Wierzyć w dobro. I w Harleye.

Makowy biszkopt siedzi w piekarniku, rozsiewając przyjemny migdałowy zapach po całym domu- bo przeca każde dziecko wie, że do maku migdał pasuje jak ulał. Że mak bez migdała nie smakuje jak trzeba. Zaraz wesoło na piecu zabulgocze kompot z suszu, chociaż tylko ja w tym domu lubię ten słodki ulepek. Gałęzie choinki wsadzone do wielkiego wazonu pachną lasem- zdobyte po ciemku na szaberku u sąsiada- tylko mnie nie wydaj ;) Za chwilę wyłączę komputer, odłożę na półkę telefon z tymi wszystkimi instagramami i fejsbukami, niech sobie odpoczywają. One ode mnie, a ja od nich.  Pościeram kurze. Pościel przebiorę, tę nową w czerwoną kratę nałożę. Później pewnie zrobię coś jeszcze, mimo że będę padała z nóg. Bo to przyjemne padanie z nóg jest. Najprzyjemniejsze. I kiedy położę się już do łóżka, coś koło północy to będzie, przeczytam przedostatni rozdział świątecznej książki, którą tydzień temu ktoś zaprzyjaźniony, poznany tu na blogu mi przysłał :) Ostatni rozdział zostawię na jutro.

Pamiętam Wigilie z mojego dzieciństwa, kiedy schodziło się do nas tyle ludzi, że tata musiał stoły od sąsiadów zwozić i pod ścianą w równym rządku ustawiać. Bo miejsca dla wszystkich nie starczało. Jeden stół obok drugiego, krzesło przy krześle, kolano przy kolanie, ciasno jak w puszce pełnej śledzi. Ludzie szturchali się łokciami, przeszkadzali sobie w jedzeniu, rozlewając czerwony barszczyk na bielutki wykrochmalony obrus. Zaśmiewając się przy tym do łez, bo po godzinie babciny obrus wyglądał jakby był cały w czerwone kropki. Nikt nie pomyślał wtedy, że to nieelegancko tak się szturchać i sąsiadowi z lewej pierożka w drodze do ust z ręki wytrącać. Pamiętam, że przy tych stołach siadała moja bardzo religijna Babcia i ciocia, która nie wierzyła w nikogo i w nic, poza sobą. Siadał wujek, który słowa na k i ch traktował jak przecinki i robił to z takim wdziękiem, że wszyscy mu wybaczali. Siadał też drugi wujek, który w czarnej skórzanej kurtce i spodniach poplamionych benzyną nie wywoływał żadnego zgorszenia u tego w garniturze i pod krawatem. Ten pierwszy zabierał mnie na przejażdżki prawdziwym Harleyem, kiedy byłam niewiele starsza od Mimi, a ten drugi nauczył, że nie odginały małego palca przy piciu z filiżanki. Siadał też kuzyn, który co tydzień miał nową dziewczynę i kuzynka, która czekać do ślubu chciała. Siadał dobry kolega mojego taty, który pluł na kościół dalej niż widział, a na księdza reagował niemalże wysypką. Siadała moja mama, która Wigilię rozpoczynała od zaintonowania kolędy i siadał mój tata, który czytał na głos fragment biblii. Razem, do kupy cisnęli się ateiści, niewierzący w nic, wierzący w siebie, w pieniądze, w wódkę, w motory, w Boga. Każdy inny. Każdy jedyny w swoim rodzaju. Każdy ważny tego dnia tak samo. I nic to, że Boże Narodzenie, święto katolickie w gruncie rzeczy. Ci, którzy chcieli świętowali narodziny Jezusa, inni świętowali radość z bycia z rodziną, jeszcze inni świętowali co tam chcieli. 

Dzisiaj z tych gwarnych Wigilii nic już nie zostało. Ludzie się wykruszyli, z każdym rokiem coraz ich mniej i mimo że dzieci nowe się rodzą, to już przy innych stołach świętują. Dzisiaj siadam do stołu z moimi wierzącymi rodzicami, niewierzącym mężem i dwójką dzieci, które są gdzieś tam na początku swojej drogi. W drugi dzień świąt zjem obiad z teściami, którzy wierzyli, a teraz już nie wierzą. Pomodlę się za wszystkich bez wyjątku, ze wszystkimi podzielę się opłatkiem, życząc najlepszego, najzdrowszego, wymarzonego. A później pójdę na pasterkę. Może z Zu, jeśli dotrwa. Dzisiaj jestem wdzięczna za Wigilie, które nauczyły nie tego, co w życiu najważniejsze- tolerancji. Dzisiaj wyciągam na zimny świąteczny spacer moje zanurzone w ciepłej wigilijnej atmosferze dzieci, mimo że nie chcą, marudzą i bardziej koc na nosy naciągają. Ciągnę je przez, daj Boże zaśnieżone ścieżki, i każę patrzeć, rozglądać się i zapamiętywać. Do dzisiaj pamiętam świąteczne spacery z wujkiem, tym od skórzanej kurtki. Nie chciałam, stroiłam fochy, a dzisiaj jestem mu tak bardzo wdzięczna, że nie odpuszczał. To na jednym z takich spacerów zadarłam wysoko głowę do góry, czapka mi na oczy spadła, i zapytałam w tę wieczorną ciemność:
- To w co ty wujek wierzysz, skoro w narodziny Jezuska nie wierzysz?
- W dobro, dziecko, wierzę. W dobro. 
...

- I w Harleye- dodał po chwili.

Kto wie, kim bym była teraz, gdyby nie te wigilijne spacery.

I ja dzisiaj Tobie chcę życzyć dobra. Dobra nie tylko w to Boże Narodzenie, ale zawsze, codziennie, w każdej godzinie. Tolerancji, otwartej głowy i spokoju w sobie, nawet jeśli sztorm próbuje Cię wciągnąć na dno. Dobro wraca, dlatego dawaj dobro, nie kalkulując, nie czekając na zwrot, na dziękuję. Wróci, kiedy będzie Ci potrzebne.

Wesołych i do siego!

Wracam do Ciebie już 2019 roku :)



18 komentarzy:

  1. Oj ja chyba lepiej w Harleye...
    Miłych, wesołych Świąt życzę :-)

    OdpowiedzUsuń
  2. Ale ładny, przyjemny wpis :)
    Spokojnych, pełnych dobra świąt :)

    OdpowiedzUsuń
  3. Masz bardzo fajne świąteczne wspomnienia. Ja nie mam się niestety czym pochwalić.

    Pozdrawiam,
    https://tamczytam.blogspot.com

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. W moim dzieciństwie też zdarzały się Wigilie, o których chciałabym nie pamiętać, życie...

      Usuń
  4. U mnie też ludzie się już "wykruszyli", a przyznam, że ja widzę coraz mniej magii w tym wszystkim.

    Aczkolwiek "Kto wie, kim bym była teraz, gdyby nie te wigilijne spacery." idealnie podsumowuje cały Twój wpis! :)

    Życzę Ci zdrowych, spokojnych, wesołych świąt, spełnienia marzeń w 2019 roku, oraz dużo, dużo cierpliwości i radości!

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Ja też miałam okres, kiedy totalnie nie widziałam świątecznej magii. Kilka lat to trwało. W pewnym momencie postanowiłam po prostu zacząć dostrzegać magię i sama ją tworzyć :)

      Usuń
  5. Bardzo fajnie się to czytało.Niestety tamte lata nie wrócą ,a My musimy dbać o to aby nasze dzieci miały także co wspominać :)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Dokładnie, teraz budujemy wspomnienia naszych dzieci :)

      Usuń
  6. Fajnie... Przypomniałas mi, że zapomniałam o aromacie migdałowym do strucli makowej. -_-
    Wesołych!

    OdpowiedzUsuń
  7. Ale wspaniały wpis! U mnie też kiedyś było inaczej, a teraz jest teraz... i ludzi coraz mniej i święta trochę inne.

    OdpowiedzUsuń
  8. Z wielkim sentymentem podchodzę do wspomnień Świąt z mojego dzieciństwa, mam wrażenie, że mimo moich starań nasze nie są już tak owiane tradycją i tym szczególnym klimatem, a może to spojrzenie dorosłego, a nie dziecka. :)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Dorośli zawsze patrzą inaczej na święta, z mniejszą dawką magii. A może magia jest, tylko nieco inna, dorosła?

      Usuń

Dziękuję za każdy dodany komentarz.