Zupa dyniowa z mleczkiem kokosowym- palce lizać!

Powiedz mi jak to jest, że kiedy wymyślam sobie spokojny, leniwy weekend, z niespiesznym segregowaniem ubrań w szafie dzieciaków, z gotowaniem gara pysznej zupy na obiad i z pierwszym przeciąganiem się na nowej macie do jogi, to zawsze, ale to ZAWSZE, coś się musi wydarzyć? I to COŚ jest zwykle z gatunku wydarzeń niefajnych... Wniosek jest prosty i tak oczywisty, że nie sposób go ignorować- im spokojniej zapowiada się weekend, tym większą czujność należy zachować, czytaj: pilnować dzieci!

Otóż wczoraj moja starsza córka Zu postanowiła znokautować młodszą siostrę drzwiami łazienkowymi. Uczyniła to na tyle skutecznie, że mała Mimi zarobiła z otwartych z całym impetem przez starszą siostrę drzwi w głowę, odbiła się jednocześnie od framugi, obijając sobie drugą stronę czaszki, a następnie runęła do przodu tłukąc kolana i łokcie. Nie wiem czy opisałam sytuację wystarczająco obrazowo, w każdym razie widok był wstrząsający, a ja byłam przekonana prawie na stówę, że mała albo rozbitą głowę, albo wstrząs mózgu, albo wszystko naraz, a my za chwilę będziemy pędzić na sygnale do szpitala. Armagedon, jaki sekundę później nastąpił, trudno opisać. Mimi, jak to Mimi, zaczęła przeraźliwie płakać, żeby po chwili zatrzymać się w bezdechu, zsinieć i wybałuszyć na mnie oczy na zasadzie "mamo, pomóż, nie oddycham". Kto ma dziecko z tendencją do zawieszania się, ten wie o czym mówię. Schemat działania wypracowany przez ostatnie 3 lata uruchamia się błyskawicznie. Dmuchnięcie w buzię, walnięcie w plecy, potrząśnięcie za ramiona, drugie dmuchnięcie tym razem mocniejsze i już, jest, wróciła. Gdzieś pomiędzy reanimowaniem młodej, mocną burę dostała starsza, może odrobinę za mocną, co poskutkowało jej fochem i moimi wyrzutami sumienia, ale są granice w wyrażaniu nastoletniego buntu, słowo daję... Ku mojemu zdziwieniu głowa była w całości, nad prawą skronią wyrósł tylko sporych rozmiarów guz. Jako że objawy wstrząśnienia mózgu mogą się objawić do 48h po urazie, reszta piątku i oraz cała noc upłynęły nam na wielkich nerwach i bacznym obserwowaniu Mimi, z torbą do szpitala stojącą pod drzwiami w przedpokoju w razie w. Dzisiaj, kiedy już mogliśmy nieco głębiej odetchnąć (chociaż torby nadal nie rozpakowuję) stwierdzam, że moja córka ma albo pancerną głowę, albo wielkie szczęście, albo Ktoś nad nią czuwa. Albo wszystko jednocześnie. Taki uraz i skończyło się na wielkim guzie i jeszcze większym strachu (tzn. mam nadzieję, że na tym ta historia się skończy, tfu tfu odpukać w niemalowane) Taka refleksja w tym wszystkim mnie naszła- że możesz chuchać i dmuchać, pilnować, troszczyć się, tłumaczyć, prosić, monologować, napominać, pouczać, strzępić sobie język i flaki wypruwać, a jak ma jedna albo druga zarobić w głowę, to i tak zarobi, i nic na to nie poradzisz. I koniec.

Także ten... Chciałabym jakoś płynnie przejść do przepisu na zupę dyniową, który dzisiaj dla Ciebie przygotowałam, ale zgrabne żonglowanie słowem zupełnie mi dzisiaj nie wychodzi, wybacz. Może biomet niekorzystny, może nieprzespana nic, a może siny guz na skroni Mimi skutecznie pozbawiają mnie weny twórczej. Napiszę więc wprost- utylizuję zapasy dyni, które zgromadziłam dzięki tej wycieczce i to w ilości zdecydowanie przekraczającej możliwości konsumpcyjne mojej rodziny. Było już kruche dyniowe, gdzieś w międzyczasie przetestowałam kilka przepisów na dyniowe latte i metodą prób i błędów doszłam do ideału (podzielę się przepisem, bo smakuje mmm... ), a dzisiaj będzie zupa. Zupa, że palce lizać, mówię Ci.  Jeszcze nie tak dawno otrzepywałam się ze wstrętem na myśl o dyniowej zupie, a dzisiaj z przyjemnością nalewam pachnący mleczkiem kokosowym, mile parujący płyn do miseczek. W sam raz na tę nieciekawie mokrą i zimną aurę za oknem, guzy na głowie i obrażone na śmierć jedenastolatki.


p.s. I oby reszta tego tak "pięknie" rozpoczętego weekendu upłynęła nam w totalnej nudzie i nicnierobieniu, proszę.





POTRZEBUJESZ: 


0,25dag dyni (wybierz ciężką, o symetrycznym kształcie)
2 marchewki
1 duży seler
litr buliony warzywnego (z  tego przepisu, tylko bez makaronu, wiadomo ;) )
500ml mleka kokosowego z puszki
200ml soku pomarańczowego
2 ząbki czosnku
szczypta curry, soli i pieprzu
kilka listków kolendry
pestki dyni
szczypiorek
oliwa z oliwek



ZRÓB TAK:


Dynię, marchewki i selera pokrój w kostkę i podsmaż na patelni. Następnie warzywa przenieś do garnka, zalej wywarem warzywnym, mlekiem kokosowym i sokiem pomarańczowym. Później dodaj wyciśnięty przez praskę czosnek. Zupę gotuj tak długo, aż wszystkie warzywa zmiękną. Dopraw curry, solą i pieprzem. Może zmiksować na zupę krem, możesz zmiksować tylko część zupy i wymieszać w ugotowanymi kostkami warzyw, jak podpowiada Ci wyobraźnia. Podawaj z listkami kolendry, szczypiorkiem i pestkami dyni.






17 komentarzy:

  1. Dynie odkryłam dopiero, gdy rozszerzałam dietę córce. Sama wcześniej jej nie jadłam i prawdę mówiąc teraz znów o niej zapomniałam, więc przyda się przepis.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Ja dynię odkrywam dopiero tej jesieni, wcześniej jej szczerze nie znosiłam ;)

      Usuń
  2. Ja sama kocham robić dyniowe dania z dyni :)

    OdpowiedzUsuń
  3. Ojej oby małej nic się nie stało :* J

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Wszystko wygląda na to, że rozejdzie się po kościach, uff :)

      Usuń
  4. Zu i Mimi to pełne imiona? Zauroczuly mnie.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Nie, to zdrobnienia od pełnych imion :) Tak na nie wołamy na co dzień :)

      Usuń
  5. Nie znoszę zupy z dyni, ale może z tym mleczkiem kokosowym byłaby do przełknięcia?
    PS Bardzo ładny szablon bloga!

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Dziękuję, trochę trwało zanim blog zaczął jako tako wyglądać ;) Wersja z mlekiem kokosowym to jedyna zupa dyniowa, która mi smakuje, więc może tez spróbuj.

      Usuń
  6. Za zupą dyniową nie przepadam, ale może nie miałam po prostu okazji spróbowac takiej dobrze przyrządzonej :)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Prawdę mówiąc ta wersja z mleczkiem kokosowym ratuje smak zupy dyniowej- inna wersja jest dla mnie niejadalna ;)

      Usuń
  7. Dyni nie lubię a mleczka kokosowego nie próbowałam! Na Twoim zdjęciu prezentuje się zacnie :)

    OdpowiedzUsuń
  8. Robię systematycznie... tzn. na pewno raz do roku - a kolejne razy w zależności od tego, ile miąższu z dyni pozostanie nam po Haloween.
    Zdecydowanie polecam jeszcze imbir - chyba, że uważamy, że samo curry załatwia sprawę.
    A jak nie mamy mleka kokosowego - po prostu słodką śmietanę.

    OdpowiedzUsuń

Dziękuję za każdy dodany komentarz.