smutne, prawda? A wtedy może już być za późno, żeby narodził się prawdziwy mól książkowy...

Za moich czasów...


Swoją drogą osiągnęłam ten wiek, kiedy zaczynam używać zwrotu, którego jako dziecko szczerze nienawidziłam ;) Starzeję się chyba... ;) A więc za moich czasów... nie było komputerów, internetu, gier komputerowych, specjalnych kanałów z bajkami w tv, smarfonów z ogólnie dostępnym wifi... Pierwszy komputer dostałam na 18-ste urodziny. Bajki oglądałam codziennie o 19, przez pół godziny jedząc parówkę albo jajko na miękko na kolację. Pamiętam to jak dziś! W sobotę, kiedy leciały smerfy, jadłam parówkę, a w niedzielę w trakcie gumisiów- jajko na miękko! :) W sobotnie i niedzielne poranki w łóżku rodziców oglądałam mój ulubiony teleranek. I tyle. Nawet do głowy mi przyszło, że bajki można oglądać przez kilka godzin ciurkiem, zresztą podejrzewam, że szybko dostałabym hopla. Czym wypełniałam sobie resztę czasu i czy miałam wrażenie, że się nudzę?
A skąd! Nuda była ( i właściwie nadal jest) pojęciem całkowicie mi obcym. Szalałam na podwórku od świtu do zmierzchu, niezależnie od pogody. Jeździłam na rowerze, na wrotkach i łyżwach, zjeżdżałam na sankach z górki na pazurki, urządzałam wielogodzinne podchody z dzieciarnią z sąsiednich domów, grałam w gumę (czy ktoś jeszcze dziś gra w gumę??), szykowałam gustowne przyjęcia dla lalek z proszoną herbatką z błota na kocu w ogrodzie... I czytałam. Odkąd nauczyłam się czytać, czyli jakieś... niech pomyślę... 29 lat temu (matko święta!!), jestem molem książkowym. Jako dziecko ciągle miałam jakąś zaczętą książkę. Kończyłam jedną, zaczynałam drugą. Na urodziny, święta, dzień dziecka dostawałam słodycze, lalkę (albo innego misia) i książkę właśnie. Ze szkolnej biblioteki korzystałam regularnie i nie trzeba było zmuszać mnie do czytania lektur szkolnych. Mama i nasze wspólne wieczorne czytanie to jedno z moich najwcześniejszych wspomnień, a "Ania z Zielonego Wzgórza" czy "Emilka z Księżycowego Nowiu" do dzisiaj są moimi ulubionymi dziewczynkami ever!

Dzisiaj...


W obecnych czasach łatwiej jest dziecku obejrzeć film czy pograć na komputerze – wrażenia wydają się mu intensywniejsze i są dostarczane we względnie krótkim czasie. Dzieci XXI wieku od samego niemal urodzenia obcują z komputerem, smartfonem, telewizją. Dla nich to normalka. Coś jak kiedyś dla mnie fakt, że bajka leci tylko o 19. Zetka oswajana była z książkami od samego początku, a nawet jeszcze wcześniej. Jako młoda, ambitna i mocno napchana ideałami mama, postanowiłam czytać córce jeszcze, kiedy ta siedziała w brzuchu. Pamiętam, że wyjątkowo upodobałam sobie wiersze Tuwima, które kiedyś czytała mi mama. Nie wiem czy cokolwiek do niej docierało, ale fakt faktem, że Tuwima uwielbiała przez kilka pierwszych lat swojego życia. Miała 3 lata, kiedy zapisałam ją do dziecięcej biblioteki i regularnie raz w miesiącu szłyśmy wypożyczyć kilka książek. Do tego oczywiście wspólne, co wieczorne czytanie. Zetka umiała płynnie czytać jako czterolatka, czym wprawiała w osłupienie panie w przedszkolu, a ja, no cóż, muszę to przyznać, puchłam z dumy. Byłam przekonana, że zaszczepiłam w córce miłość do książek. Teraz niestety książki poszły nieco w odstawkę na rzecz gier komputerowych i filmów, które trzeba przecież oglądać bo przecież koleżanki też oglądają... Obawiam się, że gdyby nie stanowcze z naszej strony limitowanie czasu na komputer, siedziałaby przed nim 24/7. Boleje nad tym bardzo, ale mam nadzieję, że to ziarenko, które zostało zasiane, kiedyś wykiełkuje. Od niedawno wróciłyśmy do wspólnego wieczornego czytania. To jedyny sposób, żeby zachęcić ją do sięgania po książkę. Liczę na to, że przypomni sobie, jak fajnie jest położyć się wieczorem do łóżka z dobrą książką i odlecieć w świat fantazji.

Jak zachęcić dziecko do czytania?

Wbrew mądrym radom, których ogrom można znaleźć w internecie, jestem zdania, że dziecka nie da się ot tak do niczego zachęcić. No nie da się. Próbowałam. Punkt po punkcie testowałam mądre rady na mojej córce i dzisiaj już wiem, że nie tędy droga. Jeśli powiesz dziecku: "czytaj, bo książki są super", to wzruszy ramionami i oleje. Jeśli wciśniesz w rękę książkę i powiesz: "czytaj, bo dobrze ci to zrobi na głowę", to w tę głowę się postuka i pójdzie dalej. Jeśli kupisz w empiku stos kolorowych książek i dasz dziecku na urodziny, mimo że do tej pory dostawało raczej modne i głośne gadżety, to te kolorowe książki szybko wylądują w koszu z napisem "makulatura". Dziecko nie zje na obiad warzyw, jeśli codziennie dostaje schabowego, rozumiesz? Dziecko uczy się poprzez obserwowanie nas, dorosłych. I to nie tyczy się tylko czytania książek. Więc jeśli tata o książkach wypowiada się pogardliwie i mówi, że lepszy jest film, nie pójdzie do szkolnej biblioteki i nie poprosi o książkę o smokach. Jeśli dziecko mamy z książką w ręku nie widzi, to nie pokocha czytania. Jeśli dziadek śmieje się z moli książkowych, nazywając ich jajogłowymi, to dziecko w życiu za książkę nie chwyci, żeby i ono nie zostało wyśmiane. Dziecko musi widzieć, że książki to jest to!, są cool, trendy, jazzy i naj, że mama zamiast serialu w tv, wybiera książkę, że lubi to i czeka na moment, kiedy usiądzie w fotelu i zacznie czytać. Jeśli dziecko widzi, że rodzice traktują czytanie jako stały element życia, to będzie to dla niego czymś naturalnym, jak oddychanie, jedzenie i sikanie w pieluchę. Niech książki mają swoje miejsce wśród zabawek dziecka, ponieważ powinny być przez niego identyfikowane z rozrywką i traktowane jako równie ważne, co ulubiony miś czy samochodzik.

Mądre książki dla 10- latki.

O ile do tej pory wybór książek dla starszej był dość łatwym zadaniem, teraz mam już z tym pewien problem. 10-latki to takie dziwne stworzenia zawieszone gdzieś pomiędzy. Już nie małe dzieci, ale jeszcze nie nastolatki.  Nadal siadają mamom na kolanach i chcą, żeby trzymać je za rękę, kiedy zasypiają, ale potrafią też z impetem zatrzasnąć drzwi do swojego pokoju i krzyknąć, że mama nic nie rozumie... W tym wieku koleżanki powoli zaczynają grać pierwsze skrzypce; liczy się to, co one lubią, jak się ubierają, jakie filmy oglądają i jakiej muzyki słuchają. To naturalna kolej rzeczy i tak ma być. Moim zadaniem jest być dyskretnie obok, czuwać nad tym wszystkim i... podsuwać mojej (prawie)nastolatce mądre i ciekawe książki.


Poniżej moje propozycje książek dla 10- letnich dziewczynek.

Klasyka, czyli książki, którymi zachwyca się już kolejne pokolenie dziewczynek. Ania i Emilka towarzyszyły mi przez całe dzieciństwo. Tak samo jak Sara pragnęłam mieć swój własny magiczny ogród, a wraz z panem Samochodzikiem odkrywałam mrożące krew w żyłach sekrety. Osiem książek, które nigdy się nie przeterminują.


1. "Ania z Zielonego Wzgórza" L.L.Montgomery
 2. "Emilka z Księżycowego Nowiu" L.LMontgomery
3. "Tajemniczy Ogród" F.H.Burnett
4. "Mała Księżniczka" B.F.Hodgson




5. "Dzieci z Bullerbyn A.Lindgren"
6. "Madika z Czerwcowego Wzgórza A.Lindgren"
7. "Opowieści z Narni" C.S.Lewis
8. "Pan Samochodzik" Z.Nienacki


Kolejna grupa to książki, które odkryłam niedawno i które skradły moje serce. Mądre, z przesłaniem, wyciskające łzy lub przywołujące uśmiech na twarzy. Dla 10-latki, ale też dla mamy. Dla każdego.


9. "O tych, którzy się rozwijali" I. Chmielewska- książka-zagadka. Kim są "ci, którzy się rozwijają"? Każdy z nas poczuł kiedyś działanie tajemniczych, niewidzialnych nici łączących ludzi i ich sprawy w czasie i przestrzeni. I każdy – dziecko i dorosły – może odczytać tę książkę po swojemu.

10." Dwoje ludzi" I.Chmielewska- Gdy dwoje ludzi żyje razem, to jest im łatwiej, bo są razem, i jest im trudniej, bo są razem...

11. "Oczy" I.Chmielewska- Czy można zrozumieć inność, doceniać ją? Czym jest tolerancja, nie widzenie, doświadczanie świata zmysłami? To nie zawsze ułomność, to także doskonałość.

12. "Miłość" P.Martin - każde dziecko powinno mieć swój własny egzemplarz tej książki, najlepiej z dedykacją od mamy na pierwszej stronie. Książka o tym, że mama kocha. Zawsze.




13. "Pamiętnik Blumki" I.Chmielewska- "Pan Doktor jest zdania, że ważniejsze od kar są nagrody, a jeśli dziecko zrobi coś złego, to najlepiej mu przebaczyć i czekać aż się poprawi. I że nie wolno dzieci do niczego przymuszać".

14. "Jak tata pokazał mi wszechświat" E.Eriksson- O tym, że dzieci widzą dużo więcej niż dorośli.

15. "O czym dziewczynki muszą wiedzieć" M.Susan- niby poradnik, ale nie do końca. Dobrze napisana książka o tym, co zaczyna się dziać z dziewczynką, kiedy kończy 10 lat :)

16. "Zniszcz ten dziennik" K.Smith- książka, która znalazła się w tym zestawieniu tylko dlatego, że dzieciaki ją kochają. Moja córka także :) To jest łamanie tabu, niszczenie książki na legalu, mimo że na co dzień nie wolno tego robić.




30 lat (i trochę).

Niedługo, już za chwilę skończę 34 lata.

T r z y d z i e ś c i  cztery. Kiedy, ja się pytam, to zleciało??


Zabawne. Jakieś 10-15 lat temu 34-latka jawiła mi się jako stateczna matrona, co to jej już niewiele wypada, za to coraz więcej musi. Kobieta stateczna, poważna, w idealnie skrojonej szarej garsonce, w jeszcze bardziej idealnie dobranych szarych czółenkach, w idealnie ciasno zwiniętym koczku na czubku głowy. Spiętym szarą spinką ofkors. Wtedy, milion lat temu, kobieta po 30-stce była dla mnie szara. Po całości.


Dzisiaj się z tego śmieję, bo ani ja stateczna, ani matrona, ani tym bardziej przyodziana w szarą garsonkę... Może ten koczek się zgadza ino, ale bardziej w wersji na Małą Mi ;)


TO stało się mniej więcej w okolicach moich trzydziestych urodzin. Nie przeżywałam ich jakość specjalnie, nie rozpaczałam, nie szukałam nowych zmarszczek na czole ani nie liczyłam siwych włosów na głowie. Urodziny jak urodziny. Dopiero potem włączyło mi się myślenie. Tak jakbym przez pierwsze 30 lat mojego życia myślała, że jestem wieczna. Serio. Nie dopuszczałam do siebie myśli, że mój czas jest ograniczony. Sporo rzeczy odkładałam na później, czyli tak naprawdę na nigdy, bo byłam przekonana, że przecież zdążę, mam tyyle czasu. Aż nagle przyszła refleksja. Chociaż przyszła to nie jest odpowiednie słowo. Ona uderzyła mnie obuchem w głowę tak skutecznie, że otworzyły mi się oczy.


Mam jedno życie. Określoną ilość lat, miesięcy, dni i godzin.  Ani jednego dnia więcej, ani jednego dnia mniej. Z każdym kolejnym dniem mam tego czasu coraz mniej. Nie będzie powtórki.

Jest tylko to co teraz. Przeszłość minęła i choćbym rozmyślała o niej latami, nie cofnę tego co było, nie odwrócę biegu zdarzeń, nie naprawię błędów, nie postąpię inaczej. Przyszłości jeszcze nie ma i nic mi po zamartwianiu się tym co będzie za 5, 10 lat. Jedyne co mi przynosi martwienie się na zapas, to kolejny siwy włos na głowie i gula w gardle, która rośnie zwłaszcza w bezsenną noc. Po co mi to?


Mam tylko to co jest teraz. I zamierzam to wykorzystać najmocniej jak się da.


Nagle, z dnia na dzień, postanowiłam żyć po swojemu.


Czasami myślę, że chciałabym cofnąć czas, ale tylko po to, żeby pójść na kawę z 20-letnią mną i powiedzieć tej młodszej mnie to, co wiem dzisiaj. Zaoszczędziłabym sobie wielu kłopotów. Pewnie nie miałabym teraz tego niefajnego uczucia, że zmarnowałam kilka lat na życie życiem, którym wcale nie chciałam żyć, w którym było mi za ciasno jak w za małym o pół numera bucie.

Wiesz, niby było ok, byli znajomi, imprezy, kasa na koncie, mocny makijaż na twarzy, randki, ale.... to nie było to. To nie byłam JA.

Nigdy, przenigdy nie chciałabym mieć znowu 20 lat. Nie chciałabym wracać do tego ciągłego niepokoju, udawania kogoś kim nie jestem. Lubię siebie teraz. Dopiero po 30 pozwoliłam sobie być sobą.

Co się zmieniło po 30-stych urodzinach?

Odzyskałam spokój. Albo może nauczyłam się tego spokoju. Wcześniej byłam cała rozedrgana. Ciągle niespokojna. W biegu. Chciałam wszystkiego naraz. Budziłam się w nocy z mocno bijącym sercem. Dziś wiem, że wciskałam się w nie swoje buty. Udawałam szaloną ekstrawertyczkę, głośną i rozchichotaną, kiedy tak naprawdę o niebo bliżej mi do obserwującej w ciszy świat introwertyczki. Dopiero kiedy przestałam udawać i zaakceptowałam siebie taką jaką jestem, zaczęłam być naprawdę szczęśliwa.

Dotarło do mnie, że jestem wyjątkowa. Tak samo jak Ty jesteś. Nie ma drugiej takiej na świecie. Przestałam porównywać się do innych i wyszukiwać w każdym tego, czego nie mam ja. Przestałam umniejszać uparcie swoje zalety i osiągnięcia. Przestałam zamartwiać się swoimi brakami, za to doceniam to co we mnie najlepsze. Przecież to jest totalnie bez sensu, sama przyznaj. Zawsze, ale to ZAWSZE znajdzie się ktoś ładniejszy, lepszy, ciekawszy, bogatszy, szczuplejszy, zabawniejszy, mądrzejszy, lepiej zorganizowany i z dłuższym CV.

Kiedyś bardzo zależało mi na aprobacie innych. Kiedyś chciałam być lubiana przez wszystkich i bolała mnie każda krytyka, każde złe słowo, nawet jeśli rzucone było przez człowieka, który pojawił się w moim życiu tylko na chwilę. Kiedyś wchodząc do pokoju pełnego obcych ludzi, zastanawiałam się czy mnie lubią. Dzisiaj zastanawiam się czy ja lubię ich. Odkrycie, że nie każdy musi mnie lubić i że nie muszę być ciągle miłą owieczką z uśmiechem przyklejonym do twarzy, było jednym z najważniejszych doświadczeń w moim życiu. Mam prawo mieć zły humor, mam prawo być niemiła, ba! mogę być nawet zimną suką, jeśli najdzie mnie taka ochota. I nikomu nic do tego. Jeśli masz problem ze mną, to jest to tylko i wyłącznie TWÓJ problem. Niesamowicie uwalniające uczucie.

Zaczęłam doceniać każdą chwilę. Niby banał. Carpe diem. Żyj chwilą. Łap momenty. Itede. No cholera, banał jak nic, aż mi głupio że tak mało odkrywczo piszę, ale inaczej nie potrafię tego ująć. W dniu, w którym zrozumiałam, że życie kiedyś się skończy, zaczęłam naprawdę żyć. Czy wiesz, że celebrować można dosłownie wszystko? Ze zwykłego na pozór dnia zrobić święto? Z każdej chwili wydobyć więcej niż się na pozór wydaje? Celebruję więc. A przynajmniej uczę się tego. Poranną kawę, spacer z dziećmi, karmienie kaczek, ostatni kawałek tortu bezowego i ten pyszny makaron z cukinią na obiad... Czytałaś w dzieciństwie "Pollyanne"? Ona w każdej sytuacji odnajdywała jakiś pozytyw; ja staram się od pewnego czasu robić dokładnie to samo. Życie mocno zyskuje na jakości, mimo że tak naprawdę nic się w nim nie zmieniło- poza mną.

Kiedyś trwałam w oczekiwaniu. Niby byłam, ale tak jakby mnie nie było. Robiłam coś, ale myślami byłam gdzie indziej. Już nie czekam. Aż schudnę, dzieci podrosną, uzbieram kasę, wyremontuję łazienkę. Żyję TERAZ, bo każdy dzień jest dobry, żeby żyć. Całe moje dotychczasowe życie to siedzenie w jakiejś cholernej poczekalni. Mało tego, rozmawiając z kobietami, mam wrażenie, że większość z nas w tej poczekalni utknęła na dobre! To tak jak z moją ciocią... 10 lat temu kupiła piękną garsonkę. No cudo, mówię Ci. Z falbanką u dołu spódnicy, z wyhaftowanym kołnierzykiem i z wielkimi czerwonymi guzikami. Metki nawet nie oderwała. Zawiesiła garsonkę w szafie i czekała. Czekała na odpowiedni moment, na dobrą okazję, żeby ją założyć, bo codzienność była zbyt zwykła dla takiej pięknej garsonki.

Po 10 latach cioci już nie ma, a garsonka nadal w szafie wisi.

Z wyblakłą metką.


jak nieidealna zrobiła swój pierwszy idealny owsiany chleb. i ciastka do tego!

jak nieidealna zrobiła swój pierwszy idealny owsiany chleb. i ciastka do tego!

Żyjemy w czasach, w których wyznaje się kult kobiety idealnej. Takiej co to zawsze w najmodniejszych dżinsach, z umytymi włosami i z doskonałą fryzurą, z pomalowanymi na czerwono paznokciami bez odprysków i z pełnym mejkapem na twarzy już od wczesnego poranka. Takiej, która i dom ma wysprzątany na błysk, i obiad z dwóch dań codziennie i jeszcze deser do tego, i karierę robi, i inwestuje w samorozwój. Takiej, która ma czas na kosmetyczkę, jogę, siłownię i kawę z przyjaciółkami. Takiej, która ogarnia wszystko z uśmiechem na twarzy i woła "jeszcze!". 


Taki zen.

Czytam namiętnie piękne blogi z cudownymi designerskimi wnętrzami , gdzie wszystko do siebie pasuje, a dziecięcych półek z zabawkami nie kala nawet gram kurzu. Gromadka ślicznie ubranych dzieci bawi się grzecznie z uśmiechniętą, zrelaksowaną mamą, która z idealnie wywiniętą kreską na powiece i z włosami, które nigdy się nie plączą, wymyśla coraz to bardziej kreatywne zabawy... Patrzę na to i nie wierzę. Nie wierzę w ten cukrowany obrazek. No nie wierzę jak cholera. Powiedz, czy masz ciągle dom ogarnięty na tip top, makijaż na twarzy i doskonale ułożone włosy? Przyznaj, czy Twoje dzieci zawsze chodzą w idealnie czystych szpanerskich ciuszkach? Zawsze masz na stole zupę, drugie danie i szarlotkę z własnoręcznie ukręconymi lodami na deser? Zawsze jesteś taka zen? Taka full ogar? Hę? Bo ja NIE. Cholera jasna. Nie jestem ani zen ani nawet fengsiu, a jak mam zrobić sobie zdjęcia, to najpierw zdejmuję dres na rzecz kiecki jakiejś reprezentacyjnej, myję włosy i zdrapuję z twarzy resztki kaszy. A i gluty dzieciom w tak zwanym międzyczasie wycieram, bo to nie uchodzi dzieciaki z gilami do pasa pokazywać, bluzeczki uświnione jagodami, co to im babcia własnoręcznie zawekowała, ściągam i zakładam te nowe takie, ładne... A i jeszcze podłogę odgruzowuję spod tej sterty porozwalanych klocków, lalek i rozsypanych herbatników. Taki u mnie zen panuje.

Jesteś cyborgiem?

Bo ja, wiesz, zazwyczaj chodzę w dresie i kitkę mam na czubku głowy związaną, i tylko tuszem rano rzęsy maznę. Nawet tego bym nie robiła, ale z natury mam białe, więc wiesz, sama rozumiesz... Dziewczyn też nie gonię co 5 minut do mycia i nie latam za nimi z mokrymi chusteczkami, bo chyba bym na głowę dostała- i one też. Nie wpisuję się w ten słodko- lukrowany trend, w którym idealne kobiety wychowują idealne dzieci i robią idealne kariery, a ich idealne domy lśnią idealną czystością. Piszę to poniekąd z żalem, bo jednak chciałabym się wpisywać. Jestem z natury pedantką, chociaż wchodząc dzisiaj do mojego domu, nawet byś tego nie podejrzewała. Sajgon, krótko mówiąc. Dobrze się czuję, kiedy mam wokół porządek, każda rzecz ma swoje miejsce, a ubrania w szafie wiszą w porządku kolorystycznym. Lubię mieć kalendarz z rozpisanym planem dnia i bardzo nie lubię, kiedy dzieje się coś niespodziewanego. Dzieci moje podejście do życie mocno zweryfikowały...
I tak sobie myślę... że to poniekąd my same wpędzamy się w poczucie winy, próbując dosięgnąć do ideału wykreowanego przez media, kolorową prasę, blogi, seriale i nasze głowy. Każda z nas ma w głowie obraz idealnej siebie, do którego nie doskoczymy choćby nie wiem co. No niedasię. Chyba że jesteś cyborgiem. Jesteś? No właśnie.

 Jak Rose na Titanicu.

Daleko mi do ideału jakiegokolwiek. Czasami się wylaszczę, szpilki założę i kreskę na oku machnę. Taką wywiniętą do góry i czuję się jak Rose na Titanicu, kiedy ją Jack trzymał i krzyczeli, że są królami życia- jakoś tak to leciało. Czasami kilka dni z rzędu chodzę w tym samym rozciągniętym dresie z plamami od mleka na dekolcie i wstydzę się nawet kominiarzowi drzwi otworzyć. Zdarza się, że ugotuję królewski obiad z jabłkami pod kruszonką na deser, a innym razem pizzę zamówię i oleję 5 porcji warzyw dziennie. Często sprzątam dopiero wtedy, kiedy półki w pokoju dziewczyn są golutkie, bo wszystkie zabawki zasłały podłogę w sypialni... Życie. I tylko cierpliwości mi czasami brak. I mam żal do siebie za to straszny. Moje dzieci są moje 24/7. Nie mam niańki do pomocy. Do tego praca zawodowa, bo mimo że pracuję w domu, to pracuję sporo. Czasami mam dość, chcę trzasnąć drzwiami i wrzasnąć "radźcie sobie sami!!". Potem ryczę wieczorem i mam wyrzuty sumienia, bo znowu podniosłam głos, a przecież one to zapamiętają... Często słyszę, że marudzę, bo są kobiety, które mają kilkoro dzieci i dają radę. Tak? Pokaż mi taką matkę, która non stop jedzie na optymistycznym haju i nigdy nie wymięka. Pokaż mi ją palcem, a najlepiej to umów mnie z nią na kawę, to wtedy uderzę się w pierś.

Być jak Agnieszka Maciąg.
Może są takie mamy, co to tylko w macierzyństwie znajdują spełnienie. Ja do nich nie należę. Kocham moje dzieci nad życie i kocham czas tylko z nimi, ale kocham też swój własny i jak tlenu brakuje mi chwili dla siebie. Teraz dopiero rozumiem dlaczego w samolocie, przy awarii, mówią, żeby najpierw założyć maskę tlenową matce, a dopiero potem dziecku... Dusząca się matka to kiepska matka, i nie mam tu na myśli tylko katastrofy lotniczej...Jestem wielozadaniowa z konieczności. Mam grafik napięty do granic możliwości, a w kalendarzu brakuje mi już miejsca i muszę doklejać kartki. Ciągle w biegu, szybko, szybko... A ja bym tak chciała wpisać się w modny ostatnio trend slow. Być taką drugą Agnieszką Maciąg, która z uśmiechem na ustach i promienną cerą gotuje na obiad soczewicę i kąpie się wieczorami w mleku. Na wszystko mieć czas. I wszystko co mam do zrobienia, zrobić na tip top...

Tymczasem udaję, że nie widzę klocków porozrzucanych po całym piętrze i nie słyszę wołania pralki, która błaga o wyjęcie zalegającego od wczoraj w niej prania. Zamykam się w kuchni i piekę chleb. Z tego co mi zostaje- jeszcze ciasteczka. Drożdże rosną, mąka fruwa w powietrzu, cały dom pachnie. Aromaterapia. Może nie jestem idealna, ale chwila wyciągania z pieca pierwszego własnego chleba, jest zbliżona do ideału.


Może spróbujesz? Działa lepiej niż godzina na kozetce u psychiatry. Tak myślę. 



PROSTY CHLEB OWSIANY ZE SŁONECZNIKIEM
w sam raz na pierwszy raz :)

Weź 50 gr drożdży i rozpuść je w 1/2 szklanki ciepłego mleka. Zasyp łyżeczką cukru i łyżeczką mąki, i odstaw na 30 minut w ciepłe miejsce. Po tym czasie dodaj do drożdży szklankę pestek słonecznika, 2 szklanki płatków owsianych i odrobinę soli. Wymieszaj drewnianą łyżką i odstaw w ciepłe miejsce na godzinę. Ciasto powinno podwoić objętość. Ja swój chleb upiekłam w zwykłej keksówce, ale możesz swojemu nadać dowolny kształt. Chleb musi się mieć przez godzinę w piekarniku nagrzanym do 190 stopni.



I JESZCZE PROSTSZE CIASTECZKA OWSIANE ZE SŁONECZNIKIEM
żeby nie marnować resztek :)

Banalnie łatwe- szklanka pestek słonecznika, szklanka płatków owsianych i 3 dojrzałe banany. Wszystko wybełtać razem ;) Nałóż łyżką porcje ciasta na blachę, spłaszcz widelcem i voila. Piec muszą się ok. 15 minut w temperaturze 190 stopni.

Wczoraj upieczone. Dzisiaj zostały ino okruchy. :)






Piękny talerz z krową- Idea Vintage. Sklep, który mnie oczarował, bo w 100% wpisuje się w to, co kocham, czyli nadawanie używanym przedmiotom drugiego życia. Mam ochotę przygarnąć cały ich asortyment. ;)

że jest Niebo zamiast nieba.

że jest Niebo zamiast nieba.

W sercach, głowach i w pamięci.
W "daj jej wieczny odpoczynek" szeptanym co wieczór.
W uśmiechu zatrzymanym na zdjęciu.
I w wizycie księdza po kolędzie.
Mimo że ja w księdza już nie wierzę.

To pewne, że tam jest.

W rozmowach z dziećmi.
W pustym talerzu na Wigilii.
I  w koszyczku ze święconką też.
W każdej trudnej chwili.
I w każdej wesołej nawet bardziej.

To pewne, że tam jest.

W każdym urodzinowym życzeniu.
 I w każdej zdmuchniętej świeczce.
W plackach ziemniaczanych z cukrem.
Takich jakie tylko ona smażyła.
W każdej kolejnej zmarszczce na moim czole.
I w każdym siwym włosie.

To pewne, że tam jest.

W Niebie, które dostrzegłam akurat tamtego dnia.
W uldze, że istnieje Niebo zamiast nieba.
W nadziei, że to nie koniec.
I w słońcu przebijającym się przez czarne chmury.

To pewne, że tam jest.

W niemocy mojej, strachu i słabości.
Kiedy stoję z opuszczoną głową.
I myślę, że nie dam rady.

Wtedy jest siłą.

W każdej podróży, z której zawracam.
Bo wiem, że nie tędy droga.
I cofam się na początek.

Wtedy jest zrozumieniem.

W każdym śmiechu szczerym.
Który te dobre łzy wyciska.
I w lekkim sercu.

Wtedy śmieje się ze mną.

W trzydziestej godzinie porodu.
Kiedy myślę, że tak wygląda umieranie.
I kiedy umieram tamtej nocy na chwilę.

Wtedy jest przetrwaniem.

Ale najbardziej jest w porannej kawie,
wschodzącym dla mnie co rano słońcu,
w oczach moich dzieci,
w książce którą trzymam na kolanach,
w filmie który wieczorem oglądam,
w deszczu który uderza w dach jesienią,
w zupie na wtorkowy obiad,
w ciasteczkach które wczoraj upiekłam.

W małych rzeczach.

Nie wytłumaczę już jej czym różni się tablet od smartfonu.
Nie podam zagubionych okularów.
Nie zaparzę herbaty z cytryną.
Nie pomaluję na różowo paznokci (tylko, wnusiu, równo ma być).

Ale jednak ona ciągle jest.
Dopóki pamiętam.
Jest.


minimalizm i hedonistyczne śliwki pod kruszonką.

minimalizm i hedonistyczne śliwki pod kruszonką.

 Minimalizm jest ostatnio bardzo modny, powiedzmy sobie to otwarcie. Być minimalistą- to jest coś! Plus 100 do zajebistości. Minimalistyczne blogi rosną jak grzyby po deszczu. Półki w księgarniach uginają się pod ciężarem poradników o tym, jak sprzątać żeby było sprzątnięte, jak wyrzucać żeby zostało tylko to co najpotrzebniejsze, jak oszczędzać żeby konto puchło, jak chcieć mniej żeby nie gonić wciąż za króliczkiem. W babskich gazetach roi się od felietonów pisanych przez praktykujących minimalistów, którzy porzucili swój codzienny kierat, swoją kurę znoszącą złote jajka zwaną po naszemu korpo, na rzecz małego drewnianego domku w górach z widokiem na Giewont. Wszędzie biel, szarość, błękit i metal, ewentualnie drewno, bo minimalizm modnie jest łączyć z drewnem. Podobno.

Śmieszne to trochę, bo jak tylko zdasz sobie sprawę z tego, ile kasy produkuje ta filozofia, to dociera do Ciebie, że minimalizm stał się po prostu kolejną modną maszynką do zarabiania. Filozofia życia, która zakłada prostotę życia, łączącą się nierozerwalnie z posiadaniem niewielkiej ilości przedmiotów, sama w sobie stała się mainstreamem. Stała się potężną machiną, która regularnie zasila konta minimalistycznych guru. Minimalizm jest teraz mocno cool. Zastanawiam się czy to jest trend, który na stałe wpisze się w nasze życie, czy raczej przeminie jak każda moda i za chwilę pojawią się tacy, którzy z gromadzenia dóbr uczynią nowy lifestyle. Być może. Moda przepływa przez nasze życie falami, więc i może ta moda odpłynie. Przyglądam się spokojnie temu trendowi w zasadzie od początku jego wielkiego boom w Polsce i nie mogę się zdecydować czy mi z nim po drodze, czy też nie.
Znam osoby, które przy każdej okazji podkreślają, że są praktykującymi minimalistami, a potem biegną do galerii handlowej po pięćdziesiątą czerwoną sukienkę. Bo tania była. Bo okazja. Bo wyprzedaż. Bo humor trzeba poprawić. Bo...

Dla mnie minimalizm to pokrewne ascezie minimum tego co potrzebujemy. Wszystko ponad to minimalizmem już nie jest. Mam ulubione blogi o prostocie, na które chętnie zaglądam, ale jest ich garstka. Lubię zainspirować się od czasu do czasu, popatrzeć na pachnące bielą i drewnem wnętrza, ale czy naprawdę, ale tak NAPRAWDĘ chciałabym wprowadzić to wszystko w życie? Nie. Chyba nie. Znakomita większość blogujących  minimalistek oraz moich bliższych lub dalszych znajomych pretendujących do tego miana, to jednak nie są minimaliści. Minimalizm to ograniczenie, a ja go wokół nie widzę. Widzę zmęczenie nadmiarem bodźców, chęć powrotu do normalności i przywrócenia rzeczom należnego im miejsca w szeregu. Ludzie wreszcie zdjęli dobra materialne z piedestału; kupują rozsądnie bez biegania z obłędem w oczach po wyprzedażach, nie gromadzą na zapas ciuchów, nie przynoszą do domu dziesiątek kosmetyków, nie trzymają na półkach miliona porcelanowych figurek ani pamiątek...  i to jest super! Ale czy to jest minimalizm? Nie wydaje mi się. Rozumiem naturę tego trendu, który wyrósł z totalnego przerostu konsumpcjonizmu. Czujemy przesyt, mamy dość, jesteśmy zmęczeni nadmiarem bodźców i przyduszeni ogromem rzeczy, które mamy, chcemy mieć lub musimy mieć, bo tak mówią wszechobecne reklamy. Mamy po kokardkę wyścigu szczurów, chcemy odpocząć, chcemy oddychać, chcemy żyć...

Ja, jak to ja, zawsze gdzieś po środku. Biorę z każdej mody tylko tyle, ile mi pasuje. Zdecydowanie nie jestem zaślepioną trendami konsumentką. Wszystko filtruję przez swoje upodobania i potrzeby.  Z moją fascynacją vintage i rustic daleko mi do minimalistycznych ograniczeń, nie dla mnie ascetycznie urządzone mieszkanie. Nie dla mnie szpitalna biel na ścianach ani metalowe krzesła. Lubię jak dom żyje, jak na ramkach ze zdjęciami osiada kurz, a półki uginają się pod ciężarem książek. Kocham sukienki, więc nie zrezygnuję z przyjemności ich kupowania choćby szafa pękała w szwach. Jednak chomikiem nie jestem, nie zbieram i nie gromadzę rzeczy. Wolę mieć mniej, ale dobrej jakości. Nie mam problemu, żeby przelecieć przez dom jak huragan i wyrzucić do worka wszystko co ten dom zagraca. Męczy mnie nadmiar przedmiotów w moim otoczeniu. Nie lubię pracować w bałaganie. Dążę do tego, żeby mieć przemyślaną garderobę bez przypadkowych, nie pasujących do siebie ubrań. Buduję swój zbiór kosmetyków tak, aby były w nim produkty, których faktycznie używam.

Taka ze mnie minimalistka. Jak z koziego kupra torba Diora ;)

...

Dzisiejszy poranek bliższy był raczej życiowemu hedonizmowi niż minimalizmowi ;) Wyobraź sobie taras zalany słońcem. Siedzisz sobie na drewnianym krześle, machając bosymi stopami. Ptaki wrzeszczą jak szalone, siedząc kawałek od ciebie na krzaku aronii, zupełnie jakby nic sobie z tego nie robiły, że pożerają twoje zimowe zapasy. Obserwujesz jak daleko ponad drzewami mgły opadają coraz niżej i niżej. Pachnie rosą. Wiesz, że za chwilę staniesz na bosaka na mokrej trawie. Czujesz, że marzną ci te gołe nogi, ale udajesz, że tak wcale nie jest, bo ta kawa gorąca tak pachnie, ta miseczka, którą trzymasz w dłoniach tak kusi... Bosko, co? :)

Masz ochotę zjeść ze mną najlepsze comfort breakfast na świecie? Zapraszam :)


ŚLIWKI ZAPIEKANE POD OWSIANĄ KRUSZONKĄ
podane ze śmietaną

Potrzebujesz:

kostkę masła
szklankę zmielonych płatków owsianych górskich
pół szklanki cukru brązowego
śliwki- ile chcesz :)


Zrób tak:

Śliwki umyj i wypestkuj- wiadomo. Możesz pokroić na kawałki, możesz zostawić tak jak są- i tak będzie dobre. Żaroodporne naczynie wysmaruj masłem. Ułóż śliwki. Kruszonka to najprostsza rzecz na świecie- zagniatasz masło z cukrem i zmielonymi płatkami; ja lubię dodać jeszcze trochę płatków w całości, bo wtedy fajnie chrupie :) Śliwki posypujesz kruszonką i wrzucasz do piekarnika na 20 minut. Lubię jeść jeszcze ciepłe, polane słodką śmietaną, ale z lodami też byłoby pyszne.