Reset.

Rzeczywistość ostatnio nieco nam zazgrzytała, zawiesiła się i kilkukrotnie przekręciła plany. Niczym w pięknie ułożonym obrazku z puzzli, w który ktoś z impetem wpada i rozsypuje kawałki wszędzie dookoła, a my potem musimy radzić sobie z układaniem od nowa. Po raz kolejny dostałam małego prztyczka w nos i zostałam sprowadzona z chmur na ziemię, że ja to sobie mogę planować, owszem, ale życie i tak moje plany zweryfikuje. Między bajki mogę sobie wsadzić mrzonki o dostosowaniu się do rytmu natury, taaa, jasne, nie w mojej rodzinie. Codzienność nabrała takiego speeda, że dni zaczęły mi się zlewać w jedno, weekendy mijać niezauważanie, a to już niedobrze. Zabrakło mi czasu na drobne przyjemności, które choć drobne sprawiają, że mi się chce. Chce mi się wstawać wcześnie rano, gotować zdrowe obiady, sprzątać, wyjeżdżać z domu choć na dwie godziny. Nowa mata do jogi stoi nierozpakowana od dwóch tygodni (chyba, straciłam rachubę czasu), a moje mięśnie nie pamiętają, kiedy ostatni raz się przeciągały porządnie. Połączenie początkującej przedszkolaczki z syndromem hnd (high need baby- tutaj) z dorastającą nastolatką, która w dwunasty rok życia wchodzi z hukiem godnym bomby atomowej, to hmmm dość ciekawe połączenie. Delikatnie mówiąc. 

Wczoraj, mimo zmęczenia materiału po całym tygodniu, kategorycznie zarządziłam odwrót. Tupnęłam nogą, raz i drugi, i powiedziałam basta! Nie chcę tak, nie lubię! Prześlizgiwanie się z dna na dzień, bez zatrzymywania nawet na chwilę, bez głębszego oddechu, bez refleksji to ostatnie, czego bym chciała. Konkretną mobilizacją były dochodzące do mnie zewsząd wieści, że ten weekend to podobno ostatnie tak piękne dni przed ochłodzeniem. Dosłownie kilka kilometrów od naszego domu mieszka pełen spokój. Kilka domów na krzyż, za to krówek, piesków, kotków i koni pod dostatkiem. Starszą córkę wrzuciliśmy na konia, młodsza zaciągnęła tatę do stajni w celu wymiętolenia końskich łbów, a ja poszłam na pola. Przed siebie. I starałam się nie myśleć. Trafiliśmy na idealną porę dnia, na złotą godzinę, kiedy po pięknym, ciepłym dniu słońce szykuje się powoli do zachodu, ale jeszcze świeci na złoto. Obłęd, jak pięknie było! Dotarło do mnie, jak niewiele czasami potrzeba, żeby się zresetować, żeby złapać dystans i wyskoczyć z chomikowego kółeczka, w które tak naprawdę sami siebie wkładamy. Wystarczy wyjść z domu, tylko tyle i aż tyle. 

W tej absolutnej ciszy na pustych polach po kukurydzy, kiedy jedyne co słyszę, to stukanie końskich kopyt gdzieś w oddali, o godzinie 17.30 w piątek, kiedy słońce zaczyna zachodzić na złoto, dystans przychodzi błyskawicznie. Przychodzi i uderza mnie z liścia w twarz. Raz z jednej strony, raz z drugiej. Odkładam na bok aparat, żeby popatrzeć oczami, a nie przez obiektyw (zmora fotograficznych freaków). Mam wszystko. Przecież ja, do jasnej cholery, mam wszystko czego mi potrzeba. Gluty dzieciaków, pierwsze bunty mojej nastolatki, trzyletnie rączki które często nie chcą mnie puścić nawet do toalety, pryszcz na brodzie, tekst pisany do trzeciej nad ranem bo znowu nie zdążyłam wcześniej, nowa zmarszczka pod okiem, rodzinny weekend na wsi zamiast w hotelu all inclusive... to wszystko nic, nieważne, niewarte mojej złości. To normalne życie jest. Czego ty się tak spalasz, głupia??- ganię siebie w myślach. Mam wszystko. Mam piękne, mądre, zdrowe dzieci, a nawet jeśli chorują, to mogę ogarnąć to w domu, a nie w szpitalu. Tyle wygrać! Mam męża, który wkurza mnie jak nikt inny na świecie, i bez którego ten świat nie byłby taki sam. Patrzy na mnie tak samo, jak patrzył 10 lat temu, a może nawet bardziej. Mam komu złożyć życzenia na dzień dziecka, matki, ojca, teściowej. Mam z kim obejrzeć film na laptopie w sobotni wieczór i mam dla kogo kupować kiczowate lizaki serduszka na Walentynki. Mam do kogo pojechać na najlepszy sernik na świecie i na gołąbki z soczewicą. Mam półkę pełną książek, które przeczytam jeszcze tej jesieni i kilka filmów, które obejrzę z moim mężem. Mam zapas kaszy jaglanej i kokosowych krówek. Mam na piecu gotujący się rosół i popłacone rachunki. Mam ładne zielone oczy i zmarszczki od uśmiechania się. Codziennie mam jakiś powód do radości. Mam poranki pachnące kawą i wieczory z najpiękniejszym wyznaniem miłosnym jakie mogłam sobie wymarzyć- kocham ciebie, mamo. Mam dobre wyniki cytologii i nowy szary sweter z perełkami. Mam sprawny aparat, którym łapię chwile i nieustanną ciekawość świata i ludzi. Mam bloga, którego latem przeczytało 90 tysięcy ludzi. Mam w sobie wrażliwość, która pozwala mi widzieć to, czego inni nie widzą. Dopiero teraz ją doceniam. Mam dwie ręce, dwie nogi, wąską talię i głowę, w której ciągle coś się myśli. Mam 35 lat i mam wszystko. Cała reszta, która się wydarzy, całe dobre, które jeszcze mnie spotka, będzie przyjemnym bonusem. Dzisiaj jestem szczęśliwa z tym co mam, tu gdzie jestem, na tych pustych polach, z zachodzącym na złoto słońcem. 











18 komentarzy:

  1. Tak rzadko doceniamt to, co mamy... Warto zatrzymać się i spojrzeć na nasze życie z innej, nieco lepszej perspektywy. Pozytywny post.

    Pozdrawiam,
    Ksiazkowa-przystan.blogspot.com

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Czasami wystarczy chwila oddechu, żeby złapać dystans :) Dzięki :)

      Usuń
  2. Mądry, fajny wpis. Dobrze sobie czasem uświadomić, ile ma się szczęścia i że warto się cieszyć codziennością, bo bywa ona niedoscignionym marzeniem innych - chorych, tych, którzy stracili bliskich... Ja tej jesieni ciągle odwołuje wszelkie plany z powodu wiecznego kaszlu moich chłopaków, ale pocieszam się, że są to rzeczy do ogarnięcia i w końcu im to minie... Choć na razie o resecie mogę tylko pomarzyć wśród nebulizacji i kropelek do nosa :)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Wiem o czym mówisz. Prawie cały wrzesień gdzieś mi uciekł przez choroby dzieci. Dużo mocy!

      Usuń
  3. Kwintesencja życia tu i teraz i uważoności na codzień. Też uważam, że najważniejsze jest wdzięczność za cudowne, małe rzeczy, które zdarzają nam się każdego dnia. Pozdrawiam z Afryki!

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Uważność jest kluczem do szczęścia, tak sądzę. Afryka <#

      Usuń
  4. Dzięki za przypomnienie o tym, ze powinna doceniać to co mam. Ostatnio się trochę pogubiłam i przestałam doceniać te małe rzeczy.

    OdpowiedzUsuń
  5. To ostatnie zdjęcia- klasa! W ogóle uwielbiam zdjęcia na Twoim blogu. Teksty też, ale sielskie zdjęcia czadowe! Julka

    OdpowiedzUsuń
  6. warto ćwiczyć uważność, bo największe szczęścia czekają na nas tu i teraz :)

    OdpowiedzUsuń
  7. Odpowiedzi
    1. Ja też, ale muszę pojechać nieco dalej, żeby nie było na nich ludzi ;)

      Usuń
  8. Są takie chwile, kiedy moja codzienność mnie męczy, i wtedy czasem dociera do mnie, jakie ja mam szczęście. Że to jest moja codzienność. Że nie muszę o tym marzyć ani za tym tęsknić.

    OdpowiedzUsuń
  9. Dobrze się czytało :)

    OdpowiedzUsuń

Dziękuję za każdy dodany komentarz.