Wrzesień.

Wrzesień.

Mniej mnie tutaj, mniej mnie wszędzie. A jeśli we wrześniu jest mnie mniej, to może oznaczać tylko jedno- chorobę, jak co roku we wrześniu. 

Czas zwariował. Jeszcze chwilę temu czekałam na to lato, co to było takie piękne w tym roku, a dzisiaj patrzę jak za oknem wiatr zrywa połowę kolorowych liści z drzew. Wystawiłam głowę na chwilę, żeby obczaić sytuację pogodą, ale tak szybko jak ją wystawiłam, tak szybko schowałam bo chciało mi ją urwać. Aż trudno uwierzyć, że jeszcze tylko kilka dni i pożegnamy wrzesień. Serio? Kiedy to minęło? Zupełnie, jakbym pstryknęła palcami pstryk i już, pozamiatane, szlag trafił prawie cztery tygodnie życia. Chciałabym móc napisać, że wykorzystałam ten czas na maksa, że dużo spacerowałam, wystawiałam twarz do wrześniowego słońca i szurałam w liściach, że piekłam kartofle w ognisku, zbierałam kasztany i produkowałam zastępy kasztanowych ludzików... ale niestety wrzesień przeciekł mi przez palce. Niewiele było dni wartych opisania. Owszem, słońce pięknie grzało, nabierałam aronię, pigwę i orzechy, ale to tyle... Trochę byłam, wiesz, taka hop do przodu. Po pięknym, gorącym, długim lecie siłą rozpędu weszłam we wrzesień jakby nic się nie zmieniło, jakby nadal było lato. Nie miałam ochoty rezygnować ani z kawy pijanej co rano na rozgrzanym od słońca tarasie, z biegania na bosaka po trawie ani z wieczorów spędzanych na zewnątrz. Myślałam sobie "phi, co tam wrzesień, co tam jesień i krótsze dni! Ogarnę to, w tym roku będzie inaczej!". 

Drugi tydzień września sprowadził mnie jednak na ziemię. Tak konkretnie przywalił. Jak co roku moje córki postanowiły się pochorować. Ja naprawdę tego nie rozumiem. Wiosną i latem obie biegają pół gołe czy to upał, czy deszcz, czy gradobicie. Kąpią się w zimnym jak woda z lodowca jeziorze, opychają się lodami w najgorszy upał, mimo że babcie straszą anginą, pocą się i siedzą takie mokre w przewiewie. I nic. Zero. Null. Ani jednego kichnięcia. Ani jednego gluta. Niech mi ktoś odpowie, dlaczego w takim razie po pierwszym tygodnia września obie leżą z gorączką? I nie to, że w tym roku to wyjątek od reguły, nie, nie. Odkąd pamiętam wrzesień to miesiąc chorób. W głowę zachodzę dlaczego tak się dzieje. Przecież to niemożliwe, że moje dzieci reagują chorobami na obniżenie temperatury za oknem i mocniejsze podmuchy wiatru? Poważnie rozważam nagłe odcięcie od słońca. Brak witaminy D? Dopiero się wygrzebujemy. My, bo po dzieciach jak zwykle zachorowałam ja, a na końcu ten, który opiera się najdłużej, czyli Pan Mąż. Kolejność od lat jest taka sama. Kiedyś odkryję ten sekret, przysięgam, i przyjdzie taki wrzesień, kiedy nikt się nie pochoruje... A tymczasem jak chorobowe domino zaczęło się w drugim tygodniu września, tak w zasadzie kończy się dopiero teraz. Gdybyśmy chorowali wszyscy jednocześnie, to pewnie skończyłoby się po tygodniu lub dwóch, ale oczywiście my musimy po kolei... 

Ciemności pokryły ziemię. Trzeci dzień deszczu, zimna i szarugi. Temperatura oscyluje w granicach 12 stopni, co po jeszcze niedawnych 30 jest niezłym szokiem. Z trudem łapię jesienny rytm. Co roku obiecuję sobie, że tym razem będzie inaczej, że ogarnę, nie dam się jesiennej aurze, złemu nastrojowi i wieczorom zapadającym zaraz po obiedzie. Nie dam się i już! Naszykowałam stos czasoumilaczy- mnóstwo świeczek, filmów, piosenek, herbatek i kocy. Kupiłam zapas witaminy D. Mimo wszystko pierwsze uderzenie zimna zwaliło mnie z nóg. No cześć, jesieni, paskudo jedna, szkoda że tylko na wystylizowanych zdjęciach z Pinteresta wyglądasz tak uroczo, kiedy złote liście spadają z drzew jak w zwolnionym tempie, a dzieciaki wesoło skaczą po kałużach. W rzeczywistości liście spadają, owszem, ale smagają Cię w twarz mokrymi od deszczu plaskami, a dzieciaki jedyne czego chcą, to odłożyć kalosze na półkę i zatopić się w fotelu przed telewizorem z bajkami. Lajw. Jesień, ta nie-pinterestowa, to nie jest najłatwiejsza pora roku do kochania, umówmy się. I ja zazwyczaj średnio wtedy kocham świat, ludzi i nawet siebie. Zapadam się w sobie, zasypiam i budzę się gdzieś w okolicach końca lutego, może na początku marca. Zazwyczaj stwierdzam wtedy, że biorę się za siebie, bo jesień wespół z zimą wciągnęły mnie i wypluły napełnioną czekoladą, makaronem i winem; oraz wyrzutami sumienia oczywiście. Nie chcę tak. Hejtowanie jesieni i zimy żyjąc w naszej strefie klimatycznej to jak autostrzał w kolano. Nie da się wymiksować z życia na pół roku; z rodziny, pracy, zobowiązań, z dbania o siebie. 

Piękna złota polska jesień trwała w tym roku... hmmm jakieś trzy tygodnie. Szał ciał i szamotanie pępka, co nie? Słabo jednym słowem. Nie zdążyłam się nią nacieszyć tak jak planowałam. Kiedy złoto- brązowe liście spływały powolutku z drzew, ja wycierałam gluty. Pozostał niedosyt i mocne postanowienie wyciśnięcia z nadchodzących, bądź co bądź trudnych dla mnie, tygodni ile się da. Spodziewaj się więc całej serii wpisów z cyklu "Jesienne czasoumilacze" ;) Muszę wytoczyć najcięższe działa. Muszę zacząć robić to, o czym ciągle piszę, o czym mówię i z czym zawsze kojarzyła mi się jesień. Zaczynam w ten weekend, w zasadzie to już od dzisiaj. Film na wieczór- przygotowany. Facet do towarzystwa- obecny. Herbata w dzbanku- zaparza się. Lawendowa świeczucha- już czeka. Peeling z cynamonem i gęste masło do ciała- check.  Piżama w zajączki- na miejscu. Koniec z cieniutkimi koszulkami, czas na nocną flanelę. Jutro w planach mamy wyjście na kasztany i szuranie w liściach (niech tylko nie leje, plis), a w niedzielę- jesienny pakiet full wypas, czyli spa w łazience. Taki mój apel - bądź dla siebie dobra na jesień. Ja na chwilę o tym zapomniałam, ale już się poprawiam, promis. 


Złota jesień. Szkoda, że trwała tak krótko, bo była naprawdę piękna.















Jesienne must have.

Jesienne must have.

Dzisiaj założyłam letnią sukienkę. Tę najbardziej letnią z możliwych, z odkrytymi plecami i głębokim dekoltem. Mimi biegała na bosaka po trawie, zrywała dmuchawce, a potem rozdmuchiwała te białe puszki po całym ogrodzie, żeby za chwilę z dzikim wrzaskiem próbować je złapać. Słońce paliło jak dzikie, jakby zapomniało, że to już druga połowa września i że może pora złożyć broń i zrobić miejsce na nowe. Gdyby nie to, że powietrze ma złoty kolor i pachnie grzybami, gdyby nie to że zrywałyśmy dzisiaj aronię i pigwę, którą za chwilę będę zaprawiać na zimę, gdyby nie to że nazbierałam dzisiaj cały kosz orzechów... pomyślałabym, że to połowa wakacji dopiero. 28 stopni. Obłęd.

Nie wiem czy Ty też tak masz, ale mnie nowa pora roku zawsze zaskakuje jak drogowców śnieg. Niby mam ten kalendarz, codziennie przecież w nim siedzę, grzebię w nim i notuję. Jestem już duża i znam się na rachubie czasu, na litość boską! A jednak pierwszy prawdziwy jesienny dzień mnie totalnie dziwi i zaskakuje. I nie mam tutaj na myśli chłodnych poranków i zimnych, coraz wcześniej zapadających wieczorów, mgieł, które o szóstej rano gęsto zasnuwają okoliczne pola ani nawet kasztanowych ludków, które w tym roku moja młodsza córka produkuje po raz pierwszy w swoim trzyletnim życiu. Nie. Ten pierwszy totalnie jesienny, szarobury, zimny i mokry od deszczu dzień za każdym razem szokuje tak samo i zostawia mnie z wielkim znakiem zapytania wypisanym na czole- że jak to?? Jesień?? Już?? Tak bez ostrzeżenia?? 

Nagle okazuje się, że lekkie sukienki z gołymi plecami to już tak nie bardzo... sandałki tym bardziej, a brak jakiegokolwiek cieplejszego okrycia poza jeansową kurtką nieco utrudnia sprawę. Dziwnym trafem jak potrzebuję ubrań, to potrzebuję wszystkich od razu. Znasz to? Nie że brakuje mi płaszcza, ale mam jeszcze buty z zeszłego sezonu albo że mam całkiem ok torbę, ale za to przydałaby się czapka. Nie. U mnie musi brakować wszystkiego w tym samym momencie. Ki czort?? Tak więc stanęłam dzisiaj przed otwartą szafą i złapałam się za głowę. Nie mam się w co ubrać! Rozpoczęłam prywatne modowe śledztwo. Oto wyniki!


Trendy na jesień 2018.



UBRANIA.


Uważnie zaznajomiłam się z tym, co proponują projektanci, sieciówki i moje ulubione lokalne firmy odzieżowe i jak zwykle bilans wyszedł na plus tych ostatnich. Na drugim miejscu znalazły się sieciówki, z których kilka jednak również postanowiło ukłonić się nieco w stronę ogólnie panujących trendów na jesień '18. Niestety, w przeciwieństwie do zeszłorocznych pokazów, zupełnie nie przekonują mnie trendy lansowane w tym sezonie na wybiegach. Jeśli można stworzyć coś, co będzie totalnie odbiegać od mojego gustu, to właśnie zostało to stworzone.

Tej jesienie modny jest powrót do lat 90,, ale do tych lat najbardziej ociekających kiczem i złym gustem. Na topie są monokolorystyczne zestawy, czyli np. brown total look, sztruks w każdej postaci, zwierzęce motywy, cętki, metaliczna folia (!), brokat i cekiny. Powinnyśmy również nosić skórzane sukienki, neony, torebki z wielkim bijącym po oczach logo oraz peleryny, z których zasłynął Zorro.  Po jesiennym pokazie Chloe nie mogłam uwierzyć, że projektanci tak sobie lekko potraktowali kobiece proporcje i wbili modelki w stroje z obniżoną talią (pół biedy obniżoną, ale tej jesieni talia ma zaczynać się gdzieś w okolicach bioder!) i cięciami na wysokości łydek. O ile modelki wyglądały jeszcze jako tako, to przeciętna polka kobieta (taka ja na ten przykład, 167 cm wzrostu i okrągłe biodra) będzie wygląda jak clown (bez obrazy oczywiście, co kto lubi). Wiodącym trendem na jesień 2017 były krótkie zwiewne sukienki połączone z wysokimi kozakami i ciężkimi kurtkami a'la motocyklowe i to było to, co bardzo mi się podobało- kobieco i z pazurem. W tym sezonie każą nam zupełnie o tym zapomnieć i pod sukienkę midi założyć spodnie cygaretki, spod których wystawać mają grube rajstopy, a na wierz narzucić dwa płaszcze.... Nie mam pytań. Najbardziej podoba mi się trend lansowany przez Hexeline, czyli sukienki w dużą kratę, oraz jeansy boyfriendy np. te od Medicine. Te dwie rzeczy są umieszczone dość wysoko na mojej liście "must have".





MAKIJAŻ.


Lansowany przez kilka ostatnich sezonów no make up look odchodzi w zapomnienie- szkoda. Na miejsce palety nude wchodzi kanarkowy eyeliner, tusz do rzęs w kolorze oranżu, intensywnie kolorowe cienie do powiek, brzoskwiniowy bronzer i karminowa pomadka- to ostatnie to akurat bardzo ok. W modzie jest też wszystko co błyszczące i nie mam tu na myśli fajnego rozświetlacza, o nie, nie. Brokatem mamy posypać sobie powieki lub wręcz stworzyć z niego maskę na twarz. Zupełnie nie w tę stronę, w którą chcę iść. Nijak ma się to do minimalizmu, który ostatnio uprawiam na mojej twarzy. Dziękuję, postoję.






BIŻUTERIA.


Ooo i tutaj podpisuję się obiema rękami pd tym, co proponują projektanci. Trafili w 100% w mój gust. W tym sezonie namawiają nas do wyciągnięcia ze szkatułek biżuterii po babci, starych broszek, pereł, wisiorków. Modne będą wielkie kolczyki, które mają sięgać nawet do obojczyków (lubię takie łączyć z jesiennymi swetrami), bogate kolie ze sztucznymi kamieniami, nausznice (moje najnowsze odkrycie- uwielbiam), bransoletki we wszelkich formach i rozmiarach.





Jesienne must have.


W moim jesiennym niezbędniku na darmo szukać brokatu, cekinów oraz zwierzęcych cętek. Nie znajdziesz też torebek z gigantycznym logo krzyczącym "kosztowałam kupę kasy" ani sukienek z talią na biodrach. Są za to klasyczne trencze, ciepłe kardigany, wygodne boyfriendy, zwiewne sukienki i seksowne kozaki na słupku. Znajdą się również śliwkowe cienie do powiek, czerwone pomadki i cała masa jesiennych dekoracji, bez których nie wyobrażam się jesiennej atmosfery w domu. Całe szczęście jestem do bólu przeciętną, normalną babką, a nie żadną trensetterką, uff ;) Mogę więc wziąć sobie z mody to co mi się podoba, co do mnie pasuje, a resztę zostawić modowym freakom. Bardzo lubię hasło, że moda jest dla kobiet, a nie kobiety dla mody. I tego się trzymam.

Moje modowe wybory na jesień 2018.



1. Prochowiec Ivy & Oak klik

2. Prochowiec Mango klik

3. Prochowiec Mango Lucrecia klik




1. Kapelusz fedora klik

2. Beret w moim ulubionym kolorze klik

3. Kaszkiet klik



1. Długi sweter z wełną H&M klik

2. Długi sweter tundra blue by KokoWorld klik

3. Kardigan z ażurem Orsay klik


1. Torba El Nido by KokoWorld klik

2. Shopperka Orsay klik

3. Torba H&M klik


1. Kozaki w kolorze butelkowej zieleni Nessi klik

2. Musztardowe botki od Pullandbear klik

3. Kozaki na słupku klik


1. Sukienka od H&M klik

2. Sukienka Melia od Marie Zelie klik

3. Piękna Eustona Pointa Atramentum od Aeterie klik



1. Boyfriend jeans G-star Raw klik

2. Jeansy Wiya klik

3. Mom Jeans Greta klik





1. Piękny, prawda? klik

2. Parasol przezroczysty klik

3. Nieśmiertelne i nie do zdarcia kalosze Hunter klik


1. Moje ulubione fiolety na powiekach H&M klik

2. Śliwkowy lakier do paznokci H&M klik

3. Pudrowy róż na usta od Pullandbear klik

4. Masło do ciała Miodowa Mydlarnia klik


Cardio.

Cardio.

Ostatnie, czego bym chciała, to być świrniętą nadopiekuńczą matką. Kochającą, troskliwą, czułą i empatyczną- owszem, jak najbardziej, zawsze. Ale nie nadopiekuńczą matką- kwoką, która zagania dzieciaki pod swoje skrzydła i tak sobie je hoduje. Z niesmakiem myślę o tym, że mogłabym zamienić się w panikarę biegającą za dziećmi z bluzeczkami na przebranie (bo te, które mają na sobie już są spocone), z chusteczkami do wycierania nosów (bo kichnęły dwa razy), z soczkami (bo nie daj Panie Boże się odwodnią), z banankami, biszkopcikami i innymi dobrociami (bo głodne pewnie, bidulki, są). Daleko mi do wydawania z siebie dzikich okrzyków w stylu: "wolniej, bo się wywalisz!", "jedz małe kęsy, bo się zakrztusisz!", "nie dotykaj, bo się skaleczysz", "nie baw się w piaskownicy, bo się pobrudzisz" czy moje ulubione, kultowe już "nie biegaj, bo się spocisz!". O matko kochana, nie chcę taka być! Odstręcza mnie to, wpienia konkretnie i irytuje, chociaż na szczęście nie mam wiele takich ultra-nadopiekuńczych egzemplarzy w moim otoczeniu. 

Wychodzę z założenia, że życiowa mądrość to suma zgromadzonych gdzieś po drodze siniaków, zadrapań i ran tak rzeczywistych, jak i metaforycznych. Pewnie, że jako ich mama chciałabym, żeby zawsze im było dobrze, żeby nie bolało i żeby nikt nigdy nie sprawił przykrości, ale to nierealne jest przecież. Jak mają się nauczyć, skoro się nigdy nie wywalą? Nie stłuką kolana, nie przytną paluchów drzwiami ani nie stłuką ulubionego kubka (a mówiłam, odłóż kubek na stół, nie lataj z nim po domu!)? No jak? No nijak.


Że mam z tym problem, dowiedziałam się kilka dni temu.


Obudziłam się nad ranem cała zlana potem, z sercem tłukącym się gdzieś w gardle i łapczywie próbując złapać oddech. Przez dobrych kilka chwil nie wiedziałam czy to sen, czy jawa, czy zmora jakaś senna. W panice zerwałam się z łóżka i, potykając się po drodze o samotnie porzuconego misia, pobiegłam do łóżeczka Mimi i uff.. jest, śpi, ŻYJE ta mała gadzina. Nie wyskoczyła przez okno. Koszmar, w którym moja dzika trzylatka budzi się w środku nocy, idzie do pokoju siostry, wdrapuje się na parapet, otwiera okno i skacze z okrzykiem: "zobacz, mama, ja lataaaaam....." uświadomił mi, jak bardzo się o nią boję. W zasadzie boję się o obie moje córki, permanentnie się boję, ale Mimi to najdziksze dziecko, jakie w życiu widziałam. Starsza to też temperamentne dziewczę, ale jej młodsza siostra bije starszą na głowę. Mimi to Zu razy pięć albo razy dziesięć nawet, chociaż bywa też razy sto. Zwłaszcza, kiedy wyrywa mi się na środku ruchliwej ulicy, kładzie się na ziemię na parkingu czy też z uśmiechem na ustach ciśnie prosto na przeszklone drzwi, zupełnie nic sobie nie robiąc z naszych wrzasków- "zatrzymaj się, dziecko!!!" Ona nic sobie nie robi z nikogo i z niczego; z rozbrajającą naiwnością i z wiarą, że jest niezniszczalna eksploruje świat dokładnie w taki sposób, jaki jej się podoba. Najczęściej oznacza to robienie czegoś zupełnie odwrotnego do tego, czego aktualnie chcemy my, rodzice. Kiedy chcemy iść w prawo, ona idzie w lewo. Kiedy stwierdzamy, że ok, niech już będzie, pójdziemy w lewo, ona drze się, że chce w prawo. My schodzimy po schodach, ona robi wymyk i daje dyla na górę. Bierzemy ją na ręce, to się wyrywa. Idziemy po schodach w górę, to ona na główkę pogina w dół. I tak bez końca. 

I nie to, że ona kulturalnie idzie, o nie, nie! 


Ona rzuca się do biegu jak dzikus, jak wariatka jakaś, leci, jakby ją stado wygłodniałych wilków goniło. Mimi w zasadzie nie potrafi spokojnie spacerować ani biec truchcikiem; ona zawsze zapiernicza bez opamiętania. Nawiewa nie bacząc na fakt, że nie ma dokąd nawiewać, bo przed nią strome schody, rzeczone szklane drzwi, wykopane rowy, wściekłe psy, babcia z gorącą herbatą w dłoni, ścieżka rowerowa czy inne tego typu atrakcje. Leci z szalonym wyrazem twarzy, często z nieludzkim piskiem na ustach, nawet się za nami nie obejrzy. Czerpie niezwykłą, sadystyczną wręcz radochę z robienia nas w balona. Zbiega z taką prędkością, że mój szanowny Pan Mąż musi włożyć sporo wysiłku, aby ją dogonić. Nie wiem czy bardziej mnie to irytuje, czy fascynuje ta jej zawrotna prędkość, no bo hej, umówmy się- to tylko trzyletni kurdupel z kawałkiem dobrego temperamentu, a nie zawodowa sprinterka. W każdym razie dogonić małą spierniczającą Mimi to niezłe wyzwanie nawet dla wielkiego chłopa z długimi dogami, także tego... sama rozumiesz, że po spacerze, który z założenia miał być relaksującym, rodzinnym, nieco sielankowym przeżyciem, często wracamy urobieni jak dwa konie po westernie. A często nawet trzy konie, bo starsza siostra pomaga w pogoni jak może. Przekierowanie energii na właściwe tory czy też sprytna z naszej strony próba zmiany trajektorii lotu mikrusa zazwyczaj się nie udaje. Tak szybko jak ją złapaliśmy, tak szybko nam się wyrywa i zwiewa gdzie oczy poniosą. 

Pozostaje więc jedynie przemoc w czystej postaci. 


Brutalna i nie zwracająca uwagi na uczucia dziecka. Nie, że leję po dupsku i patrzę czy równo puchnie, ot, chwytam ją w biegu niczym worek ziemniaków, przy okazji pilnując, żeby w tym szale nie upadła mi na główkę. Targam potem pod pachą toto takie małe, szarpiące się, wściekłe, z pianą na ustach i siłą wciskam do spacerówki. Ewentualnie do fotelika samochodowego czy innego ustrojstwa, które zatrzyma tę rozpędzoną, kudłatą kulkę na dłużej niż piętnaście sekund. Tak, zdecydowanie, moje młodsze dziecko reprezentuje taki rodzaj aktywności, przy którym kurczę się w sobie ze strachu i truchleję cała. Moja córka nie ma w sobie za grosz instynktu samozachowawczego, za to dysponuje nadludzką wręcz brawurą, która połączona z nieskończonymi pokładami energii (wciąż wierzę, że jakby ktoś jej w ucho wsadził żarówkę, to by świeciła, serio) i totalnym olewactwem wszelkich zasad tworzy mieszankę piorunującą. Przecież nie zamknę jej w domu na kilka lat, aż trochę dojrzeje! Nie obłożę folią bąbelkową ani nie zainstaluję jej permanentnego kasku na głowie! Tak samo jak nie pozamykam wszelkich ulic, skrzyżowań ani ścieżek rowerowych. Nie wsadzę do klatek cudzych psów, które moja córka tak odważnie miętosi, nie zasypię rowów ani nie pozbędę się ruchomych schodów z galerii handlowych. Nie zrobię ze świata bezludnej równiny, na której moja dzika córka będzie mogła fiksować do woli. Nie wywiozę szalonego mikrusa z dala od wszelkiej cywilizacji, od rowów, dołów i przepaści. Jedyne, co mogę zrobić, to zainwestować w dobre buty do biegania i gonić, ścigać, tropić, namierzać, ratować, ganiać, łapać, chwytać i pacyfikować... To podobno dobrze robi na figurę, takie cardio...

Książki, które przeczytałam latem.

Książki, które przeczytałam latem.

Wzięło mnie ostatnio na jakieś letnie podsumowania. Zupełnie nie wiem dlaczego, bo nigdy podsumowań jako takich nie robię (no, poza perełkami), a już na pewno nie robię bilansów na zakończenie roku czy, tym bardziej, na zakończenie lata. W tym roku jakoś trudno mi się rozstać z tymi minionymi tygodniami; być może, gdyby lato było odrobinę mniej dla nas łaskawe, mniej ciepłe i piękne, byłoby łatwiej. Ale, kurde mol, było bajeczne! Tak więc wracam wciąż do lipca i sierpnia, przeglądam zdjęcia, wyciągam z szafy mój nowy cudny granatowy kostium kąpielowy w groszki (w stylu pin- up! dokładnie taki, o jakim marzyłam!) i myślę sobie, że znowu bym poszła sobie na plażę... Jakoś trudno mi zrobić miejsce na nowe, które nieuchronnie nadchodzi, mimo że grzyby w lasach rosną na potęgę i kusi mnie, oj kusi jak nie wiem co, taki dobry sosik do makaronu, kurkowy na ten przykład... Ja się tu kulinarnie rozmarzam, a o książkach przecież miało być. 



Także ten... W czerwcu, lipcu i sierpniu przeczytałam w sumie 8 książek. Czy to dużo, czy mało, zależy od punktu widzenia osoby, która czyta (lub nie czyta- chociaż mam nadzieję, że jednak czyta). Dla kogoś, kto wciąga książki nosem, to niewiele. Ale już dla kogoś, komu trudno jest przeczytać codziennie choć jedną stronę, to zawrotna ilość. Dla mnie to ilość całkiem ok jak na obecny czas. A raczej brak czasu... Tak, ciągły deficyt czasu powoduje, że czytam zdecydowanie mniej niż bym chciała i często wieczorem do snu wybieram artykuł w "Wysokich obcasach" czy "The Mother Mag" (swoją drogą wcale nie czuję się z tego powodu źle, bo oba tytułu są warte polecenia). Kiedyś, zanim jeszcze pojawiły się dzieci i praca na własny rachunek, czytałam więcej. Czytałam bez przerwy w zasadzie. Później na kilka lat porzuciłam książki, z czego zupełnie nie jestem dumna, i teraz z radością ponownie odkrywam radość z czytania. Jak mogłam o tym zapomnieć?? Wstyd. Podobno człowiek żyje tyle razy, ile książek przeczyta, i ja się z tym w 100% zgadzam :)




OSIEM KSIĄŻEK, KTÓRE PRZECZYTAŁAM LATEM

(czyli w czerwcu, lipcu i sierpniu)


1. Magdalena Witkiewicz "Pracownia dobrych myśli"


"Zawsze najpierw musi być źle, żeby potem było dobrze".

Na temat książek Magdaleny Witkiewicz słyszałam sporo dobrego. Dziewczyny, które były świeżo po lekturze którejś z książek, twierdziły, że to taki ogólnodostępny prozac w wersji papierowej. Trochę czasu mi zajęło, zanim sięgnęłam po "Pracownię...". Książka leżała na półce dobre dwa miesiące zanim nareszcie po nią sięgnęłam i podejrzewam, że gdyby nie wyjątkowo podły nastrój, jaki dopadł mnie akurat tego dnia, nie przeczytałabym jej do tej pory. Wydawało mi się, że to nie moje klimaty, a okazało się, że finalnie połknęłam tę książkę w dwa wieczory, zaśmiewając się momentami do łez. Historie mieszkańców kamienicy przy ul. Przytulnej 26 bawią, wzruszają, pozwalają na oderwanie się od rzeczywistości. To powieść o miłości, przyjaźni i dobrej energii, dzięki której da się naprawić wszystko, nawet najbardziej poplątany los. Na ul. Przytulnej mieszkają całkiem obcy sobie ludzie. Kiedyś, kiedy żyła Pelagia, jej krawiecka pracownia tętniła życiem, była centrum spotkań mieszkańców, a suknie ślubne, które szyła, zapewniały szczęście aż do końca życia. Po jej śmierci w pracowni były różne sklepy, aż w końcu jej wnuk Florek otworzył tam kwiaciarnię. Nagle zaczęła dziać się magia, która powoli połączyła wszystkich mieszkańców kamienicy. Pracownia odżyła, poplątane losy w piękny sposób się wyprostowały, pojawiła się miłość i przyjaźń. Historie chwilami nierealne, ale opowiedziane w tak piękny, czarodziejski sposób, że trudno oderwać się aż do ostatniej kartki. Jeśli szukasz ambitnej i ciężkiej lektury, to zdecydowanie nie dla Ciebie, ale jeśli potrzebujesz lekkiego relaksu i szybkiej poprawy humoru, polecam :)


2. Jesper Juul "Nie z miłości"


"Za mało troszczymy się o nasze indywidualne granice i potrzeby, a potem zrzucamy za to winę na innych".

"Język miłości nie powinien być ani pozytywny, ani negatywny- tylko osobisty". 

Zupełnie nie jestem fanką poradników dla rodziców. Przez 11 lat przeczytałam kilka książek o wychowywaniu dzieci i niemal za każdym razem po zakończeniu lektury stwierdzałam, że to przecież oczywiste i że ja już to wszystko wiem. Niektóre poradniki traktują rodziców jak idiotów tłumacząc im oczywiste rzeczy w stylu "przytulaj, rozmawiaj, nie bij". Chociaż teraz przyszło mi do głowy, że może naprawdę niektórym rodzicom należy takie rzeczy powiedzieć jasno i wielkimi literami, może są jeszcze tacy rodzice, którzy tego nie wiedzą... W każdym razie "Nie z miłości" to jedna z niewielu książek tego typu, które przeczytałam, oraz pierwsza napisana przez Jespera Juula. Bliska jest mi idea rodzicielstwa bliskości, ale zdecydowanie bardziej przemawia do mnie ona podana przez Juula niż przez Searsów. W książce Juula jest coś takiego, co trafia nie tylko do rodziców RB, ale również do tych, którzy dopiero szukają swojej rodzicielskiej drogi i szukają odpowiedzi na konkretne pytania. Mój egzemplarz "Nie..." jest cały kolorowy- od podkreśleń, wykrzykników i karteczek, którymi zaznaczyłam najważniejsze fragmenty. Pięknie porządkuje, przypomina i nazywa to co najważniejsze. Już na samym początku autor zdobywa moje wielkie uznanie pisząc, że nie jest to książka o tym, jak stawiać dzieciom granice, ale o wartości jakim jest słowo NIE  w każdej relacji. Dzieci z typową dla siebie mądrością i wrażliwością mówią NIE za każdym razem, kiedy czują, że ich granice są przekraczane. Dorośli mają z tym problem. Tymczasem świadome NIE jest drogą do prawdziwego TAK. W dziecięcym NIE Juul nie widzi nieposłuszeństwa, krnąbrności ani rozpuszczenia; widzi szansę na prawidłowe funkcjonowanie małego człowieka w społeczeństwa, a nie tylko tu i teraz, wypełniając rodzicielskie rozkazy. Książka świetna dla każdego, kto ma problem ze stawieniem granic sobie i/lub dziecku, oraz kto myśli, że:

- dzieci powinny ślepo wykonywać polecenia rodziców
- dzieci nie mają prawa do odmowy
- dzieciom nie wolno polemizować z rodzicami
- dzieci i ryby głosu nie mają ;)
- każde NIE dziecka to uderzenie w rodzica


3. Paula Hawkins "Dziewczyna z pociągu"


"Mówię, że nie wiem, co ze sobą począć, że jestem zagubiona i za dużo czasu spędzam w swojej głowie".

Taaa ja wiem, naprawdę wiem, że mam refleks szachisty i że ta książka nie jest już żadną nowością, że kto miał przeczytać, to przeczytał i jeszcze film do tego obejrzał. Ja "Dziewczynę..." przeczytałam dopiero tego lata, czyli niecałe trzy lata po premierze. Dlaczego tak późno, mimo że jestem wielką fanką kryminałów wszelkiej maści i thrillerów? Otóż wylazła moja przekora, upór mój ośli i podejrzliwość- bo jeśli jakaś książka (film, kosmetyk, płyta, whatever) jest tak intensywnie wychwalana jeszcze przed premierą i to przez literackie autorytety, zazwyczaj w praktyce okazuje się być mocno przechwalona. Kropkę nad "i" postawił sam król thrillerów, czyli King, który na Twitterze napisał, że nie mógł spać przez tą książkę. Czujesz to? King! Z zasady mam tak, że jeśli wszystkim coś się podoba, wszyscy coś czytają i polecają, to ja świadomie odsuwam w czasie moment, w którym sięgnę po tę pozycję. W czerwcu wreszcie przeczytałam "Dziewczynę..." i.... kurde blaszka! oni wszyscy mieli rację! Ostrzegam- jeśli zaczynasz czytać, to zarezerwuj sobie od razu cały wieczór, bo nie oderwiesz się aż do samego końca. Powieść idealnie wpisuje się w konwencję thrillera- zaczyna się spokojnie i niewinnie, żeby później nabrać tempa kuli śniegowej, porywając przy okazji ze sobą czytelnika. Bohaterkami tej książki są trzy kobiety, których losy splotły się za sprawą przypadku. Rachel, Anna i Megan żyją w zupełnie rożnych światach i są skrajnie różne. Rachel to rozwódka, która ma problem z alkoholem, z pracą i mieszkaniem, generalnie ze sobą samą. Anna, obecna żona byłego męża Rachel, z pozoru jest miłą, przykładną żoną i matką, ale pod tą maską skrywa wiele tajemnic. Megan, piękna kobieta sukcesu, ma za sobą mroczną przeszłość. Rachel przychodzi zmierzyć się nie tylko z własnymi demonami, ale również z bestią w ludzkiej skórze skrywającej się gdzieś wśród rzędów idealnych domków i pięknych trawników... Ostrzę sobie ząbki na ekranizację, ale boję się obejrzeć, żeby się nie rozczarować, bo Rachel w mojej głowie ma już swoją twarz, mimikę i nawet charakterystyczny tylko dla niej sposób poruszania się...

4. Michael Mosley "Jelita wiedzą lepiej"

"Wszelkie choroby zaczynają się w jelitach"

Chodziłam z tą książką wszędzie, odkładając ją w różnych dziwnych miejscach i potem nie mogąc znaleźć, więc latem w moim domu często brzmiało moje wołanie: "czy ktoś widział moje jelita?", "gdzie odłożyłam jelita?", "pomóżcie mi znaleźć moje jelita!". Ktoś, kto nie wie o co chodzi, pomyślałaby, że to jakieś wariatkowo ;) O tej książce pisałam już w perełkach lipca, chociaż zdecydowanie powinna znaleźć się w perełkach lata albo nawet w perełkach roku. Myślałam, że będzie to typowo medyczna publikacja o układzie trawiennym, tymczasem w moje ręce trafiła niesamowicie pasjonująca, niczym najlepszy thriller, historia o tym, co dzieje się z jedzeniem od początku aż do końca. Mosley pięknie płynie w swojej opowieści, prowadząc nas przez zakamarki układu pokarmowego, przedstawiając skomplikowane zagadnienia w prosty sposób. Wyjaśnia, że nasze jelita są domem dla trylionów drobnoustrojów, które wpływają na nasz nastrój, wagę i układ odpornościowy. Twierdzi, że najważniejsze jest to, abyśmy w jelitach mieli jak najwięcej różnorodnych mikroorganizmów, które nazywa "przyjaciółmi", dlatego bardzo promuje jedzenie kiszonek. To właśnie po przeczytaniu tej książki kupiłam gliniany ganek do kwaszenia i zabieram się za produkcję zakwasu z buraków. Polecam, zwłaszcza jeśli cierpisz na trudną w ogarnięciu alergię, astmę, przeróżne problemy jelitowe, i jesteś otwarta na metody, że tak się wyrażę, spoza medycyny chemicznej :)


5. Wiesław Weiss "Biała wódka, czarny ptak"

"Ilość detalicznych, pojedynczych błędów w dyktandzie przestała się liczyć, bo Celina nie miała już sił pisać. A niepisanie to przecież błąd zwielokrotniony, spotęgowany, niewybaczalny. I taka musiała być tym razem kara. Nieubłagana, nieludzka, bezlitosna. I taki musiał być ból, z każdym uderzeniem potężniejący, gęstniejący, totalny".

Kolejna książka, która leżała na półce i czekała na swoją kolej, bo mylnie sądziłam, że to nie są moje klimaty. Książka wydawała mi się ponura, przytłaczająca, a ja miałam ochotę na lekkie, optymistyczne treści. "Białą wódkę..." skończyłam czytać kilka dni temu i, mimo że nie jest to lekka literatura, to spodobała mi się tak bardzo, że nadal nie mogę z niej wyjść. Nadal żyję życiem głównych bohaterów i nie mogę zabrać się za kolejną książkę. Żałuję, że pozwoliłam tej książce tak długo stać na półce. Nauczka na przyszłość- dać książce szansę, nawet jeśli na pozór zupełnie do mnie nie pasuje. "Biała wódka..." to przede wszystkim zbeletryzowany opis PRL  z czasów wprowadzenia stanu wojennego. Opisane raczej z humorem niż ze złością realia PRL-u, ogólna beznadzieja, trudność w zdobyciu czegokolwiek, z pietyzmem odtworzone potrawy i obyczaje z knajp. Dla mnie wartość sama w sobie, bo urodziłam się "chwilę" po zakończeniu stanu wojennego, moja mama chodziła w ciąży w stanie wojennym, więc patrzę na to trochę jak kobieta, która ma teraz dostęp do tego wszystkiego, czego kobiety na początku lat 80. nie miały. "Biała wódka..." to taki trochę kryminał osadzony w realiach PRL-u, ale mający swoje początki w czasach II wojny światowej. Ciekawy miks, świetnie się to czyta, a końcówka, w której Weiss zadaje pytanie czy zbrodnie wojenne mogą zostać wybaczone i czy powinny zostać wybaczone, zmusza do zastanowienia się i pozostawia czytelnika z morzem myśli w głowie. Przynajmniej mnie zostawiła i to konkretnie.

6. Aleksandra Marinina "Egzekucja w dobrej wierze"


Aleksandrę Marininę kocham miłością ogromną! Przeczytałam prawie wszystkie jej książki i jeszcze nigdy się nie zawiodłam. Jeśli lubisz kryminały, to koniecznie sprawdź tę autorkę i jej serię o Anastazji Kamieńskiej- supermądrej i superinteligentnej, neurotycznej policjantce z Rosji. Historie osadzone w rosyjskich realiach są specyficzne i z całą pewnością nie każdemu przypadną do gustu, ale mnie wciąga moskiewski przestępczy świat jak widać ;) Aleksandra Kamieńska to główna bohaterka chyba wszystkich książek Marininy. Piszę chyba, bo głowy sobie nie uciąć, ale póki co nie trafiła mi się żaden tytuł bez Kamieńskiej. "Egzekucja..." jest tak samo dobrze napisanym kryminałem, jak pozostałe książki tej autorki. Major Kamieńska ma już ponad 50 lat (zaczynałam od książki, w której miała 30...), przechodzi na emeryturę i pracuję w agencji detektywistycznej swojego dawnego przyjaciela- Władisława Stasowa. Kolejne zlecenie, która ma wykonać w syberyjskim Wierbicku, z początku wydaje się nieskomplikowane. Na miejscu okazuje się jednak, że rosyjska prowincja postawi przed nią zupełnie inne zadanie... Zakończenie jak zawsze jest totalnie zaskakujące i zupełnie inne niż się wydaje i za to właśnie lubię tę autorkę :)

7. Bertrand Meyer- Stabley "Buckingham za zamkniętymi drzwiami"


Nie jaram się royalsami. (Prawie) w ogóle. Nie wiem za bardzo kto, z kim, po co i dlaczego. Nie ogarniam ich rodzinnych koligacji i powiązań. Nie podniecają mnie kreacje ślubne, narodziny royal babies ani niesnaski między księżnymi. Owszem rzucałam okiem na transmitowany w telewizji ślub Harry'ego i Meghan, pomrukując z aprobatą na widok jej jakże skrytykowanej ślubnej sukienki (swoją drogą mnie bardzo się podobała), wiem jakie imiona noszą królewskie dzieci, ale to wszystko. Książkę znalazłam na półce u moich rodziców i zaczęłam kartkować. Najpierw od niechcenia, kartka po kartce, później zaczęłam czytać, aż w końcu wciągnęłam się na dobre. Fajnie napisana, w prostym, lekkim stylu, momentami zabawna, z całą pewnością odstresowująca. Takie czytadełko na dobranoc po ciężkim dniu. Na pewno pozycja obowiązkowa dla każdego fana royalsów, bo zawiera takie smaczki jak plan pałacu Buckingham, listy i liczy pracowników, spis ulubionych potraw królowej, ciekawostki w stylu- jak mówią do siebie członkowie rodziny, kiedy są sami itp. 

8. Peter James, Nick Thorpe "Niewyjaśnione zagadki z przeszłości"


Mam w sobie gen Indiany Jonesa, słowo daję ;) Kręcą mnie wszelkie teorie spiskowe, ukryte skarby, zatopione statki, zaginione miasta, legendy, podania i nieprawdopodobne historie opowiadane z ust do ust. O tak, czuję drżenie łydek czytając o zatopionej Atlantydzie, tajemnicy Stonehenge czy wojny atomowej prehistorii. Oczywiście nie wierzę ślepo we wszystko o czym czytam, nie biję brawa każdemu twórcy szalonej teorii, ale z chęcią otwieram głowę na przeróżne hipotezy. Książka "Niewyjaśnione tajemnice przeszłości" przyszła do mnie za sprawą mojego teścia, który bardzo często jest dostawcą ciekawych książkowych perełek :) Książka jest fajnie napisana, bo nie narzuca żadnej teorii, a jedynie przedstawia podejście do niewyjaśnionych spraw naukowców na przestrzeni lat. Myślałam, że to będzie pozycja dla lekko nawiedzonych katastrofistów, a okazało się, że trafiłam na solidnie napisaną publikację. Autorzy poruszają takie kwestie jak- zatopienie Atlantydy, biblijny potop, zniszczenie Jerycha, czym była gwiazda betlejemska, dlaczego wyginęły dinozaury, dlaczego upadła cywilizacja Majów. Pięknie mi się tę książkę czytało i szczerze żałuję, że nie była dłuższa.






Na nadchodzącą jesień mam już przygotowany pokaźny stosik książkowych perełek. W końcu czy jest coś lepszego niż książka i kubek earl greya, kiedy za oknem szaruga? :)

...


Niezmiennie zapraszam Cię na mój Instagram, tam jestem obecna prawie każdego dnia :)


Smaki dzieciństwa- wrześniowe ucierane ciasto ze śliwkami.

Smaki dzieciństwa- wrześniowe ucierane ciasto ze śliwkami.

Wrzesień to już nie lato, powiedzmy sobie szczerze. Niby kalendarzowej jesieni jeszcze nie ma, ale lato to czerwiec, lipiec i sierpień. Wrzesień to początek szkoły, wczesne wstawanie, żeby zdążyć na ósmą, poranne mgły, zimne wieczory, coraz wcześniej zapadające ciemności. Wrzesień to walające się po trawniku smutne flaki po basenie i flamingu ze spuszczonym powietrzem, pranie, które wywieszone na dwór nie schnie już tak szybko. Wrzesień to też odlatujące bociany, wielkie klucze ptaków na niebie, widok, który zawsze ściska mnie gdzieś w dołku. Wrzesień zawsze był tym czasem, kiedy już zaczynałam tęsknić za latem, mimo że słońce całkiem nieźle jeszcze operowało. 



Nie. Nie lubiłam września.


Byłam na niego permanentnie obrażona za to, że w moim mniemaniu "odbiera" mi lato, odbiera mi wakacje, grille do późnej nocy, dnie w całości spędzane na plaży, włosy pachnące wodą z jeziora, piach na stopach, skórę pachnącą słońcem i solonym karmelem. Byłam wściekła, że zaraz po wrześniu przychodzi październik. A za nim listopad. Bez sensu, przyznaj sama. Jak można tak uparcie hejtować wrzesień, ba! jak można hejtować jesień w ogóle, jeśli mieszka się w takiej strefie klimatycznej, w jakiej my mieszkamy? Kto normalny poświęca jakieś osiem miesięcy na tęsknotę i wyczekiwanie tych czterech upalnych i zielonych? Toż to jakiś akt destrukcyjny jest! Nie wiem, kiedy to się stało i dlaczego. Może po prostu dorosłam i nauczyłam się akceptować rzeczy, na które nie mam wpływu. Może stwierdziłam, że mam dość umartwiania się przez większą część roku i narzekania, jaka to brzydka pogoda za oknem. Nie chcę być już częścią społecznego chóru, który pieje z niezadowoleniem, że chlapa, że zawierucha, deszcz, śnieg, brak śniegu, krótkie dni, zimne stopy i wysokie rachunki za ogrzewanie. Sorry batory, ale wypisuję się. Za stary wróbel na to już jestem.

Jeśli myślisz teraz, że pokochałam jesień, to nic z tych rzeczy. 


Nadal z żalem odprowadzam wzrokiem bociany aż za horyzont, aż mi nie znikną z oczu. Nadal brakuje mi sukienek z odkrytymi ramionami i biegania po trawie na bosaka. Nadal tęsknym wzrokiem patrzę na goły taras bez kwiatów i krzeseł, na których co rano latem piłam kawę. Ale zaczynam doceniać te wszystkie cudowności, które niesie ze sobą wrzesień i inne jesienne miesiące. Kiedy przestałam się wściekać, dostrzegłam, że żółto- rdzawe krajobrazy potrafią być naprawdę piękne razem z tymi wszystkimi kasztanami, żołędziami w śmiesznych czapeczkach, wielkimi dyniami, szalami, którymi można otulić się od góry do dołu. Ze wszystkimi ciemnymi wieczorami pod kocem z herbatą malinową w dłoni, za książki i filmy, które teraz smakują najlepiej. Za śliwki, jabłka i gruszki, chrupiące i soczyste, za cukinie, dynie i kabaczki. Za paprykę, która na ryneczku kosztuje teraz grosze, i za leczo, które nigdy nie jest tak dobre, jak jesienią właśnie. Za botki, spódnice w kratę i szuranie w kolorowych liściach. Za kardigany, berety i paznokcie w kolorze głębokiego fioletu. Za jajecznicę z grzybami i za las, który pachnie wilgocią, mchem i pierwszymi prawdziwkami. Moja jesień będzie smakowała gęstymi warzywnymi zupami z soczewicą i jabłkami pieczonymi z cynamonem. Moja jesień będzie miała kolor mojego musztardowego płaszcza i brązowych botków. Cieszę się na to wszystko, chociaż jeszcze kilka lat temu udawałabym, że nie dostrzegam ani jednej przyjemnej rzeczy w tej podłej jesień. Powitałabym ją jak paskudę jedną, która zabiera mi bezczelnie lato, śmiejąc mi się w twarz i dając w zamian krótkie dni, deszcz i depresyjny nastrój, i chodziłabym skwaszona aż do marca. Robię postępy woohoo :)



Tegoroczne lato pozostawiło po sobie spory niedosyt.


Jak niemal każde moje lato zresztą... Wciąż mi za mało, za krótko, zbyt szybko ucieka. Było piękne, długie i upalne, ale mimo wszystko nie czuję, że wykorzystaliśmy je w pełni. Brakowało urlopu, wyjazdu gdzieś całą rodziną, oderwania się, zmiany planszy na dłużej niż tylko weekend. Sezon na truskawki i czereśnie skończył się jakoś wyjątkowo szybko. Zbyt mało kąpaliśmy się w jeziorze. Zbyt rzadko chodziliśmy na lody. O piknikach całkowicie zapomnieliśmy. Dzisiaj, na początku września, już czuję zapach tego jesiennego lasu i parku, w których będziemy szurać w liściach. Widzę nas przy parującym garnku z dyniową zupą, włóczących się weekendowo po miastach, które chcemy odwiedzić i produkujących zastępy ludków z kasztanów. Nie pozwolę, żeby chociaż jeden dzień tej jesieni przeciekł nam przez palce. Słowo!




Przepis na ucierane ciasto ze śliwkami jest w mojej rodzinie chyba od zawsze. Najpierw robiła je moje Babcia, teraz robi je moja Mama, a pewnie i ja będę je kiedyś robiła dla moich wnuków. Tak właśnie smakował wrzesień mojego dzieciństwa. Tak smakował poobiedni deser w dzień rozpoczęcia roku szkolnego. Smacznego :)


WRZEŚNIOWE UCIERANE CIASTO ZE ŚLIWKAMI


Potrzebujesz:


3 szklanki mąki (może być pełnoziarnista)
2 łyżeczki proszku do pieczenia
4 jajka
1 szklanka cukru
1 opakowanie cukru waniliowego
1/2 szklanki oleju
1/2 szklanki mleka (może być roślinne, np. ryżowe)
2 szklanki śliwek (wypestkowanych, przekrojonych na pół)
cynamon
cukier puder (opcjonalnie, do posypania)



Na kruszonkę:

1 szklanka mąki (może być pełnoziarnista, chociaż najlepsza kruszonka jest jednak z pszennej)
10 dag masła
1/2 szklanki cukru


Zrób tak:

1. Mąkę przesiej z proszkiem do pieczenia. Jajka utrzyj z cukrami. Dodaj olej i mleko, zmiksuj. Wsyp mąkę, wymieszaj łyżką. Ciasto wyłóż na blachę. Wciśnij lekko śliwki, posyp cynamonem. 

2. Zagnieć składniki kruszonki. Ciasto porwij palcami i rozłóż na owocach.

3. Piecz ok. 50 minut w piekarniku rozgrzanym do 180 st. Przed podaniem możesz posypać cukrem pudrem.