10 powodów, dla których powinnaś pić czystek.

10 powodów, dla których powinnaś pić czystek.

Czystek zagościł w moim domu mniej więcej pół roku temu, kiedy szukając suplementów diety i ziół, które mogłyby pomóc Zu walce z niedoczynnością tarczycy, trafiłam na fantastyczną książkę Beaty Abramczyk "Hashimoto. Moja droga do uzdrowienia siebie". Zarówno w książce, jak i na blogu Beata sporo pisze o czystku i jego cudownych właściwościach nie tylko, jeśli chodzi o wpływ na funkcjonowanie tarczycy, ale ogólnie na całe ciało. Zaczęłam głębiej interesować się tematem, aż w końcu postanowiłam spróbować. Zu codziennie do szkoły zabiera pełen termos czystka z miodem, a ja zaparzam sobie kubek tego płynnego złota zamiast popołudniowej kawy. Mimi, moja młodsza córka, również powoli przekonuje się do czystka, co mnie bardzo cieszy, bo widzę po sobie i po Zu, że on naprawdę działa. 



10 powodów, dla których powinnaś pić czystek.



1. Czystek czyści.


Dokładnie tak! Czyści nasz organizm ze szkodliwych substancji, w tym z metali ciężkich. Między innymi polecany jest palaczom oraz mieszkańcom dużych miast. Fantastycznie detoksykuje, co widać już po kilku pierwszych dniach regularnego (!) picia czystka. Na twarzy mogą pojawiać się wypryski, mocz staje się ciemniejszy, możliwy jest również delikatny ból nerek. To wszystko minie, kiedy organizm pozbędzie się nagromadzonych toksyn.


2. Leczy przeziębienia.


Sprawdziłam na sobie, kiedy dwa tygodnie temu przez nasz dom przetoczyła się fala choróbska. Piłam czystek z miodem i imbirem i skończyło się tylko na lekkim dwudniowym katarze. Do tego witamina C moja ulubiona od Anny Bee (o naturalnych syropach z wit. C pisałam tutaj) i zażegnałam widmo tygodniowego męczenia się z grypą, jak to co roku u mnie bywało o tej porze. Dlaczego tak? Czystek jest niezwykle bogaty w polifenole, przez co idealnie nokautuje wszelkie drobnoustroje.


3. Łagodzi ból gardła i obrzęk krtani.


Dzięki swoim silnym właściwościom przeciwzapalnym przynosi ulgę w bólu gardła, a niezastąpione polifenole atakuję wirusy odpowiedzialne na obrzęk krtani.


4. Odmładza.


Albo przynajmniej spowalnia proces starzenia- też mi pasuje ;) Te same polifenole, które pomagają w walce z przeziębieniem, są silnymi naturalnymi antyoksydantami, trzymającymi kolagen w ryzach oraz przyczyniającymi się do likwidacji wolnych rodników, a te jak wiadomo są odpowiedzialne za starzenie się komórek.


5. Zwalcza trądzik.


Oraz zmniejsza widoczność blizn potrądzikowych, wygładza cerę, poprawia koloryt. Wspomaga walkę z łuszczycą, nawracającymi cystami na twarzy (takie podskórne bolesne grudki) oraz atopowym zapaleniem skóry. Poprzez swoje działanie przeciwzapalne i regulujące wydzielanie sebum pięknie wpływa na czyszczenie cery z tych wszystkich syfów, których my kobiety tak bardzo nienawidzimy.


6. Zabija bakterie w jamie ustnej.


Na śmierć- cytując pewną reklamę telewizyjną. Dzięki swoim właściwościom antybakteryjnym, sprawdzi się jako naturalny płyn do płukania jamy istnej, a w odróżnieniu od chemicznych płynów, nie zawiera szkodliwych dodatków, np. triklosanu, który jest tak toksycznym środkiem, że nie wiem co on w ogóle robi w płynie do płukania ust.


7. Łagodzi objawy alergii.


Alergicy przyznają, że w czasie pylenie uczulających ich roślin kubek naparu z czystka dziennie potrafi przynieść sporą ulgę!


8. Działa rewitalizująco.


Odświeża organizm, szybko dodaje energii, usuwa oznaki zmęczenia. Ja, która jeszcze do niedawna wypijała trzy kawy dziennie, bez problemu pozostaję przy jednej, małej rano. Dwie popołudniowe zastąpiłam czystkiem. Nie zauważyłam spadku energii, a wręcz przeciwnie.


9. Wspomaga pracę tarczycy.


Widzę po Zu, że ma więcej energii, szybciej się regeneruje. Mam nadzieję, że słynne działanie przeciwzapalne czysta pozwoli na tyle wyciszyć stany zapalne w organizmie Zu, że uda nam się nieco zmniejszyć ilość podawanego hormonu.


10. Ma działanie antynowotworowe.


Najważniejszą rzecz zostawiłam na koniec. I znowu muszę wspomnieć o działaniu przeciwzapalnym i bogactwie polifenoli, z których słynie czystek. Wiele wskazuje na to, że regularnie picie naparu z czystka zapobiega nowotworom: żołądka, jelit, wątroby, skóry i płuc.



Jak zaparzyć czystek?


W ogóle nie patrz w stronę tego torebkowanego szitu. Lepiej wydać kilka złotych więcej i zaopatrzyć się w dobrej jakości liście. Ja zalewam wrzątkiem dwie łyżeczki od herbaty. Taka ilość wystarcza mi na mój wielki półlitrowy kubas. Jeżeli nie lubisz specyficznego smaku ziół, możesz dodać miód lub inne zdrowe słodziło. Czystkowi to nie przeszkadza.



Jakie efekty widzę u siebie?


Przede wszystkim oczyściła mi się cera. Wcześniej miałam bardzo wrażliwą skórę, która reagowała trądzikiem na wiele nowych kosmetyków czy na ostrzejsze jedzenie. Dzisiaj jestem bardzo zadowolona ze swojej cery, chociaż nadal nie jest idealnie. Włosy przestały wypadać, są mocniejsze, na skroniach wyczuwam małe "baby hair". Największym plusem jest większa odporność, z czym miałam problem w ciągu ostatnich kilku lat. Kiedy dzieci chorowały, chorowałam i ja. Tymczasem tej jesieni pierwszy raz od bardzo dawna kończę chorowanie na lekkim katarze. Tfu tfu, odpukać.





Słowem- kluczem jest tutaj "regularność". Na niewiele się zda picie czystka raz na tydzień. Nie oczekuj również spektakularnych efektów po miesiącu. Zauważalne rezultaty dostrzeżesz po minimum 3 miesiącach. 



...

Jestem bardzo ciekawa czy Ty masz jakieś doświadczenia z czystkiem? Znasz to zioło, pijasz regularnie? Napisz!


Niedoczynność tarczycy u dziecka- objawy, przyczyny, badania. Moje doświadczenia.

Niedoczynność tarczycy u dziecka- objawy, przyczyny, badania. Moje doświadczenia.

Kiedy właściwie z dnia na dzień zdrowa 5-letnia dziewczynka zamienia się w apatyczną, zmęczoną i bladą jak kreda kupkę nieszczęścia, szok miesza się z pytaniem "jak to się mogło stać??". Przecież była zdrowa jak ryba, energiczna i wesoła, wszędzie jej było pełno, a teraz nie chce rano wstać z łóżka, w ciągu dnia ucina sobie coraz więcej drzemek, nie ma siły na zabawę. W dodatku zaczęła gwałtownie tyć i wolniej rośnie. Co się dzieje??





Najczęstsze objawy niedoczynności tarczycy u dzieci:


- zmęczenie

- apatia

- brak koncentracji

- zniechęcenie

- brak energii

- senność

- trudności przy wieczornym zasypianiu, mimo zmęczenia

- lęki

- problemy z przyswajaniem wiedzy

- wolniejszy wzrost

- tycie

- wypadanie włosów i brwi, zwłaszcza po stronie skroniowej

- sucha skóra

- blada cera

- opuchnięta twarz i powieki

- blade usta


Odpowiedź przyszła bardzo szybko.


Tsh na poziomie 17. 17! przy normie do 4,2- przy czym musisz wiedzieć, że normy dla tsh w Polsce są mocno zawyżone. Nieoficjalnie mówi się, że kobieta w wieku rozrodczym nie powinna mieć tsh wyższego niż 2,5, a dziewczynka poniżej 15. roku ok. 1-1,5. Przypominam- moja 5-letnia Zu miała tsh 17, a rok wcześniej jej tsh wynosiło 1. Co się więc wydarzyło przez te 12 miesięcy, że jej tarczyca (w zasadzie przysadka mózgowa, bo to ona, a nie tarczyca odpowiada za produkcję hormonu tsh) zwariowała? Wtedy jeszcze tego nie wiedziałam, nikt nie potrafił mi odpowiedzieć na to pytanie. W zasadzie nadal nie znam na nie odpowiedzi, ale już powoli coś się krystalizuje. O tym napiszę później... Lekarz rodzinny na gwałtu rety zapisała córce hormon Euthyrox, żeby obniżyć tsh, i wypisała skierowanie do endokrynologa. I tu, proszę ja Ciebie, zaczęły się schody. Myślę sobie "ok, endokrynolog, fachowiec, wie co robi, zna się na swojej robocie, na pewno pomoże!". Yhy. Taaaa. Jasne...


Pierwsza wizyta na NFZ bardzo mnie rozczarowała. 


Pani doktor obrzuciła Zu krótkim spojrzeniem, zmierzyła ją, zważyła, zawyrokowała, że jest za niska, za gruba i że najprawdopodobniej zostanie lekko upośledzonym umysłowo karłem. Wcisnęła mi w rękę receptę na większą dawkę hormonów i wypchnęła z gabinetu, zostawiając na korytarzu z miną bardzo zdziwionego karpia wigilijnego. Ja, która rzadko kiedy zapominam języka w gębie, nie wiedziałam wtedy zupełnie co powiedzieć. Kolejny lekarz i procedura w zasadzie powtórzona- mierzenie, warzenie, recepta, "tak się czasami zdarza, że tarczyca wysiada, padło na pani córkę" i nara. 


Po 6 latach i kilkunastu endokrynologach mogę powiedzieć, że:


a) znaleźć dobrego dziecięcego endokrynologa na NFZ, do którego nie ma kolejek na dwa lata do przodu graniczy z cudem- jeśli znasz jakiegoś, to napisz

b) żaden lekarz nie wyszedł poza schemat- mierzenie, ważenie, recepta, ewentualnie skierowanie na kontrolne tsh, bo po co robić więcej badań, prawda?

c) żaden lekarz nie poświęcił nawet chwili, aby pochylić się nad tematem, dlaczego zdrowe dziecko w ciągu kilku miesięcy skończyło z niedziałającą tarczycą.


Co nam zaoferowała klasyczna medycyna?


Mierzenie i ważenie dziecka, wywiad z rodzicem, wypisanie recepty na hormon, raz na rok wydanie skierowania na badanie krwi na poziom tsh. W momencie, kiedy dziecko czuło się gorzej, objawy niedoczynności nasilały się, a tsh rosło, dawka hormonów była zwiększana. Dowiedziałam się, że niedoczynność tarczycy bierze się znikąd, jest nieuleczalna i nic nie można zrobić, żeby poprawić jakość życia chorego. Nie, to nie jest tak, że krytykuję wszystkich lekarzy i namawiam do zbojkotowania klasycznej medycyny, absolutnie nie. Wierzę, że istnieją lekarze z powołania, którzy do każdego pacjenta podchodzą indywidualnie, starają się dociec źródła choroby i traktują organizm jako całość, a nie zbiór narządów. Nadal takiego lekarza endokrynologa szukam. Jeśli znasz kogoś takiego, odezwij się do mnie proszę. 


Doszłam do takiego momentu, kiedy zadałam sobie sprawę z faktu, że teraz już tak będzie. 


Moje dziecko będzie potrzebowało coraz większej dawki leków, będzie czuło coraz gorzej, a przecież ma dopiero kilka lat. Co będzie później? Zaczęłam szukać, czytać, dowiadywać się na własną rękę. Uczyłam się, przeczytałam wszystko co wpadło mi w ręce, oglądałam filmy, czytałam blogi, pisałam do profesorów. Gdzieś po drodze poznawałam ludzi, którzy wyleczyli się z niedoczynności tarczycy, nawet z Hashimoto. W zasadzie nikt, kto pokonał chorobę, nie zrobił tego przy pomocy klasycznej medycyny. Owszem, lekami można się wspomóc, ale bazując jedynie na nich, skazujesz się na bycie niewolnikiem aptek do końca życia.


Przyczyny niedoczynności tarczycy u Zu- moje teorie. 


Nie ma takiej jednostki chorobowej jak niedoczynność tarczycy, wbrew temu co wmawia nam medycyna. Nie ma również nadczynności tarczycy. Wszelkie problemy z tarczycą są objawem choroby, czyli stanu zapalnego, który toczy się gdzieś w organizmie. Na początku trzeba sobie zadać pytanie- co takiego się podziało, że tarczyca zachorowała. Po dokładnym przeanalizowaniu tych 12-stu miesięcy pomiędzy jednym badaniem krwi Zu, kiedy tsh wynosiło 1, a drugiem, kiedy tsh wskoczyło na 17, wysnułam kilka wniosków. 

1. To był pierwszy rok Zu w przedszkolu, podczas którego 9 razy (!) chorowała i 9 razy przyjmowała antybiotyk. Na zmianę było zapalenie oskrzeli, zapalenie ucha, zapalenie krtani. Dzisiaj mam większą wiedzę i większą świadomość, wiem, że niektórych antybiotyków można było uniknąć. Wtedy jednak, kiedy dziecko krzyczało z bólu lub przelewało się przez ręce z gorączką 40 st., trudno było zachować trzeźwość myślenia. Jedną z teorii jest właśnie nadmiar antybiotyków podanych w krótkim czasie, które uszkodziły układ odpornościowy, co w efekcie spowodowało niedoczynność. 

2. Druga teoria jest taka, że to nie antybiotyki same w sobie spowodowały niedoczynność, ale ogrom stanów zapalnych, jakie w ciągu roku toczyły się w organizmie Zu. Choroby tarczycy są niejako odpowiedzią na stany zapalne w organizmie, więc może to właśnie było przyczyną.

3. Teoria numer trzy, czyli kortyzol. Kortyzol jest hormonem stresu, który, utrzymując się przez długi czas, uszkadza działanie tarczycy. Niestety Zu bardzo ciężko emocjonalnie zniosła ten pierwszy rok  w przedszkolu, dużo płakała, w zasadzie każdy dzień to był stres. Uprzedzam pytania- jej rocznik (2007) był pierwszym rocznikiem, który musiał jako pierwszy pójść do zerówki w wieku 5 lat, więc nie była to moja decyzja. 

4. Ostatnia, najnowsza teoria, jest taka, że... Zu ma pasożyty, ma je od wielu lat i dopiero teraz się ujawniły, wcześniej powodując kilka zdrowotnych dolegliwości, których nigdzie nie potrafiliśmy "przyczepić", np. pokrzywka na twarzy, przewlekły nieżyt zatok, bóle brzucha itd. Pasożytów w ogóle nie braliśmy pod uwagę, bo młoda miała kilka razy badany kał i nigdy nic nie wyszło. Tymczasem po miesiącu codziennego picia czystka i soku z kiszonej kapusty, w kupce Zu znalazły się takie rzeczy, że aż łapałam się za głowę. Na pewno zidentyfikowaliśmy glistę ludzką w całkiem pokaźnym stadium rozwoju i sporo jaj. Paskudztwa nadal wychodzą, a my do kuracji dołączyliśmy ajurwedyjskie "złote mleko" z kurkumą i pestki dyni. O naturalnym odrobaczaniu dzieci jeszcze napiszę, bo nie o tym dzisiaj ma być. 


Nie wiem która teoria jest tą właściwą. Nie wiem czy w ogóle któraś jest, a może wszystkie rzeczy zadziały się jednocześnie i sprawiły, że pojawiła się niedoczynność? Podejrzewam, że tego nie dowiem się nigdy.


Ok. Wiesz już, że Twoje dziecko ma za wysoki poziom tsh. Co dalej?


Przede wszystkim, jeszcze zanim pójdziesz do apteki i wykupisz hormony dla dziecka, zrób badania. Nie mam tu na myśli ogólnych badań krwi z tsh, bo to już na pewno zrobiłaś. Nie daj sobie wmówić, że wystarczy zbadać poziom tsh- ja niestety uwierzyłam i przez to mamy kilkanaście miesięcy leczenia w plecy.

Badania, jakie powinnaś wykonać na początek:


1. tsh (hormon przysadki mózgowej), ft3 i ft4 (hormony tarczycy)

2. anty- TPO i anty- TG (przeciwciała, które pomogą wykluczyć chorobę Hashimoto)

3. usg tarczycy (koniecznie! trzeba sprawdzić jej rozmiar, unaczynienie i obecność guzków)

4. w dalszej kolejności warto sprawdzić poziom jodu, gdyż to właśnie jego niedobór we wielu przypadkach powoduje niedoczynność tarczycy u dzieci (nas zaniepokoiła wielka miłość Zu do wyjadania soli prosto z solniczki, nawet całymi łyżkami, teraz codziennie suplementuje jod).


Dopiero, kiedy masz komplet ww badań, idź do endokrynologa. No i wiadomo miej oczy otwarte, odwiedź kilku, kilkunastu, kilkudziesięciu, jeśli trzeba, aż znajdziesz lekarza, który pochyli się nad przypadkiem, zamiast taśmowo wypisywać recepty. O tym, jak wybrać dobrego endokrynologa przeczytasz u mnie już wkrótce.


Jak jest teraz?


W tej chwili moja 11 -letnia córka ma wagę w normie, chociaż do szczuplaczków nie należy, jest najwyższa w klasie i przynosi do domu świadectwa z biało- czerwonym paskiem. Jest cholernie inteligentna, błyskotliwie ripostuje i zadziwia trafnymi puentami. Jeździ konno i dostaje piątki z wf-u, chociaż potrzebuje więcej czasu na regenerację. Szybko się zniechęca, łatwo gubi koncentrację i boi się ciemności. Jej tsh jest na poziomie 3,5. To i tak za dużo, ale udało nam się zejść do takiego wyniku przy minimalnych dawkach hormonów, i co najważniejsze od kilku lat unikać skoków tsh.


Za tydzień w niedzielę (mam nadzieję, że ogarnę) pojawi się pierwszy post o naturalnym leczeniu niedoczynności tarczycy. Zapraszam. 

...........



Jeśli ten artykuł Ci się spodobał, proszę, udostępnij go dalej. Dziękuję!
Miłość w stylu vintage oraz mój subiektywny vintagowy przegląd wnętrzarski.

Miłość w stylu vintage oraz mój subiektywny vintagowy przegląd wnętrzarski.

Piękne domy to jedna z moich największych zajawek. Przyznam Ci się teraz do czegoś, o czym raczej nie rozpowiadam na prawo i lewo... Jestem podglądaczem! Jeśli tylko mogę, zaglądam do cudzych domów, bezczelnie gapię się przez okna, zatrzymuję przy bramach i wyciągam szyję, żeby zobaczyć jak najwięcej. Niezmiennie od kilku lat zastanawiam się czy bardziej chciałabym mieszkać w starej przedwojennej kamienicy z wysokimi sufitami i krętymi schodami, czy w drewnianymi domu nad morzem, czy też może w stuletnim odnowionym przeze mnie (nie wiem jak się remontuje domy, ale to szczegół, prawda?) domu ze strychem, piwniczką na wina i milionem zakamarków, w których mieszkają duchy. Jednym z moich najulubieńszych zajęć w życiu jest zamawianie darmowych katalogów, magazynów i gazet wnętrzarskich. Jeśli gdzieś w sieci pojawi się informacja, że jest do zgarnięcia książeczka z sofami, lampami czy stolikami, to możesz być pewna, że ja będę do tego pierwsza! Mam w sypialni specjalną półeczkę, taką niewielką deseczkę nad telewizorem, na której trzymam te wszystkie moje wnętrzarskie trofea i w chwilach, kiedy czuję, że życie ciśnie, a ja zaraz, za chwileczkę wybuchnę, sięgam po taką gazetkę na ten przykład z dywanami i już mi lepiej. Serio, oglądanie pięknych wnętrz działa na mnie mocno terapeutycznie.

(zdjęcie- urzadzamy.pl)

O moich wnętrzarskich fascynacjach mogłabym napisać książkę. No, może nie książkę, ale całkiem pokaźnych rozmiarów broszurkę na pewno ;) Jedno wiem z całą pewnością- nie kręci mnie ascetyczny minimalizm graniczący ze szpitalnym designem, twarde geometryczne wzory ani chłodne wnętrza wypełnione samą tylko bielą i metalem. Najgorszą estetyczną krzywdą, jaką można mi zrobić, to zamknąć mnie na dłużej w nowoczesnym japońskim minimalistycznym hotelu, gdzie nawet deska klozetowa ma idealnie regularne kształty i zatrzaskuje się na klaśnięcie dłońmi. Wciśnięcie mnie w pokój z bordowymi ścianami w stylu warholowskiego pop-artu to również średni pomysł. Dobre klasyczne klubowe retro z graficznymi tapetami i fotelami muszelkami jeszcze zniosę, ale nie na długo. Barokowo- rokokowy przepych powoduje u mnie ból głowy- odpada. Mój ukochany styl to styl, uwaga, "na babcię"- ciepłe wnętrza z solidnymi meblami, pachnące nieco prl-em, ale mimo wszystko mój prl ustawiony jest na tle białych ścian, okraszony lnianymi beżowymi zasłonami, miękkimi poduchami i skandynawskimi ratanowymi fotelami. Fascynacja białymi prowansalskimi wnętrzami to jedna z tych miłości, która w nieco zmienionej formie trwa do dziś. Po  pewnym czasie płynnie przeszła w miłość do skandynawskich jasnych pomieszczeń, przełamanych pastelami, czarno- białymi dodatkami i wielkimi monsterami w wiklinowych donicach. Styl shabby chic bardzo mi pasował, owszem, wydawało mi się nawet, że to jest ten styl, którego już z żadnym innym nie chcę mieszać, ale coś mi tutaj jednak zgrzytało. Przecierki wszędzie, postarzane kryształowe żyrandole, szafki, które wyglądały, jakby były używane przez kilka pokoleń.... no właśnie, tutaj tkwi klucz owego zgrzytu- te rzeczy wyglądały jakby były używane.  Tak naprawdę to one były nowe, nowiutkie, nówki nieśmigane, ale tworzone były tak, żeby wyglądały na stare. A ja nie chciałam mieć rzeczy, które tylko wyglądają na stare. Ja chciałam mieć STARE rzeczy. Kiedy zdałam sobie sprawę z tego, że niesamowicie kręcą mnie stare przedmioty, przeszłość generalnie sama w sobie, wybuchła moja wielka miłość do vintage. Założę się, że teraz na pewno myślisz sobie- "taaa, jasne kolejna, która dała się wciągnąć w nurt prl-owskich faz". Zdaję sobie sprawę, że vintage jest teraz na czasie, a zewsząd atakują nas kolejne retro sklepy z rzeczami z drugiej ręki (mnie to bardzo cieszy, żeby nie było!), ale moja fascynacja narodziła się jeszcze zanim prl dumnie wkroczył na salony.



Przeczytaj: Rzeczy mają znaczenie. O starociach w moim domu.


W moim domu to ja od zawsze byłam tą, która zbiera stare dokumenty, akty urodzenia, listy, książeczki wojskowe, zdjęcia, pocztówki i inne pożółkłe świstki, które przez większość ludzi uznane zostałyby za śmieci. Mam w swojej kolekcji dokumenty sprzed pierwszej wojny, listy, które z frontu mój pradziadek pisał do babci (Jezu, jak on ją kochał!), akty urodzenia ludzi, których nawet grobów już nie ma- jedyny ślad po nich to moja teczka i kilka ledwo widocznych się zapisków. Zgarniam po znajomych i rodzinie przedmioty, które są uważane przez nich za "do wyrzucenia", a dla mnie są najpiękniejszym skarbem. Mam w swojej kolekcji ponad stuletnią kryształową cukiernicę prababci, jej spinkę do upinania koka, karafkę pradziadka, 130-letni talerz wykonany na terenie zaboru pruskiego, różaniec mojej babci, który uratował dziadka przed śmiercią na wojnie, kiedy to kula odbiła się idealnie od metalowego pudełeczka, w którym ten różaniec się mieścił. Mam obraz, który wisiał na ścianie w domu rodzinnym mojej mamy, a wcześniej babci i prababci. Obraz jest jedyny w swoim rodzaju, nie ma drugiego takiego, bo został namalowany przez wędrownego artystę, który za obiad i nocleg w szopie tworzył piękne dzieła. O fajansowych dzbanach, świecznikach, wazonikach, ręcznie szytych obrusach nawet nie wspomnę. Lubię poznać historię każdego przedmiotu, lubię wiedzieć kto go stworzył, dla kogo i na jaką okazję. Hand made rusza mnie tak bardzo, że przy nim wszelka masówka wydaje mi się słaba.

Przeczytaj: Jak wprowadzić elementy vintage do wnętrza?


Nie myśl tylko, że mój dom to muzeum zawalone ogromem przedmiotów, w których wszyscy się gubimy, a ja z paniką w oczach wrzeszczę na domowników "nie dotykajcie tego zegara! nie ruszajcie cukiernicy!!" Nic z tego, chociaż wizja zabawna, nie powiem :) Powoli, bardzo powoli, delektując się tym stanem jak najlepszym czekoladowym tortem, urządzam mój dom w takim stylu, jaki najbardziej mi pasuje. Bez sentymentu wyrzucam rzeczy, które nic dla mnie nie znaczą, pozbywam się mebli kupionych w meblarskich sklepach, naczyń z Ikei i kiepskiej jakości ubrań kupionych masowo za grosze. Rozdaję po ludziach nic nie wnoszące durnostojki, sprzedaję na olx pięć nowoczesnych geometrycznych cukiernic i z czułością głaszczę tę jedną jedyną kryształową po prababci. To jest dla mnie kwintesencja slow podejścia do urządzania domu i generalnie do posiadania rzeczy- mniej, ale lepiej, z rozwagą, z sercem, mądrze. Z wielką radością zastępuję to co mi nie pasuje na to, co powoduje szybsze bicie serca. To jest proces, który trwa całymi latami, bo nie rzucam się przecież jak wariatka na wszystko, co ma metkę retro, vintage, made in prl. Nie znoszę do domu wszystkiego, co zobaczę. Musi zaiskrzyć między mną a, dajmy na to, fotelem, jak między kobietą a mężczyzną. Jeśli serce bije mocniej, jeśli jest mi dobrze z nim, to biorę, przytulam i wpuszczam do domu. W innym wypadku mówię adios amigo i niech ktoś inny sobie ciebie bierze. Pomimo mojego zamiłowania do rzeczy, jestem zdeklarowaną minimalistką. Tak, to się wszystko ze sobą łączą, wbrew pozorom. Męczy mnie nadmiar wszelaki, a już nadmiar rzeczy w domu męczy mnie podwójnie, więc dążę do tego, żeby mieć tylko te przedmioty, których naprawdę potrzebuję, z którymi czuję się po prostu dobrze. Mieć mało, ale najlepszej jakości, starannie dobrane, ukochane przedmioty (ubrania, książki, kosmetyki itd.). Umiejętnie żongluję tym co lubię, tym co mam i tym o czym marzę, mieszam rzeczy nowe ze starymi, miksuję ukochane style i podglądam, zaglądam, węszę ;)


Poniżej, specjalnie dla Ciebie, przygotowałam nietypowy przegląd mebli. Mebli vintage, z duszą i historią, prosto z serwisów sprzedażowych. Mebli, które prędzej czy później znajdą się w moim domu (tym, w którym mieszkamy lub całkiem innym, w całkiem innym miejscu, kto wie... ;) ), jeśli tylko znajdę ich idealną wersję i będę miała tlochę duzo monet- jak mawia moja 3-letnia córka Mimi- na ich zakup oczywiście ;)




WNĘTRZARSKIE VINTAGE PEREŁKI

(wszystkie zdjęcia pochodzą ze stron sprzedażowych- allegro.pl, sprzedajemy.pl, olx.pl)



1. Kredens.


Moje największe vintage marzenie. Chcę mieć w kuchni dokładnie taki sam, jaki stał u mojej cioci na wsi, gdzie jako kilkulatka spędzałam prawie wszystkie wakacje. Z takim kredensem wiąże się cała masa pięknych wspomnień... Póki co jeszcze nie znalazłam tego idealnego. Szukam, ale ciągle coś mi nie pasuje. Ze starymi meblami jest tak, że po prostu musi zagrać. Jeśli nie ma iskry, to nic z tej miłości nie będzie. Te kredensy poniżej są ok. Tylko ok, a ja chcę, żeby było wow. Szukam dalej.






2. Sekretarzyk.


Taki jak z pierwszych filmów o Sherlocku Holmesie. Z milionem szufladek, zakamarków i schowków, zamykany roletą na kluczyk. Marzy mi się taki w kolorze sosny albo jabłoni. Już nawet wiem, gdzie go postawię.






3. Toaletka.


Zupełnie nie mam w tej chwili miejsca na toaletkę. Nie mam nawet pojęcia, czy kiedykolwiek takie miejsce się znajdzie, ale o pięknej wiekowej toaletce marzę od kilkunastu lat. Może sprawię sobie taką na emeryturze? ;)



4. Piec kaflowy.


Albo koza. Albo kominek ewentualnie, ale też z odzysku. Mojej miłości do pieców kaflowych nie rozumie absolutnie nikt. Nikt. Naprawdę nie spotkałam ani jednej osoby, która podzielałaby mój zachwyt nad tym jakby nie patrzeć reliktem przeszłości. Tymczasem dla mnie piec kaflowy to piękna rzecz i bardzo żałuję, że tak niewiele osób go docenia.




5. Łóżko.


Do pokoju Zu- białe, metalowe, na zdobionych nóżkach a'la Ania z Zielonego Wzgórza. Do naszej sypialni - drewniane. Kupno takiego łóżka wiązałoby się z całkowitym przemeblowaniem, ale mam nadzieję, że i do tego z czasem dojdziemy.





6. Fotel bujany.


Ajjj marzenie :)



7. Stół.


Duży, solidny, drewniany, z zarysowaniami i śladami po kubkach z za gorącą herbatą. Nie musi być idealny, nawet jest to wskazane, żeby nie był. Stół z historią, z duszą, z życiem. Żeby się przy nim życie działo, zupy jadło i na maile odpisywało. Tak właśnie chcę.



8. Kapliczka.


Sam fakt, że coś takiego przyszło mi do głowy, mnie zadziwia. Przydrożne kapliczki zawsze miały dla mnie specyficzny klimat, ale chęć posiadania własnej w ogrodzie, na jakimś drzewie, wysoko miedzy gałęziami, nadal jest jakimś mglistym zamysłem, w który do końca nie mogę uwierzyć. Gdzieś z tyłu głowy od pewnego czasu towarzyszy mi myśl, że z chęcią przygarnęłabym taką ręcznie wyrzeźbioną małą kapliczkę, niechcianą, sprzed wielu lat najchętniej...




9. Duże stojące lustro w drewnianej ramie.


Powinnam napisać- w dużej niedoskonałej ramie. Dokładnie takie jak na zdjęciu. Piękne!






Jestem ciekawa czy Ty lubisz stare przedmioty, czy raczej jesteś fanką nowoczesnych rozwiązań?

....




Jeśli spodobał Ci się wpis, proszę udostępnij go dalej, dziękuję! :)

O zmianach na blogu i przepis na korzenną dyniową kawę latte- w sam raz na koniec jesieni.

O zmianach na blogu i przepis na korzenną dyniową kawę latte- w sam raz na koniec jesieni.

W tę zmianę weszłam ze spokojem, pewna, że szybko ogarnę temat i wrócę do regularnego blogowania w trymiga. Tymczasem to nie takie hop siup, proszę ja Ciebie. Ani nie hop siu, ani hip hop, ani nawet hula hop. O nie, nie. Nic z tych rzeczy. Sprawa wymaga mrówczej roboty, a wykonać należy pokrótce co następuje:

primo- spotkać, a następnie skontaktować się z odpowiednimi ludźmi, co też nie jest oczywiste

secundo- spędzić kilka... (naście? dziesiąt?) godzin, grzebiąc w kodzie html oraz innych kodach wszelakich, ślepnąc przy tym bynajmniej nie od świateł if ju noł łot aj min i mrużąc oczy szukając tego nieszczęsnego

tertio- spędzić kolejne kilka... (naście? dziesiąt? tydzień???) godzin, zmieniając linki zewnętrzne, social media i inne cuda wianki...


Nie sądziłam, że zajmie mi to bite 10 dni (czujesz to? dziesięć dni...), które spędziłam klepiąc w klawiaturę mojego wysłużonego laptopa, wykonując robotę tzw. "okołoblogową", której na blogu jako takim stricte nie widać, ale bez niej nie byłoby tego co jest teraz. Ok, już bardzie zamieszać nie mogłam. Może w takim razie napiszę jaśniej- odważyłam się na zmianę, która "chodziła" za mną już od dłuższego czasu. Blog lifestylowy, bez konkretnego tytułu i myśli przewodniej jest w zasadzie blogiem o wszystkim. A z zasady jeśli coś jest do wszystkiego, to jest do niczego... Gdyby ktoś zadał mi pytanie, o czym właściwie piszę, musiałabym się na dłużej zastanowić, a i tak nie wiem czy udałoby mi się znaleźć satysfakcjonującą mnie odpowiedź... Zmiana nazwy bloga i przejście na nowy adres było kwestią czasu. Czułam, że stara domena uwiera mnie jak kamyk w bucie, bo zupełnie nie pasuje do treści, które chcę tutaj umieszczać. Teraz jest ok, tak sądzę :) Chciałabym, żeby ten blog stał się miejscem, w którym odpoczniesz, zaczerpniesz głębokiego oddechu i wypijesz spokojnie kawę, czytając kolejny artykuł. Codzienna uważność, czyli szeroko pojęte slow life wprowadzam w życie (raz z lepszym skutkiem, raz z gorszym, przyznaję, różnie bywa) od wielu lat, jeszcze zanim te hasła stały się modne. Goniąc za dobrami materialnymi, mając dostęp właściwie do wszystkiego, o czym sobie tylko zamarzymy, pracując od rana do wieczora, żeby to "wszystko" móc kupić, gubimy gdzieś istotę szczęśliwego życia. A ono nie kryje się w wakacjach na Arubie, pierścionku z brylantem ani we wielkim domu z trzema piętrami. Ono jest dostępne dla każdego- codziennie, niezależnie od tego gdzie mieszkasz, kim jesteś i czego nie masz (lub co masz, dla odmiany), wystarczy tylko mieć odwagę wyciągnąć po nie rękę. I o tym właśnie będzie; po mojemu, swojsko, bez zadęcia. Wchodzisz w to?

Na dobry początek nowej (starej?) drogi życia tfu blogowania zapraszam Ciebie na kawę. Nie byle jaką kawę, bo na prawdziwe amerykańskie dyniowe latte, które chodziło za mną już bardzo długo. Pierwszy raz usłyszałam o niej kilka lat temu, ale pomysł mieszania kawy z dynią wydawał mi się niedorzeczny. Tymczasem zewsząd docierały do mnie wieści, że ta kawa to obłęd, czad i sztos. Że to symbol jesieni, orgazm kubków smakowych i "jak już raz, Anka, spróbujesz, to innej kawy nie będziesz chciała!". Hmm. Czy ja wiem? Dynia i kawa? Ale że tak razem? No nie wiem, nie wiem. Połowa listopada to ostatni dzwonek, żeby nareszcie spróbować tej osławionej pyszności. Dlaczego ostatni dzwonek? Połowa listopada to dla mnie symboliczny koniec jesieni, to urodziny Zu, po których zawsze wchodzę w tryb "szykuję się do świąt" i zapominam o kolorowych liściach, babim lecie i lesie pachnącym mokrym mchem. Czy więc może być coś lepszego na koniec jesieni niż cudownie pomarańczowa, przyjemnie rozgrzewająca, pachnąca dynią i korzennymi przyprawami kawa? Pysznie komponuje się z kawałkami białej czekolady i z chmurką bitej śmietany. Mnie bardzo zasmakowała i żałuję tylko, że nie dałam jej szansy wcześniej.

Chodź na kawę!




PUMPKIN SPICE LATTE,
czyli amerykańska kawa dyniowa



Potrzebujesz:


1 espresso
2/3 szklanki gorącego mleka (u mnie ryżowe o smaku waniliowym)
3 łyżeczki puree z upieczonej dyni
1/2 łyżeczki ekstraktu z wanilii (lub cukru waniliowego)
1 łyżeczka cynamonu w proszku
1 łyżeczka imbiru w proszku
1 łyżeczka gałki muszkatołowej w proszku
1/2 szkl. wody


Zrób tak:


Wodę przelej do rondelka, dodaj do niej przyprawy oraz ekstrakt waniliowy. Zagotuj, zmniejsz ogień i podgrzewaj płyn jeszcze przez 5 minut. 

Po tym czasie odstaw rondelek na kwadrans do wystudzenia, po czym przecedź płyn przez sitko z małymi oczkami (lub przez gazę). Powstały syrop wymieszaj z mlekiem, aż się połączą. Możesz dosłodzić miodem, syropem klonowym lub innym słodzidłem w płynie.

Dodaj puree z dyni, całość zmiksuj i dodaj do szklanki z kawą. Wierzch polecam ozdobić bitą śmietaną, cynamonem i białą czekoladą.







Lubisz dyniową kawę? Znasz ten przepis? Jestem ciekawa, czy tylko ja podchodziłam do niej tak sceptycznie :)

Perełki października.

Perełki października.

Plan był taki, żeby perełki pojawiały się ostatniego dnia każdego miesiąca, ale plany to jedno, a ich realizacji to drugie... Samo życie. Tak więc zapraszam Ciebie na październikowe perełki i umówmy się, proszę, że nie dostrzegasz tego listopada w kalendarzu, ok? ;)





PAŹDZIERNIKOWE PEREŁKI




Książka "Hashimoto. Droga do uzdrowienia siebie." Beaty Abramczyk


Moja starsza córka od piątego roku życia choruje na niedoczynność tarczycy. Jej tsh jest trudne do ujarzmienia i wymaga ciągłego żonglowania hormonami, a ft3 i ft4 skaczą raz w górę, raz w dół. Oczywiście te wahania pociągają za sobą szereg nieprzyjemnych dolegliwości, np. zmiany nastroju, wypadanie włosów, bardzo sucha skóra, zmęczenie, apatia, trudności z koncentracją i wiele innych. Jedyne, co usłyszałam od lekarzy, również od endokrynologów, to "tego się nie leczy" albo "teraz wszyscy mają chorą tarczycę". I koniec. I kolejna recepta na silniejsze hormony. Tymczasem niedoczynność tarczycy to nie jednostka chorobowa, a skutek choroby, która toczy się gdzieś w ogranizmie. Nikt nie postawił podstawowego pytania- co się stało, że nagle pięcioletnia, zdrowa dziewczynka ma tak silną niedoczynność tarczycy (wtedy miała tsh 12 przy normie do 4). Zaczęłam czytać, dowiadywać się, uczyć  i sama wdrażać odpowiednią suplementację, dietę, ćwiczenia. Wiem jedno- przyjmowanie hormonów do końca życia to nie jest rozwiązanie. Post o niedoczynności tarczycy u dzieci pisze się u mnie stopniowo od dłuższego czasu, ale temat jest tak obszerny i kontrowersyjny, że końca nie widać...  Pochłaniam wszelkie publikacje na temat chorób tarczycy, raz lepsze, raz gorsze, a czasami zdarzają się właśnie takie perełki jak książka Beaty Abramczyk "Hashimoto. Droga do uzdrowienia siebie". Pani Beata przeszła długą drogę zanim została odpowiednio zdiagnozowana, a potem jeszcze dłuższa do zdrowia. Wszystko opisała w swojej książce, która oprócz zapisu Jej drogi, zawiera bardzo przydatne informacje dotyczące badań, jakie trzeba wykonać, diety, suplementacji, metod niekonwencjonalnych. Książka, którą zaczytuję się intensywnie (co widać po ilości fiszek i podkreśleń). Must have dla każdej osoby z chorą tarczycą.





Książka z przepisami "Smak życia" Agnieszki Maciąg


Książka na rynku funkcjonuje od dobrych kilku lat, ale do mnie trafiła niedawno- jak to możliwe??Pasuje mi każdy przepis z tej książki, a to się zdarza wyjątkowo rzadko. Chlebek bananowy i mus z awokado zrobiły furorę :) Moje smaki, mój gust, a w dodatku każde danie wykonane jest z produktów ogólnie dostępnych, prostych i zdrowych. Lubię tak gotować- pół godzinki w kuchni, a efekty zarówno zdrowotne, smakowe, jak i wizualne doskonałe. Piękne zdjęcia to taka kropka na i. Generalnie każda książka Agnieszki Maciąg to balsam na moją duszę, uwielbiam! Nie mogę się doczekać aż wyciągnę mój egzemplarz "Smaku świąt" i zacznę powoli wprowadzać się w nastrój.





Ulubiony smak października- węgierska zupa z soczewicą


Nie jestem fanką tradycyjnych zup, ogórkowej nie przełknę, a od krupniku wolę trzymać się z daleka, ale... takie zupy to ja mogę jeść litrami! Mój październik smakował gęstą od warzyw i soczewicy, aromatyczną zupą, na którą przepis znalazłam w książce Moniki Mrozowskiej "Zupy moc". Idealnie rozgrzewa, syci, a przy tym jest lekka i przygotowuje się właściwie sama- wystarczy wrzucić wszystko do garnka. Monika to kolejna kobieta, która tworzy przepisy jakby szyte na moją miarę. Zajrzyj na Jej instagram, można się zatracić :)





Pasty do zębów bez fluoru


Nie wszyscy wiedzą, że w przeszłości fluor był stosowany w leczeniu nadczynności tarczycy. Fluor, podobnie jak inne halogeny, może powodować stan zapalny i obumieranie komórek tarczycy i prowadzić do powstawania autoimmunologicznego zapalenia tarczycy. Jest on efektywnym środkiem hamującym pracę tego organu; w latach 50. był stosowany w leczeniu nadczynności w dawkach 0,9 do 4,2 mg/dzień. Tymczasem większość osób dorosłych w obecnym czasie dziennie spożywa nawet do 6,6 mg fluoru/ dzień! To szokująco duża dawka! W październiku postanowiliśmy zrezygnować z past z fluorem chemicznym na rzec past naturalnych lub tych z naturalnym fluorem. Wbrew pozorom wybór takich past jest ogromny, trzeba tylko znaleźć dobry, sprawdzony sklep. W zwykłej drogerii niestety nie spotkałam się z pastami bez fluoru, natomiast pastę Himalaya można kupić w Rossmannie za ok. 10zł. Fakt, naturalne pasty są nieco droższe, ale traktuję to jako inwestycję w nasze zdrowie. Na zdjęciu poniżej są dwie pasty dla dorosłych (ww Himalaya oraz naturalny proszę wybielający zęby, którego nazwy nie przeczytam, wybacz ;) ), pasta dla nastolatek 11+ o smaku coli (Splat Teens) oraz pasta dla dzieci w wieku 2-6 lat o smaku lodów owocowych (Splat Kids). Wszystkie pasty można kupić TUTAJ.





Serum z witaminą C na noc Lirene


Kosmetyki pojawiają się w moich ulubieńcach wyjątkowo rzadko. Moja skóra jest bardzo wybredna i prawdę mówiąc niewiele kosmetyków mnie zachwyca. Metodą prób i błędów (wieeelu prób i błędów ;) ) doszłam do etapu, kiedy wiem, że moja skóra lubi kosmetyki z witaminą C, a im starsza jestem, tym większe stężenie tej witaminy powinno się znajdować w danym kosmetyku. Do serum na noc Lirene podeszłam nieufnie, ale już po kilku użyciach przekonałam się, że to naprawdę dobry kosmetyk. Cena jest ok (ok. 35zł), dostępność jeszcze bardziej ok (kupione w Rossmannie, jakże by inaczej ;) ), zapach i konsystencja bardzo fajna, a cera rano wygląda na wypoczętą i odświeżoną. Na pewno jeszcze nie raz kupię ten produkt.



Ulubiona piosenka "Weź nie pytaj" Pawła Domagały


Taka typowa bujanka- przytulanka, w sam raz na jesień i wieczory pod kocem. Mnie urzekła mimo mało ambitnego tekstu i sformułowania "weź się...", którego nie znoszę ;) Hm w zasadzie nie wiem co ta piosenka w sobie ma i za co tak ją lubię, ale w października leciała u mnie na ciągłym loopie, więc coś w tym jest. Może to sam Paweł, którego bardzo lubię jako aktora? Weź posłuchaj i weź oceń sama ;)



Ulubiony film "About Time" (polski tytuł "Czas na miłość")  reż. Richard Curtis


Żadna tam nowość, a gdzie tam! Film z 2014 roku, a ja widziałam go hmm 12321 razy i za każdym razem wzrusza, bawi i uczy mnie tak samo. Jeden z niewielu filmów, do których lubię wracać wciąż i wciąż i nigdy nie mam dosyć. W październiku przypomniałam go sobie i bardzo dobrze, bo świetnie się sprawdza w sytuacji, kiedy zapominamy na chwilę o tym, co jest tak naprawdę ważne. W skrócie- główny bohater potrafi podróżować w czasie, ale tylko wstecz i tylko do swojego życia. Tę umiejętność odziedziczył po swoim ojcu, a ten po swoim. Haczyk polega na tym, że można się cofnąć tylko do momentu narodzin dziecka... Bardzo lubię scenę, w której ojciec głównego bohatera prosi syna, aby ten przeżywał każdy dzień dwa razy. Za drugim razem właściwie i z odpowiednim nastawieniem. Dużo wzruszeń, trochę uśmiechu i bardzo dużo mojej ulubionej Rachel McAdams.



Jak stracić dziecko? Vlog o. Szustaka


Niby oczywiste prawdy, ale warto sobie o nich od czasu do czasu przypomnieć.


Ulubione zdjęcie


Październik był piękny, słoneczny i ciepły. Rano witał mnie mgłami, w południe wyplątywałam z włosów babie lato, a wieczorami otwierałam okno, żeby wpuścić trochę wilgotnego powietrza. Zebrałam cztery kosze orzechów włoskich, dwa kosze pigwy i jeden kosz kasztanów. Październik w jednym kadrze, taki był:






Mam nadzieję, że za miesiąc (no może trochę wcześniej jednak ;) ) pokażę Ci moje listopadowe perełki. Jestem ciekawa, czy znalazłaś dzisiaj u mnie coś dla siebie- koniecznie daj znać!
Dobry czas oraz przepis na bananowy chlebek i czekoladowy mus z awokado by Agnieszka Maciąg.

Dobry czas oraz przepis na bananowy chlebek i czekoladowy mus z awokado by Agnieszka Maciąg.

To jest dobry czas dla mnie i mojej rodziny. Właśnie trwa długi, dobry weekend pełen pozytywnych emocji. Pełen radości, zabawy, ale też zadumy i wzruszeń. Taki miks.

W środę, ostatniego dnia października, zrobiliśmy lampiony z dyni. Pan Mąż z każdym kolejnym rokiem dochodzi do formy mistrzowskiej i dyńki prezentują się coraz lepiej. Lampiony ustawiliśmy na schodach przed domem, żeby sobie trochę postraszyły przechodniów. W czwartek poszliśmy całą rodziną na cmentarz. Zapaliliśmy świeczki i pomodliliśmy się za dusze bliskich, których z każdym rokiem niestety przybywa. Mała Mimi dzielnie dźwigała wielkie znicze i pomaga ustawiać je na grobach. Jeszcze niewiele z tego wszystkiego rozumiała, ale z przejęciem pomagała na miarę swoich trzyletnich możliwości. Ze smutkiem zauważyłam, że coraz mniej ludzi odwiedza cmentarze w dzień Wszystkich Świętych. Obserwuję stopniowe odchodzenie od tej tradycji. Często słyszę "pójdę kilka dni później", "nie będę się pchać w ten tłok", "nie będę patrzeć na tę rewię mody" (serio ktoś idzie na cmentarz po to, żeby skomentować nowy płaszcz albo kozaki?? no ludzie...). Przykre. Jeśli odejdziemy od tradycji, to co nam zostanie? W piątek wybraliśmy się do Torunia na groby zmarłych z rodziny Pana Męża i przy okazji spotkaliśmy się z Teściami. Była piękna pogoda, cudowna złota jesień. Na długo zapamiętam tegoroczne Zaduszki, bo takiej aury dawno już nie było. Na toruńskim cmentarzu znalazłam stary grób z pięknym kamiennym aniołem stojącym obok. Anioł trzymał księgę, na której wyryte były słowa: "Spełniło się życie". Niby nic. Grób jakich wiele, a jednak w głowie nadal mam te słowa. Spełniło się. Życie się spełniło. Jak marzenie, które się spełnia. Przecież to piękne! Życie jak marzenie. Koniecznie muszę tam wrócić i zrobić zdjęcie. Dzisiaj zabraliśmy dziewczynki wieczorem na cmentarz, kiedy jest on prawie pusty, a jedyne co widać, to morze światełek. To taka mała tradycja z mojego dzieciństwa; śp. Babcia zawsze dzień po Zaduszkach zabierała się wieczorem na cmentarz, opowiadała historie o zmarłych z rodziny, o znajomych, o poległych żołnierzach, których pomniki mijaliśmy, a każdy najmniejszy szelest powodował u mnie stan przedzawałowy ;) Jak ja to uwielbiałam! Wtedy tego nie doceniałam, ale to właśnie w te wieczory najbardziej odczuwałam zadumę i nostalgię towarzyszącą tym szczególnym dniom. Dzisiaj po raz pierwszy dziewczynki odbyły wieczorny spacer po cmentarzu i były pod wrażeniem, zwłaszcza Zu. Jutro mamy w planach wybory, wiadomo ;), a popołudniu urodzinowe ciasto u mojego kuzyna. Od poniedziałku.... oj, będzie się działo, bo zaczynamy szykowanie podwójnej imprezy urodzinowej Starszej. Podwójnej- najpierw dla koleżanek, a potem dla rodziny. Gdzieś w tak zwanym międzyczasie trzeba będzie ogarnąć urodzinowe cukierki, które Zu zabierze do szkoły, szkolny koncert z okazji Dnia Niepodległości- moje dziecko ma śpiewać, o mamo! (nadal nie wiem skąd wezmę dla Zu sukienkę moro...) i obiad, na który zaprosiła nas pewna wegańska knajpka... ale o tym to już innym razem :)


Poniżej dzielę się przepisem na bananowy chlebek z siemieniem lnianym i suszonymi śliwkami oraz na bananową nutellę z awokado. W ten długi weekend upiekłam dwa takie bochenki i  w zasadzie zostały same okruchy... Po nutelli śladu nie było już pierwszego dnia. Lepszej rekomendacji chyba być nie może :) Oba przepisy pochodzą z książki "Smak życia" Agnieszki Maciąg. Nie wiem czy istnieje jakaś książka kucharska, która tak trafiałaby w mój gust. 




CHLEBEK BANANOWY Z SIEMIENIEM LNIANYM I SUSZONYMI ŚLIWKAMI


Potrzebujesz:


1 i 3/4 szklanki mąki (u mnie orkiszowa)
2 dojrzałe banany
3/4 szklanki suszonych śliwek
skórka starta z dobrze wyszorowanej cytryny
3/4 szklanki cukru trzcinowego (u mnie ksylitol)
łyżeczka proszku do pieczenia (ja pominęłam)
łyżeczka sody oczyszczonej
łyżeczka cynamonu
2 jajka
1/4 szklanki oleju z pestek winogron
szczypta soli
ja dodałam jeszcze szczyptę kardamonu

Zrób tak:


1. Nagrzej piekarnik do 180 st.

2. Siemię lniane możesz zemleć w młynku, by miało konsystencję mąki. Ja kupiłam już zmielone siemię,

3. Foremkę do pieczenia o wymiarach 30 x 11 cm posmaruj obficie masłem (u mnie olej kokosowy też dał radę).

4. W dużej misce wymieszaj: mąkę, siemię lniane, cukier, cynamon, proszek do pieczenia, sodę i sól.

5. W mikserze na wolnych obrotach wymieszaj jajka oraz olej.

6. Dodaj rozgniecione banany, skórkę z cytryny i wszystkie suche składniki.

7. Mieszkaj, aż uzyskasz jednolitą konsystencję. Na końcu dodaj pokrojone śliwki i całość ponownie wymieszaj

8. Ciasto przełóż do foremki. Piecz przez ok. 55 min.







PYSZNY I ZDROWY MUS CZEKOLADOWO- BANANOWY
który moje dzieci nazywają nutellą


Potrzebujesz:


bardzo dojrzały banan
bardzo dojrzałe awokado
2 łyżki kakao
2 łyżki syropu z agawy
szczypta cynamonu

Zrób tak:


1. Banana obierz, pokrój na kawałki.

2. Awokado obierz, usuń pestkę, miąższ pokrój na kawałki.

3. Wszystkie składniki włóż do miksera i zmiksuj na gładką, jednolitą masę.

4. Można jeść jako osobny deser, my smarowaliśmy "nutellą" chlebek bananowy. Pycha :)


(na zdjęciu powyżej jeden kawałek z "nutellą", drugi z jagódkami od Babci :) )