Helołyn.

Helołyn.

W zasadzie ten tekst miał nie powstać. Moje poglądy są dość ugruntowane, a temat w ostatnich tygodniach został przemielony przez media, blogerów oraz ludzi wszelkiej maści i profesji na wszystkie możliwe sposoby. Nie planowałam w tym roku dorzucania moich przysłowiowych trzech groszy. Nie mam siły się bić, słowo daję, za stary wróbel już jestem. Nie chce mi się zwyczajnie. No nie chce mi się jak jasna cholera. Chciałam napisać, że nie chce mi się jak diabli, ale mogłoby to zostać źle odebrane przez co wrażliwsze jednostki, zważywszy na dzisiejszą datę w kalendarzu ;) Ja już swoje nakrzyczałam, nabiłam się i nawojowałam. Ja już szłam na czele pochodu, trzymając transparenty, krzyczałam do megafonu i udowadniałam swoje racje. Serio, dziękuję, postoję i popatrzę, jak to inni się biorą za łby- tak myślałam, ale... No właśnie, zawsze jest jakieś ale. Ilość pytań od znanych i zupełnie nieznanych mi ludzi, jakie zostały w moim kierunku skierowane w tym mijającym tygodniu spowodowała, że oczy mi wyszły z orbit. Ilość negatywnych komentarzy, ilość pouczeń i fragmentów artykułów, wypowiedzi czy wywiadów, jakie zostały wysłane na mój blogowy fanpage, była wprost zadziwiająca. Tylko dlatego, że gdzieś na grupie wspomniałam o planach na helołynową imprezę urodzinową córki.


Otóż tak się złożyło, że moja starsza córka Zu urodziła się w połowie listopada- idealnie pomiędzy Halloween a andrzejkami. Odkąd poszła do szkoły, jej urodzinowe imprezy dla koleżanek to albo imprezy w stylu helołyn, albo andrzejki. Przy czym muszę przyznać, że klimaty z dreszczykiem cieszą się zdecydowanie większą popularnością, a halloweenowe urodzinowe imprezy Zu to epickie impry, na które każdy chce się dostać, wiadomo ;) Trochę koloryzuję, ale odezwała się przy okazji moja wielka szajba na punkcie organizowania imprez, no lubię to jak nie wiem co! To dobieranie dekoracji, wymyślanie tematu przewodniego, szukanie pasujących pierdółek, szykowanie zabaw i konkursów, ślęczenie do późnej nocy i wycinanie nietoperzy, ukrywanie karteczek w ogrodzie, wieszanie duszków na drzewach, żeby dziewczyny mogły następnego dnia wylecieć na dwór i bawić się w podchody... Mogłabym robić to za pieniądze, naprawdę.


W tym roku wbrew zaleceniom biskupów, rządzącej partii oraz kuratorium oświaty postanowiliśmy zasiać zamęt w młodocianych umysłach w drugą sobotę listopada. Pod naszym dachem pojawią się jedenastoletnie wiedźmy, kościotrupy i wredne dynie. Nie zabraknie też ogrów, zombiaków i obrzydliwych pajęczyc. Koszmarne dziewczynki w liczbie sztuk osiem urządzą sobie sabat i będą tańczyć w rytm przebojów niejakiej Sylwii Przybysz (nie wiem, nie znam, nie kojarzę, ale Zu taki soundtrack wybrała, więc nie mam nic do gadania), a dyskotekowa żarówka z Lidla za 5 plnów będzie się kręcić jak dzika, rzucając kolorowe plamki na wysiedziany fotel szanownego dziadka. Czarne jak smoła konfetti posypie się gęsto, jabłkowe piccolo z hukiem wystrzeli aż pod sufit, a jedenastoletnie paskudy podsuną zgodnym ruchem swoje upiorne kubeczki co by im nalać po brzegi. Ze stołu łypać na nas będą żelkowe pająki, obrzydliwe chrupki w kształcie zębów drakuli i czekoladowy tort z dynią na wierzchu, wszystko w towarzystwie papierowych talerzyków z wymalowanymi paskudnymi czaszkami. Paluchy wiedźmy, cukierkowe gałki oczne i galaretkowe robale jak zwykle wywołają gromki okrzyk "bleeeeee", żeby potem zniknąć w wygłodniałych paszczach w pierwszej kolejności. Na ścianach zawisną tony pajęczyny z przyczepionymi do niej pająkami (zamówiłam pięćdziesiąt sztuk, starczy, żeby dostać zawału przy wejściu do pokoju?), przez okna będą zaglądały duszki, które porozwieszam po całym ogrodzie (znaczy się balony przywdziane w stare prześcieradła, ale nikt o tym nie będzie wiedział), a przed domem postawię wielki oczojebny znak z napisem "beware of zombies!!". Jako wisienka na torcie wystąpi taśma żywcem wyjęta z filmu grozy, ta, którą otacza się miejsce zbrodni, ja również otoczę taką taśmą miejsce zbrodni... tfu dom otoczę znaczy się. Starsza córka ma naszykowany kostium kościotrupa, młodsza- pękatej dyni z wrednymi oczami. Będziemy szerzyć zawoalowany okultyzm pod własnym dachem! Będziemy jeść pająki i robale! Będziemy tańczyć wokół stołu przebrani w gości ze świata mroku! Będziemy się bawić. Będziemy się śmiać, straszyć nawzajem i grać średnio ambitną konwencję z niskobudżetowych horrorów. Nikt nie zamierza śmiać się ze śmierci, tylko bawić. Bawić. B a w i ć.


Nie rezygnuję z przeżywania dnia Wszystkich Świętych i Zaduszek. To, że jednego dnia moje dzieci przebiorą się w straszno- śmieszne kostiumy i zjedzą kilka żelkowych pająków, nie wyklucza pójścia na cmentarz, zapalenia świeczek i modlitwy nad grobami bliskich. Tym wszystkim, którzy krzyczą najgłośniej, zawsze zamykam usta jednym pytaniem- czy wiecie, skąd się wzięło Halloween? Nie? Mówicie, że z tego niedobrego, grzesznego USA? No to doczytajcie, dowiedzcie się, a potem pogadamy, ok? Informacja, że Halloween urodziło się w Irlandii, tam gdzie chrześcijan jest bardzo dużo, i w takiej formie obchodzone jest tam nadal, a do USA zostało wywiezione przez emigrantów, powoduje zdziwienie. Nie będę Ci robiła tutaj wykładów, bo google analytics mówi mi, że jesteś mądrą kobietą i jak będziesz chciała, to znajdziesz to info. Tak to jest, że ci, którzy mają najwięcej do powiedzenia, powtarzają utarte schematy. 

Wczoraj w lokalnej telewizji młody reporter biegał z mikrofonem po ulicy i zaczepiał ludzi, zadając im pytanie o Halloween właśnie. Czy akceptujesz, czy się w to bawisz, czy potępiasz. Ludzie różnie odpowiadali; jedni, ci niewierzący, przyznawali się, że zastępują dzień Wszystkich Świętych helołynem (nie popieram, jakby co), inni (tych było najwięcej) mówili, że jednego dnia się bawią, następnego idą na cmentarz, jeszcze inni pluli z oburzeniem na ziemię. W pewnym momencie radośnie podbiegł (reporter ów młody) do starszego pana w koloratce, zapewne z nadzieją na szokującą wypowiedź jakąś. Ksiądz pytany o grzeszne Halloween, toż to materiał życia może z tego być! Tymczasem starszy pan z pięknym spokojem zapytał reportera co on sądzi o Zapustach? Czy akceptuje, czy się w to bawi, czy potępia. Reporter, biedna chłopina, spocił się i zdębiał. Bo na niektórych wsiach, ciągnął dalej ksiądz, nadal ludzie w zapusty przebierają się za diabły (sic!), wiedźmy i potwory. Chodzą po wsiach, od domu do domu pukają, i zbierają ciastka, orzechy, jabłka, wódkę. I dlaczego polska wiedźma, polski diabeł i polska śmierć jest lepsza od tej irlandzko- amerykańskiej? Polska zabawa w strachy jest ok, ta z zagranicy już nie? A na koniec... na sam koniec powiedział, że ten kto tak głośno wrzeszczy musi mieć naprawdę słabą wiarę, jeśli mu dzieciak z czapką wiedźmy na głowie przeszkadza...

I z tą myślą Ciebie zostawię.

Zupa dyniowa z mleczkiem kokosowym- palce lizać!

Zupa dyniowa z mleczkiem kokosowym- palce lizać!

Powiedz mi jak to jest, że kiedy wymyślam sobie spokojny, leniwy weekend, z niespiesznym segregowaniem ubrań w szafie dzieciaków, z gotowaniem gara pysznej zupy na obiad i z pierwszym przeciąganiem się na nowej macie do jogi, to zawsze, ale to ZAWSZE, coś się musi wydarzyć? I to COŚ jest zwykle z gatunku wydarzeń niefajnych... Wniosek jest prosty i tak oczywisty, że nie sposób go ignorować- im spokojniej zapowiada się weekend, tym większą czujność należy zachować, czytaj: pilnować dzieci!

Otóż wczoraj moja starsza córka Zu postanowiła znokautować młodszą siostrę drzwiami łazienkowymi. Uczyniła to na tyle skutecznie, że mała Mimi zarobiła z otwartych z całym impetem przez starszą siostrę drzwi w głowę, odbiła się jednocześnie od framugi, obijając sobie drugą stronę czaszki, a następnie runęła do przodu tłukąc kolana i łokcie. Nie wiem czy opisałam sytuację wystarczająco obrazowo, w każdym razie widok był wstrząsający, a ja byłam przekonana prawie na stówę, że mała albo rozbitą głowę, albo wstrząs mózgu, albo wszystko naraz, a my za chwilę będziemy pędzić na sygnale do szpitala. Armagedon, jaki sekundę później nastąpił, trudno opisać. Mimi, jak to Mimi, zaczęła przeraźliwie płakać, żeby po chwili zatrzymać się w bezdechu, zsinieć i wybałuszyć na mnie oczy na zasadzie "mamo, pomóż, nie oddycham". Kto ma dziecko z tendencją do zawieszania się, ten wie o czym mówię. Schemat działania wypracowany przez ostatnie 3 lata uruchamia się błyskawicznie. Dmuchnięcie w buzię, walnięcie w plecy, potrząśnięcie za ramiona, drugie dmuchnięcie tym razem mocniejsze i już, jest, wróciła. Gdzieś pomiędzy reanimowaniem młodej, mocną burę dostała starsza, może odrobinę za mocną, co poskutkowało jej fochem i moimi wyrzutami sumienia, ale są granice w wyrażaniu nastoletniego buntu, słowo daję... Ku mojemu zdziwieniu głowa była w całości, nad prawą skronią wyrósł tylko sporych rozmiarów guz. Jako że objawy wstrząśnienia mózgu mogą się objawić do 48h po urazie, reszta piątku i oraz cała noc upłynęły nam na wielkich nerwach i bacznym obserwowaniu Mimi, z torbą do szpitala stojącą pod drzwiami w przedpokoju w razie w. Dzisiaj, kiedy już mogliśmy nieco głębiej odetchnąć (chociaż torby nadal nie rozpakowuję) stwierdzam, że moja córka ma albo pancerną głowę, albo wielkie szczęście, albo Ktoś nad nią czuwa. Albo wszystko jednocześnie. Taki uraz i skończyło się na wielkim guzie i jeszcze większym strachu (tzn. mam nadzieję, że na tym ta historia się skończy, tfu tfu odpukać w niemalowane) Taka refleksja w tym wszystkim mnie naszła- że możesz chuchać i dmuchać, pilnować, troszczyć się, tłumaczyć, prosić, monologować, napominać, pouczać, strzępić sobie język i flaki wypruwać, a jak ma jedna albo druga zarobić w głowę, to i tak zarobi, i nic na to nie poradzisz. I koniec.

Także ten... Chciałabym jakoś płynnie przejść do przepisu na zupę dyniową, który dzisiaj dla Ciebie przygotowałam, ale zgrabne żonglowanie słowem zupełnie mi dzisiaj nie wychodzi, wybacz. Może biomet niekorzystny, może nieprzespana nic, a może siny guz na skroni Mimi skutecznie pozbawiają mnie weny twórczej. Napiszę więc wprost- utylizuję zapasy dyni, które zgromadziłam dzięki tej wycieczce i to w ilości zdecydowanie przekraczającej możliwości konsumpcyjne mojej rodziny. Było już kruche dyniowe, gdzieś w międzyczasie przetestowałam kilka przepisów na dyniowe latte i metodą prób i błędów doszłam do ideału (podzielę się przepisem, bo smakuje mmm... ), a dzisiaj będzie zupa. Zupa, że palce lizać, mówię Ci.  Jeszcze nie tak dawno otrzepywałam się ze wstrętem na myśl o dyniowej zupie, a dzisiaj z przyjemnością nalewam pachnący mleczkiem kokosowym, mile parujący płyn do miseczek. W sam raz na tę nieciekawie mokrą i zimną aurę za oknem, guzy na głowie i obrażone na śmierć jedenastolatki.


p.s. I oby reszta tego tak "pięknie" rozpoczętego weekendu upłynęła nam w totalnej nudzie i nicnierobieniu, proszę.





POTRZEBUJESZ: 


0,25dag dyni (wybierz ciężką, o symetrycznym kształcie)
2 marchewki
1 duży seler
litr buliony warzywnego (z  tego przepisu, tylko bez makaronu, wiadomo ;) )
500ml mleka kokosowego z puszki
200ml soku pomarańczowego
2 ząbki czosnku
szczypta curry, soli i pieprzu
kilka listków kolendry
pestki dyni
szczypiorek
oliwa z oliwek



ZRÓB TAK:


Dynię, marchewki i selera pokrój w kostkę i podsmaż na patelni. Następnie warzywa przenieś do garnka, zalej wywarem warzywnym, mlekiem kokosowym i sokiem pomarańczowym. Później dodaj wyciśnięty przez praskę czosnek. Zupę gotuj tak długo, aż wszystkie warzywa zmiękną. Dopraw curry, solą i pieprzem. Może zmiksować na zupę krem, możesz zmiksować tylko część zupy i wymieszać w ugotowanymi kostkami warzyw, jak podpowiada Ci wyobraźnia. Podawaj z listkami kolendry, szczypiorkiem i pestkami dyni.






Możliwości. Akcja KokoWorld #jeansforbetterworld.

Możliwości. Akcja KokoWorld #jeansforbetterworld.

W jednym z ostatnich postów, w tym o szybkim, piątkowym resecie, napisałam, że mam 35 lat i mogę w zasadzie wszystko. Mam opcje, mam wybór, mam mnóstwo możliwości. Niby to taka oczywistość, niby nic odkrywczego, ale to zdanie raz wypowiedziane, zasiało się, siedzi z tyłu mojej głowy i kiełkuje, a muszę przyznać, że na bazie takiej pięknej myśli, powstają najlepsze plany. Bo czy może być lepsza podwalina jakiegoś działania niż fakt, że mogę właściwie wszystko? 

Wiesz, ja jestem z tych, co to bardzo często zapominają o tym, jakie mają szczęście w życiu. Bliżej mi w stronę tych marudzących, narzekających i wciąż dostrzegających szklankę do połowy pustą. Chociaż od kilku lat dość intensywnie nad sobą pracuję i widzę sporą poprawę, to nadal raz na jakiś potrzebuję porządnego kopa, co by mnie sprowadził na ziemię i otworzył oczy na oczywiste prawdy. Myślę sobie wtedy, jak do ciężkiej cholery mogę narzekać na swoje życie, zapominając o nieskończonych możliwościach, jakie mam w zasięgu ręki!



Przecież mogę wszystko. Kiedy zdałam sobie z tego sprawę, przepełniła mnie WDZIĘCZNOŚĆ. 


Mogę być wolna. 
Mogę się nie bać.
Mogę spać spokojnie bez strachu, że za chwilę ktoś wyrzuci mnie z mojego domu.
Mogę zamknąć oczy i pomyśleć przed snem o czymś miłym, bo wiem, że nie muszę nasłuchiwać huku spadających bomb.
Mogę dokonywać wyborów.
Mogę zdecydować na kogo zagłosuję w wyborach.
Mogę powiedzieć TAK i mogę powiedzieć NIE.
Mogę odmówić.
Mogę być szczera.
Mogę mówić co myślę.
Mogę pójść wieczorem do kina. Do teatru lub do cyrku.
Mogę też zostać w domu i poczytać.
Mogę zjeść obiad w restauracji.
Mogę ugotować coś dobrego we własnej kuchni.
Mogę otworzyć okno na oścież i wpuścić do środka jesień.
Mogę widzieć zmieniające się pory roku.
Mogę wystawić język i łapać płatki śniegu.
Mogę ulepić z córkami bałwana.
Mogę pójść na spacer do lasu.
Mogę zachwycać się przebiśniegami.
Mogę hodować truskawki w doniczkach lub założyć plantację fasolki szparagowej.
Mogę słychać muzyki tak głośno jak chcę.
Mogę słuchać ciszy.
Mogę rozmawiać z bliskimi.
Mogę słyszeć co do mnie mówią.
Mogę chodzić.
Mogę biegać boso po trawie.
Mogę pójść na rower i urządzić piknik na trawie.
Mogę uczyć się języków z całego świata.
Mogę pojechać do Kazimierza.
Mogę rzucić wszystko, sprzedać pralkę i zamieszkać na Hawajach.
Mogę, a co!
Mogę przeczytać jeszcze raz serię o Ani z Zielonego Wzgórza i o Harrym Potterze.
Mogę oglądać ulubione seriale.
Mogę ćwiczyć jogę na nowej niebieskiej macie.
Mogę zjeść czekoladę na kolację, jeśli tylko mam na to ochotę.
Mogę robić zdjęcia, prowadzić bloga i poznawać nowych ludzi.
Mogę czytać dzieciom do snu i mogę patrzeć jak rosną.
Mogę zaadoptować psa ze schroniska i zbierać pieniądze do puszki Wielkiej Orkiestry.
Mogę pomagać.
Mogę prosić o pomoc.
Mogę pomalować paznokcie na fioletowo.
Mogę decydować z kim chcę przebywać, a z kim nie.
Mogę słuchać swojego serca.
Mogę kupić bilet na pociąg i pojechać przed siebie. Sama. 
Mogę nosić sukienki.
Mogę nosić spodnie.
Mogę założyć własną firmę lub pracować na etacie.
Mogę się uczyć.
Mogę pójść do szkoły, mimo 35 lat na karku, pracy i dwójki dzieci. I tak też zamierzam zrobić. Już styczniu. Decyzja zapadła. Bo mogę!


Czy Ty doceniasz możliwości, jakie daje Ci Twoje życie? Czy tak ja często zapominasz o tym, co i kogo masz? I jak wielkie masz szczęście. Czasami wystarczy niewiele, żeby sobie to uświadomić. Popołudniowy wyjazd na wieś i samotny spacer po polach, wypadek dziecka, jedna para niepotrzebnych jeansów... Zaraz, zaraz- myślisz- jedna para jeansów? Tak, bo jeśli gdzieś w Twojej szafie, na samym dole, przykryte innymi ciuchami zalegają za małe/ za duże/ niemodne jeansy, których wiesz, że już nigdy nie założysz, ale szkoda Ci ich wyrzucić, to masz bardzo dużo. Masz znacznie więcej niż sama mogłabyś przypuszczać. Masz możliwość zmiany czyjegoś życia. Sprawienia, że czyjeś życie, gdzieś na drugim końcu świata, będzie lepsze. Radośniejsze i prostsze. Czy można mieć więcej? 


"Powstanie jednej pary jeansów może pochłaniać do 7000 litrów wody, a do ich barwienia używa się toksycznych chemikaliów, które zanieczyszczają okoliczne rzeki i gleby. I chociaż coraz częściej słyszymy o jeansach z bawełny organicznej, produkowanych w godnych warunkach, to niestety wciąż niewiele się zmienia. Odzież z tego materiału jest nieodzownym elementem każdej garderoby, kurtki jeansowe są bardziej modne niż kiedykolwiek wcześniej, a mnogość wzorów i fasonów w każdym sklepie odzieżowym wręcz powala. A to niestety powoduje, że zagrożenie dla ludzi w fabrykach i dla środowiska tylko rośnie. Pytanie więc brzmi: dlaczego wciąż kupujemy nowe jeansy? Odpowiedź zdaje się być prosta: przecież chcemy dobrze wyglądać, być modni, czasem jesteśmy zwyczajnie znudzeni starymi modelami. A co ze starymi jeansami? Czy wiesz, że ze starych spodni można wyczarować plecak, torbę, nerkę, a nawet kurtkę? Jeśli nie wiesz jak, to z pomocą przychodzi marka odzieżowa KokoWorld".


Polska marka odzieżowa KokoWorld, z którą miałam wielką przyjemność współpracować, od lat stawia na recykling i produkcję zgodną z zasadami fair trade, na poszanowanie środowiska i drugiego człowieka. Dlatego właśnie marka stworzyła akcję #jeansforbetterworld, w której recykling jeansów połączony jest z celem dobroczynnym. Rok temu dzięki tej akcji udało się ufundować 15 dzieciom w Ugandzie edukację szkolną. Jeśli chcesz, aby Twoje jeansy przyczyniły się do pomocy potrzebującym dzieciom, dołącz do akcji. Ciebie to w zasadzie nic nie kosztuje, a jakieś dziecko gdzieś daleko dzięki Tobie będzie mogło się uczyć. W tym roku wspieramy edukację nastolatek na Cabo Verde. Dlaczego Cabo Verde? KokoWorld jest marką silnie związaną z tym miejscem, gdyż dwie rękodzielniczki pochodzą z Cabo Verde, a jedna z członkiń zespołu KokoWorld- Emilia- na stałe przebywa właśnie na Cabo Verde. Celem akcji jest ufundowanie stypendiów szkolnych dla 20 nastolatek, które mają plany, marzenia, ale brak im możliwości, aby je spełnić. Ja i Ty możemy w realny sposób im to ułatwić. 


Jak to zrobić? Już piszę. Prześlij swoje jeansy na ten adres:


KOKOworld

ul. Ślusarska 9/216

30-710 Kraków

lub zostaw je w stacjonarnym sklepie KokoWorld przy ul. Starowiślanej 19 w Krakowie.

Rzeczy, jakie powstaną z Twoich jeansów, zostaną wystawione na aukcję, a cały dochód przekazany na edukacyjną pomoc nastolatkom na Cabo Verde.


Puść trochę dobra w świat i podziel się możliwościami!

Reset.

Reset.

Rzeczywistość ostatnio nieco nam zazgrzytała, zawiesiła się i kilkukrotnie przekręciła plany. Niczym w pięknie ułożonym obrazku z puzzli, w który ktoś z impetem wpada i rozsypuje kawałki wszędzie dookoła, a my potem musimy radzić sobie z układaniem od nowa. Po raz kolejny dostałam małego prztyczka w nos i zostałam sprowadzona z chmur na ziemię, że ja to sobie mogę planować, owszem, ale życie i tak moje plany zweryfikuje. Między bajki mogę sobie wsadzić mrzonki o dostosowaniu się do rytmu natury, taaa, jasne, nie w mojej rodzinie. Codzienność nabrała takiego speeda, że dni zaczęły mi się zlewać w jedno, weekendy mijać niezauważanie, a to już niedobrze. Zabrakło mi czasu na drobne przyjemności, które choć drobne sprawiają, że mi się chce. Chce mi się wstawać wcześnie rano, gotować zdrowe obiady, sprzątać, wyjeżdżać z domu choć na dwie godziny. Nowa mata do jogi stoi nierozpakowana od dwóch tygodni (chyba, straciłam rachubę czasu), a moje mięśnie nie pamiętają, kiedy ostatni raz się przeciągały porządnie. Połączenie początkującej przedszkolaczki z syndromem hnd (high need baby- tutaj) z dorastającą nastolatką, która w dwunasty rok życia wchodzi z hukiem godnym bomby atomowej, to hmmm dość ciekawe połączenie. Delikatnie mówiąc. 

Wczoraj, mimo zmęczenia materiału po całym tygodniu, kategorycznie zarządziłam odwrót. Tupnęłam nogą, raz i drugi, i powiedziałam basta! Nie chcę tak, nie lubię! Prześlizgiwanie się z dna na dzień, bez zatrzymywania nawet na chwilę, bez głębszego oddechu, bez refleksji to ostatnie, czego bym chciała. Konkretną mobilizacją były dochodzące do mnie zewsząd wieści, że ten weekend to podobno ostatnie tak piękne dni przed ochłodzeniem. Dosłownie kilka kilometrów od naszego domu mieszka pełen spokój. Kilka domów na krzyż, za to krówek, piesków, kotków i koni pod dostatkiem. Starszą córkę wrzuciliśmy na konia, młodsza zaciągnęła tatę do stajni w celu wymiętolenia końskich łbów, a ja poszłam na pola. Przed siebie. I starałam się nie myśleć. Trafiliśmy na idealną porę dnia, na złotą godzinę, kiedy po pięknym, ciepłym dniu słońce szykuje się powoli do zachodu, ale jeszcze świeci na złoto. Obłęd, jak pięknie było! Dotarło do mnie, jak niewiele czasami potrzeba, żeby się zresetować, żeby złapać dystans i wyskoczyć z chomikowego kółeczka, w które tak naprawdę sami siebie wkładamy. Wystarczy wyjść z domu, tylko tyle i aż tyle. 

W tej absolutnej ciszy na pustych polach po kukurydzy, kiedy jedyne co słyszę, to stukanie końskich kopyt gdzieś w oddali, o godzinie 17.30 w piątek, kiedy słońce zaczyna zachodzić na złoto, dystans przychodzi błyskawicznie. Przychodzi i uderza mnie z liścia w twarz. Raz z jednej strony, raz z drugiej. Odkładam na bok aparat, żeby popatrzeć oczami, a nie przez obiektyw (zmora fotograficznych freaków). Mam wszystko. Przecież ja, do jasnej cholery, mam wszystko czego mi potrzeba. Gluty dzieciaków, pierwsze bunty mojej nastolatki, trzyletnie rączki które często nie chcą mnie puścić nawet do toalety, pryszcz na brodzie, tekst pisany do trzeciej nad ranem bo znowu nie zdążyłam wcześniej, nowa zmarszczka pod okiem, rodzinny weekend na wsi zamiast w hotelu all inclusive... to wszystko nic, nieważne, niewarte mojej złości. To normalne życie jest. Czego ty się tak spalasz, głupia??- ganię siebie w myślach. Mam wszystko. Mam piękne, mądre, zdrowe dzieci, a nawet jeśli chorują, to mogę ogarnąć to w domu, a nie w szpitalu. Tyle wygrać! Mam męża, który wkurza mnie jak nikt inny na świecie, i bez którego ten świat nie byłby taki sam. Patrzy na mnie tak samo, jak patrzył 10 lat temu, a może nawet bardziej. Mam komu złożyć życzenia na dzień dziecka, matki, ojca, teściowej. Mam z kim obejrzeć film na laptopie w sobotni wieczór i mam dla kogo kupować kiczowate lizaki serduszka na Walentynki. Mam do kogo pojechać na najlepszy sernik na świecie i na gołąbki z soczewicą. Mam półkę pełną książek, które przeczytam jeszcze tej jesieni i kilka filmów, które obejrzę z moim mężem. Mam zapas kaszy jaglanej i kokosowych krówek. Mam na piecu gotujący się rosół i popłacone rachunki. Mam ładne zielone oczy i zmarszczki od uśmiechania się. Codziennie mam jakiś powód do radości. Mam poranki pachnące kawą i wieczory z najpiękniejszym wyznaniem miłosnym jakie mogłam sobie wymarzyć- kocham ciebie, mamo. Mam dobre wyniki cytologii i nowy szary sweter z perełkami. Mam sprawny aparat, którym łapię chwile i nieustanną ciekawość świata i ludzi. Mam bloga, którego latem przeczytało 90 tysięcy ludzi. Mam w sobie wrażliwość, która pozwala mi widzieć to, czego inni nie widzą. Dopiero teraz ją doceniam. Mam dwie ręce, dwie nogi, wąską talię i głowę, w której ciągle coś się myśli. Mam 35 lat i mam wszystko. Cała reszta, która się wydarzy, całe dobre, które jeszcze mnie spotka, będzie przyjemnym bonusem. Dzisiaj jestem szczęśliwa z tym co mam, tu gdzie jestem, na tych pustych polach, z zachodzącym na złoto słońcem. 











On nadal zabiera kobiety. Nie pozwól, żeby zabrał również Ciebie.

On nadal zabiera kobiety. Nie pozwól, żeby zabrał również Ciebie.

Czy wiesz, jaki jest dzisiaj dzień? 15. października to oficjalny Europejski Dzień Walki z Rakiem Piersi. Rak piersi to temat niewygodny, trudny i pomijany. Mimo coraz częstszych zachorowań, mimo ogromnego dostępu do informacji i wiedzy, rak wciąż pozostaje ciężkim do ugryzienia, spychanym gdzieś na dalszy tor, zagadnieniem. Nie jest to ulubiony temat do rozmów na babskich spotkaniach, umówmy się. 



Piersi. To zabawne i smutne zarazem, jakim specyficznym elementem pop kultury się stały. Zostały mocno spłycone i sprowadzone do roli obiektu męskiego pożądania, nadano im jednoznacznie seksualny charakter. Niestety kobiety, którym codziennie wtłaczany jest do głów taki wykrzywiony przekaz, przestały dotykać swoich piersi. Nie badają się. Nie kontrolują. Czasem nawet rezygnują z naturalnego karmienia, bo to obrzydliwe, niesmaczne, generalnie fuj. Kochana, Twoje piersi przede wszystkim są Twoje- nie męża, chłopaka, brafiterki ani nawet nie Twojego dziecka. One są TWOJE i to Ty musisz o nie zadbać, bo nikt inny tego nie zrobi. Często zdarza mi się słyszeć "nie pójdę na badanie, bo jeszcze coś mi wykryją" albo "po co mam się badać, przecież samo badanie nie uchroni mnie przed chorobą". Albo moje ulubione "na coś trzeba umrzeć". Tak, na coś trzeba i każda z nas prędzej czy później umrze, ale czy nie lepiej umierać później? Bardzo późno, po długim i dobrym życiu, w którym towarzyszyłaś swoim dzieciom w dorastaniu, trzymałaś za nie kciuki na maturze, szykowałaś córkę do ślubu, z radością witałaś wnuki, realizowałaś marzenia, rozwijałaś pasje, kochałaś? Czy nie lepiej właśnie tak? Nie, samo badanie nie uchroni Cię przed chorobą, ale pozwoli wykryć ją na tyle wcześnie, że pozbycie się intruza będzie tylko drobnym zabiegiem kosmetycznym. Boisz się pójść na badanie, bo nie daj Panie Boże coś wykryją? A jeśli nie pójdziesz i nie dasz sobie szansy, to później będzie już za późno, wiesz o tym? Rak wcześnie wykryty jest uleczalny. Na pewno słyszałaś to wiele razy, ale ten banał naprawdę może uratować Ci życie.


A teraz trochę statystyki. 


Rak piersi dopada coraz więcej z nas, sięga po coraz młodsze kobiety i na chwilę obecną wiek nie jest już żadnym czynnikiem łagodzącym. Jest w Polsce na pierwszej pozycji u kobiet (22% wszystkich nowotworów), jeśli chodzi o zachorowalność i na drugiej, jeśli chodzi o umieralność (14% wszystkich nowotworów). Pomimo, że dotyczy on najczęściej pań pomiędzy 50. a 70. rokiem życia, to tendencja zapadania na nowotwór u młodszych kobiet jest coraz większa. Według prognoz w 2025 roku rak piersi zostanie wykryty u ok. 80 tys. Polek. Ta liczba jest przerażająca. Powoduje, że cierpnie mi skóra.


Objawy i czynniki ryzyka.

Proszę pamiętaj, że nie każdy wymieniony tutaj objaw i nie każdy czynnik ryzyka jest jednoznaczny z wystąpieniem raka piersi. To tylko wskazówki, które zawsze powinnaś mieć na uwadze. Ważna jest świadomość, że masz realny wpływ na swoje życie i zdrowie poprzez zdrowe odżywiania, ruch oraz badania kontrolne.

- guz w obrębie gruczołu piersiowego
- zmiana wielkości lub kształtu piersi
- krwisty wyciek z brodawki
- owrzodzenie piersi
- wiek powyżej 35 lat
- urodzenie pierwszego dziecka po 30 roku życia
- karmienie piersią krócej niż 6 miesięcy
- przyjmowanie środków hormonalnych dłużej niż 8 lat
- wczesna pierwsza miesiączka
- późne klimakterium
- obciążenie genetyczne 
- niezdrowy tryb życia
- otyłość


Garść mitów.


Czyli bzdury, w które nie wolno Ci wierzyć.

- Wielkość piersi ma wpływ na występowanie raka. 

MIT!
Rozmiar piersi nie ma wpływu na zachorowanie, jednak im większa liczba gruczołów, tym większe ryzyko rozwoju raka.

- Implanty zwiększają ryzyko zachorowania. 

MIT!
Jeśli materiał jest dobrej jakości, a zabieg został przeprowadzony prawidłowo, nie ma się czym martwić.

- Mammografia daje 100% pewności wykrycia nowotworu. 

MIT!
Jest to tylko (aż?) 90%, więc tak czy inaczej dużo. Badanie należy powtarzać regularnie oraz oczywiście nie rezygnować z samobadania.

- Każdy guzek w piersi to rak. 

MIT!
Nie każdy guzek i nie każde zgrubienie w piersi to rak. Często występują zmiany niezłośliwe. Na 1 przypadek złośliwy przypada 10 przypadków niezłośliwych.

- Rakiem piersi można się zarazić. 

MIT!
Bzdura. Rakiem nie można się zarazić; to nie jest katar.

- Na raka zawsze się umiera. 

MIT!
Statystyki mówią jasno- wczesne wykrycie raka jest gwarancją pełnego wyleczenia. Poza tym na 10 kobiet chorych na raka piersi, 3 umierają z zupełnie innego powodu. Rak to nie wyrok.


Profilaktyka to podstawa.


Istnieją dwa rodzaje profilaktyki raka piersi- wtórna i pierwotna.

Wtórna obejmuje badania przesiewowe, czyli:

- mammografię (po 40. roku życia mammografię powinno wykonywać się co roku, wcześniej wystarczy raz na dwa/ trzy lata, chociaż ja jestem zdania, że lepiej o jeden raz za dużo niż za mało)
- usg (zazwyczaj jest kolejnym krokiem po mammografii)
- samobadanie* lub badanie palpacyjne u ginekologa (jeśli takie badanie wykryje nieprawidłowości, wtedy kolejnym krokiem jest mammografia oraz/lub usg, a następnie biopsja)

Pierwotna to edukowanie dziewczynek oraz kobiet w zakresie profilaktyki; mówienie o raku, zwiększanie świadomości, wspieranie chorych itd.

"Pierwotna profilaktyka raka piersi opiera się przede wszystkim na podnoszeniu świadomości prozdrowotnej dotyczącej udowodnionych naukowo czynników ryzyka zachorowania na raka piersi. Propagowanie wczesnego macierzyństwa, karmienia piersią, nawyków żywieniowych eliminujących otyłość i nadwagę lub aktywności fizycznej, jako czynników chroniących przed nowotworem, szczególnie w grupach pacjentek obciążonych dziedzicznie, skutkuje spadkiem zachorowań na raka piersi". ("Rak piersi w Polsce- leczenie to inwestycja" Anna Smaga, Magdalena Mikułowska, Aleksandra Komorowska)


Leczenie.


Opiera się głównie na zabiegu chirurgicznym, czyli usunięciu guza. Jeśli rak został wykryty wcześnie, najczęściej udaje się zachować pierś. Czasami jednak konieczna jest mastektomia, czyli usunięcie piersi wraz z guzem. Na szczęście coraz częściej udaje się przeprowadzać tzw. operacje oszczędzające, czyli z zachowaniem piersi. Leczeniu inwazyjnemu zazwyczaj towarzyszą inne metody, czyli chemioterapia, radioterapia, hormonoterapia. 



* Jak prawidłowo wykonać samobadanie piersi.


Znasz swoje piersi najlepiej. Wiesz jak wyglądają, najszybciej dostrzeżesz niepokojące zmiany. Samobadanie wrzuć na stałe w swój kalendarz. Wykonuj je zawsze tego samego dnia cyklu, najlepiej około 14. dnia, mniej więcej o tej samej porze dnia. 

1. Wybierz porę, kiedy nikt Ci nie będzie przeszkadzał. Nie spiesz się, nie popędzaj. Daj sobie czas.

2. Rozbierz się od pasa w górę i stań przed lustrem. Na początek po prostu obejrzyj swoje piersi- z przodu i z obu boków. Sprawdź czy są równej wielkości, czy od ostatniego badania jedna z piersi się nie zmieniła.

3. Do badania wykorzystaj trzy palce zakreślone na grafice.



4. Ruchy okrężne.

Unieś rękę za głowę. Zacznij od dołów pachowych. Następnie okrężnymi ruchami zbadaj całą pierś, zataczając kółka wokół całej piersi, zbliżając się do brodawek.




5. Uciskanie.

Centymetr po centymetrze uciskaj delikatnie cały obszar piersi. Czasami to właśnie uciskanie pozwala na wykrycie niepokojących zgrubień.



6. Brodawki.

Ściśnij sutek i sprawdź czy nie pojawia się jakaś wydzielina. U mamy karmiącej jest to sprawa normalna. W innym wypadku jest to sygnał alarmowy.






...



artykuł powstał dla https://www.zwrotnikraka.pl/
Jesienne ogniska.

Jesienne ogniska.

Cześć niedziela! Już niedziela?? Dni przelatują mi przez palce, weekend goni weekend, a ja czuję się jak w jakimś szalonym pędzie Wcale a wcale mi się to nie podoba. Nie lubię gonić, a ostatnio życie brutalnie mnie do tego zmusza. O matulu, jaka cudna pogoda, jaki cudna jest ta niedziela! Jest pięknie, chociaż nic nie wskazywało na to, że jesień tak nas rozkosznie dopieści. Po ataku zimna,  deszczu i wiatru, którym zaczął się ten miesiąc, byłam przekonana, że ze słońcem można się już pożegnać. Tymczasem... na Pomorzu mamy 23 stopni w cieniu, czujesz to? Termometr za oknem wskazuje 29 stopni, ale to w pełnym słońcu, także wiesz... jednak miło jest ujrzeć na termometrze taką temperaturę. Obłęd :) Połowa października, a ptaki napierniczają jak złe, pszczoły bzyczą, komary zajadle dziabią zupełnie, jakby przyrodzie wszystko się poprzestawiało. Nie mam nic przeciwko. Niech to trwa jak najdłużej. Niech się nie kończy! Taki październik to ja lubię. Taką jesień mogę celebrować do upojenia. Powietrze pachnie nagrzaną ziemią, nitki babiego lata fruwają powoli w powietrzu, wplątując się tylko co jakiś czas w moje włosy, i tylko żółte od na pół uschniętych liści drzewa przypominają o tym, co za chwilę się stanie. 

Dzisiejsza niedziela przypomina mi trochę te niedziele, które spędzałam jako dziecko, kiedy żyła jeszcze moja Babcia, kiedy rodzina była duża, scalona, pełna dzieciaków, cioć, wujków i kuzynów. Kiedyś, kiedy żyli moi Dziadkowie, dbało się o to, aby mocno współgrać z porami roku. Teraz ludzie odchodzą od sezonowości. Walczą z jesienią, przeczekują zimę, wiosną odliczają do urlopu, latem narzekają, że tak szybko się kończy, a potem w kółko od początku... Gdzieś po drodze gubią naturalną ludzką przynależność do natury. A przecież nie da się uciec od faktu, że człowiek to integralna część wszystkiego co nas otacza. Zabrzmiało poważnie, a nie tak dzisiaj chciałam.  Zupełnie nie tak miało być. Chciałam napisać, że kilkanaście czy nawet już kilkadziesiąt lat temu mój październik pełen był kolorowych liści, spacerów po parku, ludków z kasztanów i biegania z Babcią w gęstych jak mleko mgłach. Pamiętam zielone kalosze, które sięgały mi aż do kolan, brodzenie w kałużach, zbieranie liści i drewna na ognisko, a potem wielkie poszukiwania idealnie długiego patyka, na którym każdy zamocuje swój kartofel. Pamiętam wielkie płomienie na tle ciemniejącego nieba, trzask palących się gałęzi i zapach rozgrzanego drewna. Pamiętam, że sto milionów razy zasypiałam przy tym ognisku, a potem budziłam się we własnym łóżku bez kaloszy, ale za z brudnymi od popiołu rękami. Nie wiem czy cokolwiek może równać się ze smakiem pieczone w ognisku kartofla. O takie mam wspomnienia. I jeszcze przygotowania do Wszystkich Świętych, jak mogłam zapomnieć. Druga połowa października to już było wyciszenie, szukanie wiązanek, zaplatanie wstążek, suszenie ostatnich kwiatów z pól do bukietów. Teraz tego nie widzę, teraz tego nie ma. Teraz modnie jest obśmiać, olać, pójść na cmentarz dzień przed, dzień po lub wcale, a ten, kto pójdzie właśnie 1.listopada, to pewnie chce się pokazać w nowych kozaczkach.. Jeszcze o tym napiszę, jeszcze do tego wrócę, bo temat uwiera jak drzazga, a najbardziej odczuwam ją w tym okresie. Dzisiaj pierwszy raz uderzyło mnie to, że i ja bardzo daleko odeszłam od sezonowości, od mojego dzieciństwa i tego, co tak bardzo lubiłam. Nie pamiętam, kiedy ostatni raz szurałam w liściach, założyłam kalosze czy zrobiłam dla dzieciaków ognisko z prawdziwego zdarzenia. To się musi zmienić. Koniecznie! Od dzisiaj. 

Ciężki to był tydzień, chociaż w zasadzie powinnam napisać- ciężkie tygodnie. Takie, w których rzeczy dzieją się szybko, równolegle i z zaskoczenia, a ja mam niefajne wrażenie, że nawet gdybym stanęła na głowie, to i tak nic to nie da. Przyszło zmęczenie, nieodpoczywalne, takie, którego nie załatwi ośmiogodzinny sen ani kubek ultrasłodkiego kakao. Dobrej organizacji mi trzeba, logistyki na najwyższym poziomie i samodyscypliny. Odrobiny zdrowego egoizmu, dobrego jedzenia i jogi, na którą teraz zupełnie nie mam czasu (a nowa niebieska mata i płyta od Agnieszki Maciąg czekają!). Przy okazji przyda się umiejętność wybierania priorytetów i odpuszczenie- sobie i innym. Tak, to jest mój plan na najbliższy tydzień. Dzisiaj zostawiam Ciebie z jesiennym ogniskiem, a jutro wieczorem zapraszam na post pisany we współpracy ze Zwrotnikiem. Jutro jest ważny dzień. Wiesz jaki?













...




Jeśli podoba Ci się u mnie, zapraszam na mój Instagram oraz Fanpage. Tam jestem aktywna prawie codziennie. 


Farma dyniowa, mutanty i przepis na kruche z kremem dyniowym.

Farma dyniowa, mutanty i przepis na kruche z kremem dyniowym.

Jesiennie mi dzisiaj. Tak pozytywnie, fajnie, ciepło jesiennie. Cosy mi dzisiaj jest i naprawdę mi przykro, ale żadne inne określenie tutaj nie pasuje. Cosy na w sobie melodię, która dzisiaj mnie otacza. Liście spadają z drzew jak w zwolnionym tempie, babie lato fruwa w powietrzu zaczepiając się co chwilę o na pół gołe gałęzie, mokry mech pachnie, grzyby pachną, dyniowa kawa pachnie... I chociaż wiem, że jeszcze nie raz tej jesieni zaklnę siarczyście pod nosem na widok pluchy za oknem, zatęsknię do lata i gołych łydek, to dzisiaj jest ok. Bardzo ok. Niech to trwa.

Masz gdzieś w pobliżu farmę dyń? Jeśli tak, to na co czekasz? Już, pakuj dzieciaki, pakuj męża, mamę i przyjaciółkę z jej dzieciarnią i dawajcie! Jeśli nie masz takiego miejsca blisko, to odpal internet, ewentualnie odpal swoich znajomych, i zrób mały research. Niech znajomi uruchomią swoich znajomych. Gwarantuję, że znajdziesz farmę dyń z prawdziwego zdarzenia, i nawet jeśli trzeba będzie do niej kawałek dojechać, to wiedz, że warto. Oprócz tego, że nie ma nic piękniejszego w październiku niż milionpięćset dyń zebranych na niewielkiej powierzchni, otoczonych grubą ścianą żółto- rdzawych drzew, to jeszcze dzieci się wyszaleją (a co a tym idzie- wieczorem padną jak muchy), a Ty zostaniesz na koniec obdarowana dwie dyniami- mutantami, z którymi nie będziesz wiedziała co zrobić. No i zdjęcia zrobisz zacne. Same plusy. A co! ;)

P.S. Szykuj się na serię pt. "co można ugotować z dyni", ewentualnie "do czego można wykorzystać dyniowe skorupy" ;) Także ten... ;)












Tyle z farmy. Dynie, dynie, jeszcze więcej dyń, jakiś zabłąkany zając, potem znowu dynie, i dynie, i dynie, i... Przysięgam, że po takim dniu widzi się dynie nawet jak się zamyka oczy ;)

Z dyniami to jest tak, że szczerze je uwielbiam, naprawdę. Nie wyobrażam sobie bez nich jesieni, tak samo jak nie wyobrażam sobie jej bez kolorowych liści, orzechów, kasztanów i bez babiego lata. Dynia musi być. Jednak zawsze traktowana była przeze mnie jako element dekoracyjny i nic więcej. Z lekkim zdziwieniem przysłuchiwałam się rozmowom moich koleżanek, które rozpływały się w zachwytach nad dyniową zupą, muffinami czy kawą... Kawa z dynią? O fuuu... - myślałam. Kilka razy robiłam podejścia do zupy dyniowej- klęska. Później próbowałam upiec ciasto- tragedia. Niedobre toto było, mdłe, mączyste siakieś takie... Stwierdziłam, że może po prostu nie nadaję się do tych wszystkich dyniowych ekscesów, trudno. Co roku jednak, jesienią właśnie, kiedy zewsząd atakują mnie dynie, na blogach królują dyniowe potrawy, a moja teściowa zaprawia dyniowe kosteczki, co by na zimę do obiadu były... kiedy najlepsza koleżanka Zu przynosi do szkoły dyniowe ciasteczka, a na farmie dyń dostaję dwa mutanty... to wtedy budzi się we mnie przekora jakaś, upór ośli i z determinacją, o jaką siebie nigdy nie podejrzewam, atakuję dyńkę wielkim jak maczeta nożem. Nie, że wściekłość oraz frustrację swoją na niej wyładowuję, nie, nie, ale stawiam sobie na punkt honoru oswojenie dyni. Tak! Właśnie tak!

Na pierwszy ogień poszła tarta z kremem dyniowym. Trochę ją zmodyfikowałam po swojemu, wiadomo, zamieniłam mąkę na ciut zdrowszą, wyrzuciłam cukier. Powiem Ci, że noooo... mmmm... jestem na dobrej drodze polubienia się z dynią ;)




KRUCHE CIASTO CYNAMONOWE  Z KREMEM DYNIOWYM



Na ciasto: 


350g mąki ryżowej
2 łyżeczki mielonego cynamonu
75g cukru trzcinowego
szczypta soli
2 stołowe łyżki oleju kokosowego
2 jajka

Zrób tak:


Mąkę i cynamon przesiej do miski. Dodaj szczyptę soli i cukier, wymieszaj, następnie dolej rozgrzany olej kokosowy. Jedno całe żółtko i jedno jajko zmieszaj razem. Palcami wetrzyj mąkę w olej, a kiedy zaczną powstawać grudki, dodaj jajko z żółtkiem. szybko zagnieć ciasto, uformuj kule i spłaszcz ją na gruby placek. Zawiń w folię i wstaw do lodówki na minimum 30 minut.

Na krem:


1/2kg dyni bez pestek i skóry
50ml miodu
200ml śmietany kokosowej (lub zwykłej kremówki)
łyżeczka cynamonu
łyżeczka imbiru
4 jajka
trochę oleju kokosowego do wysmarowania formy
ewentualnie bita śmietana do podania (u mnie ubita kokosowa)

Zrób tak:


Piekarnik nagrzej do 180 stopni. Ciasto cynamonowe rozwałkuj na okrągły placek o średnicy pok. 25cm. Przełóż ciasto do formy wysmarowanej olejem i dociśnij. Ponakłuwaj widelcem ciasto w kilku miejscach. Wstaw ciasto do piekarnika na 20 minut. W tym czasie nastaw garnek z lekko osoloną wodą. Dynię pokrój w kostkę, a kiedy woda się zagotuje, wrzuć do niej dynię. Gotuj ok. 20 minut. Odcedź i przełóż do miski. Dodaj miód i miksuj ręcznym blenderem na gładką masę. Dodaj śmietankę, cynamon i imbir. Jajka rozbij w osobnej misce, rozkłóć widelcem, po czym dodaj do masy dyniowej. Dokładnie wymieszaj całość. Krem wyłóż na ostudzone ciasto cynamonowe, po czym wstaw do piekarnika i piecz przez ok. 40 minut. Krem powinien się ściąć, a wierzch przyrumienić. Podawaj na zimno, najlepiej z bitą śmietaną.



Wrześniowe perełki i przepis na najlepszy wegański rosół.

Wrześniowe perełki i przepis na najlepszy wegański rosół.

Że niby jakie perełki? Że już od kilku dni mamy październik przecież? Trudno. Zaczynam ten miesiąc w niedoczasie, czego bardzo nie lubię. Nie działam zbyt dobrze pod presją, nie lubię się spieszyć, nerwowo zerkać na zegarek ani tym bardziej dopinać zleceń na ostatnią chwilę, no ale cóż... czasami tak bywa. Mam nadzieję, że szybko wygrzebię się z zaległości i przestanę być zołzą warcząca na wszystkich dookoła. Mam dziś dla Ciebie kilka wrześniowych perełek, które mimo niesprzyjających warunków tak pogodowych, jak i samopoczuciowych jednak trafiły w moje ręce. Przy okazji zapraszam na perełki sierpniowe i lipcowe- może znajdziesz coś dla siebie.

Enjoy!


Perełki września


1. Miód malina witamina- naturalne syropy z witaminą C






Jak na początek jesieni przystało, pozostajemy w temacie odporności i leczenia przeziębień. Jak już pisałam w poprzednim wpisie, moje dzieci co roku wrzesień witają chorobą. Niezależnie od tego jak bardzo staram się je uodpornić, ile witamin im podaje, jak często kąpią się latem w zimnym jeziorze, one zawsze przechorują cały wrzesień... W tym roku postawiłam sobie za punkt honoru uniknąć antybiotyków. Generalnie z antybiotykami jest mi coraz mniej po drodze. No ale to temat na zupełnie inny wpis... Wrzesień minął nam pod znakiem chorób, ale również ze wsparciem pani Ani, która zaopatrzyła nas w naturalne syropy Miód Malina Witamina oraz Miód Malina Witamina MSP  z dodatkiem siarki. Nie wiem czy timing mógł być lepszy- miałam okazje przetestować działanie syropów najpierw na moich dzieciach, a później również na sobie i moim mężu. Więc tak- najpierw rozchorowała się Zu. Od pierwszego kichnięcia podawałam jej łyżeczkę syropu co pół godziny aż pojawiły się objawy wysycenia organizmu. Nie, że taka mądra jestem, nie, nie- wszystko wyczytałam z bloga pani Ani, zajrzyj, bo to skarbnica wiedzy. Po dwóch dniach po katarze nie było śladu, a musisz wiedzieć, że Zu zawsze choruje z przytupem, czyli co najmniej 10 dni wycięte z życiorysu. Później, w zasadzie przez cały wrzesień, co jakiś czas dopadał ją katar, ale mocno wierzę, że dzięki tak ogromnej dawce witaminy C nie przerodził się w zapalenie oskrzeli, krtani czy ucha, jak to zazwyczaj u Zu bywa. Młodsza, Mimi, skończyła niestety z zapaleniem pęcherza, ale podawanie syropu Miód Malina Witamina przyspieszyło leczenie (wiadomka, mocz w czasie choroby trzeba zakwaszać), poza tym Mimi zadziwiająco szybko doszła do siebie (jak na nią, bo generalnie z odpornością słabo, ale o tym jeszcze kiedyś napiszę). U mnie choroba skończyła się na katarze, zero gorączki, kaszlu, bólu gardła. Jak już my trzy wyzdrowiałyśmy, to rozłożył się Pan Mąż. On też zakończył chorowanie na katarze, upierdliwym i ślimaczącym się, ale jednak tylko na katarze. Niewątpliwym plusem syropów jest ich smak- miód z pulpą malinową smakuje jak domowy sok, a nie lekarstwo. Sprawdzone, polecone, działa ;)

syropy do kupienia tutaj- https://anna-bee.com/shop/


2. Dezodorant





Naturalny kulkowy dezodorant borowinowy z ałunem stworzony przez panią Anię. Myślałam, że nie lubię kulkowych dezodorantów. Myślałam, że naturalne dezodoranty nie chronią zbyt dobrze. Myślałam też, że nie utrzymują długo świeżego zapachu. Myliłam się. Pachnie przepięknie, świeżo, intensywnie, ale nie dominująco, dlatego nie przeszkadza w "noszeniu" perfum. Zapach i świeżość utrzymują się przez wiele godzin, a ochrona jest na takim poziomie, że sama byłam szczerze tym zdziwiona. Wypróbowane w trakcie pogoni za uciekającą szaloną trzylatką, czyli że tak powiem- sprawdził się w ultraciężkich warunkach ;) Świetny produkt. Niestety nie jest jeszcze dostępny w sprzedaży; mam nadzieję, że szybko się to zmieni :) 

3. Blog pełen inspiracji

Czyli https://anna-bee.com/blog/ Bardzo ciekawy, inspirujący, naładowany wiedzą aż pod sam korek. Przeczytałam od deski do deski każdy artykuł. Zajrzyj koniecznie, zwłaszcza jeśli interesujesz się wykorzystaniem witaminy C w profilaktyce chorób i w leczeniu. Polecam tekst o witaminie C i astmie- dla mnie szczególnie ważny, bom astmatyczka od dziecka.

4. Krem do rąk od Botame Body





Krem do rąk do podstawa, umówmy się. Która kobieta nie ma na półce w łazience tubeczki z pachnącym mazidłem do wysuszonych rąk? Nie wyobrażam sobie mojej pielęgnacji bez porządnego, odżywczego kremu do rąk. Wiosną i latem, kiedy temperatury idą w górę, używam lekkich, nieklejących się kremów. Nienawidzę latem tłustej, ciężkiej powłoki na czymkolwiek, czy to twarz, nogi czy dłonie właśnie. Jesienią i zimą automatycznie nabieram ochoty na mocno odżywcze preparaty, intensywnie pachnące, otulające pielęgnującym, lekko tłustawym filmem. Jestem zachwycona kremem firmy Botame Body. Nawilża dłonie na kilka godzin, pięknie pachnie mango (serio! zupełnie jak prawdziwe, świeże mango! czad!) i do tego jest wegański. Na pewno nie poprzestanę na tym jednym opakowaniu.

5. Torba od KokoWorld




O polskiej firmie odzieżowej pisałam już tu. Tę wielką, niezwykle pojemną torbę miałam przy sobie na każdym wrześniowym wyjściu (głównie do przychodni, ale co tam ;) ) i muszę przyznać, że jest jak studnia bez dna- mieści się w niej wszystko czego potrzebuję dla siebie i dla dwójki chorych dzieci, a przy tym nie wygląda wcale na wielką i toporną. Prezentuje się ciekawie, przyciąga wzrok (kilka kobietek pytało mnie gdzie ją kupiłam) i pasuje mi do ulubionych brązowych kozaków ;) Słabo znosi deszcz, więc na większe szarugi czy na zimę zdecydowanie się nie nadaje, ale na teraz- super.

torba do kupienia tutaj- https://www.kokoworld.pl/

6. Podcast Justyny Mazur "Dojrzewanie"



Podcasty odkryłam niedawno. Wcześniej gdzieś coś słyszałam, obiło mi się o uszy co nieco, ktoś polecał... ale zawsze machałam ręką na zasadzie "nie wiem, nie znam się, później ogarnę". Jak już ogarnęłam, to przepadłam. Justyna Mazur to autorka bloga "Krótki poradnik, czyli jak ogarnąć życie". Najpierw trafiłam na podcasty na yt, a później dopiero na bloga. Prawdę mówiąc to jeden z niewielu przypadków, kiedy wolę słuchać autorki, zamiast jej czytać. Jako typowy wzrokowiec bardziej przemawia do mnie słowo pisane. Justyna jednak ma tak przyjemny, kojący, sympatyczny głos, że tutaj po prostu nakładam słuchawki na uszy, zamykam oczy i płynę. To jest jak wieczorna medytacja przed snem, totalne wyciszenie z ogromną dawką inspiracji i motywacji. Genialne! Dla każdej z nas!

6. Segregator medyczny #jestemkobietą od Nicole Sochacki- Wójcickiej, czyli Mamy Ginekolog





Nie pamiętam, kiedy ostatni raz robiłam kontrolne badania. Kiedy sobie to uświadomiłam, czym prędzej pobiegłam do szafki, w której trzymam różne "lekarskie" dokumenty i wyciągnęłam mój segregator. Jest ze mną już od wielu miesięcy, a ja (wstyd się przyznać) po uzupełnieniu tabelek, włożeniu dokumentów i wyników badań w odpowiednie przegródki, nie zrobiłam nic. NIC. We wrześniu, gdzieś pomiędzy jednym kichnięciem a drugim, pomiędzy wizytą u lekarza a staniem w kilometrowej kolejne w aptece, zaplanowałam sobie cały zestaw kontrolnych badań od podstawowych badań krwi i moczu, poprzez cytologię, aż do usg brzucha. Dbam o wszystkich, tylko nie o siebie. Taka refleksja. Czas to zmienić. Segregator to bardzo przydatna rzecz, jeśli masz tendencję do gubienia różnych karteczek, notatek, świstków, wyników badań, recept itp.- tutaj masz wszystko w jednym miejscu, posegregowane kategoriami, do tego jest miejsce na wpisanie adresów i numerów telefonu do swoich lekarzy, mnóstwo miejsca na notatki i całkiem konkretna dawka medycznej wiedzy, którą każda kobieta zawsze powinna mieć pod ręką. A Ty? Kiedy ostatni raz robiłaś cytologię?

segregator do kupienia tutaj- https://mamaginekolog.pl/sklep/


8. Wybieram polski design.


Kolejna perełka, którą odkryłam na Instagramie. Nie zliczę ile fajnych, niszowych  polskich firm odkryłam właśnie tam. IG to niezła kopalnia perełek, słowo daję :) Wszyscy znamy styl skandynawski, prowansalski, ascetyczny. Mniej więcej wiemy na czym polega wzornictwo Hampton, shabby czy retro. Ale czy jesteśmy w stanie powiedzieć czym charakteryzuje się nasz rodzimy polski design? Ajj!! Aż mam gęsią skórkę na łydkach, jak babcię klapkiem! Wszystko co mnie wnętrzarsko kręci w jednym miejscu. Mega, meeeeega inspirująca strona dla osób, które tak jak ja uwielbiają dobry polski design- i to niekoniecznie ten współczesny- oraz dla tych, którzy nie mają o tym pojęcia. Każdy znajdzie coś, co go zainspiruje, tak sądzę. Zajrzyj https://plndesign.pl/.

9. Wegetariański rosół z imbirem.


Moja ulubiona w mijającym miesiącu zupa. I nie zanosi się na to, żeby w październiku było inaczej. Jak tradycyjnego rosołu nie lubię ani ja, ani moje dzieci, tak ten wegetariański (albo wegański, jeśli nie dodasz jajecznego makaronu) wchodzi aż miło. Smakuje inaczej niż rosół gotowany na mięsie, ale jest przepyszny. Tradycjonalistom może nie smakować, chociaż mój mięsożerny mąż zjada pełen talerz i prosi o dokładkę. Rozgrzewający za sprawą imbiru, napakowany warzywami, dosmaczony sosem sojowym, z tak ogromną ilością natki pietruszki, że aż się w oczach troi... mmm tak, poproszę, najlepiej jeszcze dzisiaj na kolację. A zapomniałabym- idealny na przeziębienia i inne takie ;) 

Przepis? Proszsz...!



WEGETARIAŃSKI ROSÓŁ Z IMBIREM


Potrzebujesz:


1 duża bulwa selera
2 duże pietruszki
4 marchewki
2 cebule
3 ząbki czosnku (albo więcej, jeśli lubisz)
por
natka pietruszki- dużo
imbir- kawałek wielkości połowy kciuka
sos sojowy
olej rzepakowy- 1 łyżka stołowa
sól, pieprz
cienki makaron (jeśli dodasz jajeczny, rosół będzie wegetariański, jeśli bezjajeczny- wegański)


Zrób tak:


Do garnka wlej 2,5 litra zimnej wody, dodaj łyżkę oleju, wstaw na mały ogień, niech to się powoli zaczyna gotować. W tym czasie umyj dokładnie warzywa, pokrój jak chcesz (ja za każdym razem kroję inaczej- marchewkę w plastry, seler w kostkę, pietruszkę w słupki, ot taki feeling ;) ) i wrzuć do gotującej się wody. Imbir zetrzyj na tarce, czosnek wyciśnij przez praskę, dodaj do warzyw. Niech się gotuje na wolnym ogniu godzinkę albo i dłużej, jeśli masz czas. Na koniec dodaj łyżkę sosu sojowego, sól i pieprz. Ugotuj makaron. Na talerze najpierw wyłóż makaron, zalej go gorącym rosołem z kawałkami warzyw, posyp dużą ilością natki. Bon apetite!



...


wpis powstał we współpracy z Anna Bee Miód Malina Witamina oraz KOKOworld