Perełki stycznia.

Perełki stycznia.

Po dwóch miesiącach przerwy powracam z perełkami. Dlaczego nie z ulubieńcami? Perełki to coś więcej niż ulubieńcy. Perełki to najlepsze rzeczy, kosmetyki, książki, filmy, artykuły, inspiracje, jakie przyszły do mnie w mijającym miesiącu. Takie najlepsze z najlepszych. Coś, co sama sprawdziłam i chciałabym Ci polecić. Zapraszam na osiem perełek, które zachwyciły mnie w styczniu.



PEREŁKI STYCZNIA.





1. Naturalny peeling do twarzy i serum Asoa.


Coraz mocniej wsiąkam w świat naturalnych kosmetyków. Zauważyłam, że moja skóra pięknie mi się odwdzięcza za taką pielęgnację. Mam prawie 36 lat i z pełną odpowiedzialnością mogę napisać, że odkąd odstawiłam większość drogeryjnych kosmetyków i zaczęłam bazować na tych naturalnych, z krótkim, naturalnym składem- moja skóra odmłodniała o dobrych kilka lat. Czy można cofnąć zegar biologiczny? Można. Czy można odwrócić efekty starzenia? Można. Temat do kolejnego posta, tak myślę :) Po raz kolejny dochodzę do wniosku, że jednak to co naturalne, jest dla mnie najlepsze. W styczniu przyszły do mnie dwa kosmetyki marki Asoa. Ziarnisty peeling do twarzy i serum anti- age pod oczy z koenzymem Q10, baobabem i dziką różą. Oba kosmetyki pachną owocowo- ziołowo, czyli tak jak lubię. Peeling jest bardzo wydajny, wystarczy odrobina, aby poryć całą twarz, tak samo zresztą serum. Cząsteczki ścieralne w peelingu to pestki aronii, czarnej porzeczki oraz moreli, dodatek oleju kokosowego, arganowego, z awokado i pestek moreli sprawia, że peeling nie tylko ściera, ale również pielęgnuje skórę. Serum pokochałam od pierwszego użycia. Wystarczą dosłownie dwie krople na całą twarz i jedna na szyję. Szybko się wchłania, odżywia, nawilża, ujędrnia, nie pozostawia tłustej warstwy- dla mnie super. Oprócz olejów z baobaby i dzikiej róży zawiera również retinol, koenzym Q10 oraz witaminę C. Po wykonaniu peelingu i nałożeniu serum nie mam nawet ochoty przykrywać buzi makijażem, taka jest gładka i promienna. Hity stycznia!







2. Szałwiowy krem do rąk z dodatkiem zielonego kawioru Yope.


Moje dłonie zimą bardzo cierpią. Są suche, zaczerwienione, czasami nawet pękają. Zimą porządny , bogaty krem do rąk to podstawa. Odkąd używam szałwiowego kremu do rąk Yope, moje dłonie są w dużo lepszej kondycji. Jeszcze nie jest idealnie, ale jest to zdecydowanie najlepszy krem do rąk, jaki używałam tej zimy. Zapach szałwii jest specyficzny, mocno ziołowy, nie każdemu może się podobać, mnie bardzo pasuje. Plus za opakowanie w postaci tubki- na końcu spokojnie można tubkę rozciąć i wygrzebać końcówkę kremu.






3. EstroVita Skin na piękną cerę i EstroVita kids na odporność dla dzieci.


O Estrovicie pisałam już tutaj jako o jednej z tych rzeczy, które dbają o moja odporność zimą. Jestem w trakcie picia trzeciej buteleczki, więc spokojnie mogę ją nazwać perełką całej zimy, nie tylko stycznia. Nie do końca wierzyłam w jej cudowną moc odmładzająca i uodparniającą, ale po skończeniu pierwszej buteleczki zauważyłam kolosalną różnicę w mojej skórze. Nie pojawiają już mi się żadne niedoskonałości, a miało to zawsze miejsce przed miesiączką, skóra jest dobrze odżywiona, nawilżona, promienna. Drobne zmarszczki wygładziły się. Wszystko to za sprawą dużej ilości zdrowych kwasów tłuszczowych, kolagenu i koenzymu Q10. Nie wierzę z zasady w specyfiki, które mają nas odmłodzić, odchudzić itd., ale w tym wypadku Estrovita dzięki swojemu super składowi działa cuda. Zu i Mimi codziennie przyjmują EstroVitę Kids- witaminę D z kwasami omega- na odporność. 



4. Książki w duchu slow- "Trening w rytmie slow", "Holistyczne ścieżki zdrowia" i "Kobieta w związku z naturą".


W styczniu w mojej biblioteczce pojawiło się sporo książkowych nowości. Teraz już mogę powiedzieć, że tworzy się moja całkiem pokaźnych rozmiarów slow biblioteczka pełna inspirujących tytułów. Te trzy towarzyszyły mi przez cały styczeń. 

- "Trening w rytmie slow." Katarzyny Grządki- książka o indywidualnym podejściu do aktywności fizycznej, bez spiny, bez presji, z szacunkiem do samego siebie. Pozycja, która raczej nie przyda się osobie zajmującej się sportem zawodowo czy mocno osadzonej w sportowym świecie, ale dla każdego, kto dopiero stawia pierwsze kroki na macie lub nieco zagubił się w czasami nierealnych oczekiwaniach świata, wymaga od siebie zbyt wiele i źle się z tym czuje- będzie świetna. U mnie stoi na półce w charakterze "przypominajki", będę do niej zaglądać za każdym razem, kiedy zapomnę, że ruch to radość :) Szersza recenzja tutaj.

- "Holistyczne ścieżki zdrowia" Oriny Krajewskiej- kurczę no.... byłam pewna, że "połknę" tę książkę w dwa dni, że to taka lekka, łatwa i przyjemna lektura, a tu zonk. Książka jest tak naładowana informacjami, wiadomościami i dobrą, porządną wiedzą, że nie da się przeczytać jej szybko. Dawkuję ją sobie po kilka stron dziennie zazwyczaj przed snem, odkładam, żeby te wszystkie informacje mogły się we mnie "uleżeć". Książka została napisana w formie wywiadów z lekarzami reprezentującymi różne dziedziny związane ze zdrowiem człowieka. To przewodnik dla tych, którzy chcą zadbać o swoje zdrowie holistycznie, czyli leczyć całość, a nie tylko poszczególne choroby.

- "Kobieta w związku z naturą" Anny Ras Menet- magiczna książeczka :) niezależnie od tego, na której stronie otworzysz tę małą książeczkę, możesz zacząć czytać właśnie w tym miejscu, chociaż warto zachować pierwotny pomysł czytania jej według miesięcy- bo tak jest podzielona. Na każdy miesiąc przypada po kilka rozdziałów, a po każdym rozdziale jest miejsce na własne notatki. Książka została napisana w postaci krótkich przemyśleń na temat kobiecości jako takiej, związków kobiety z naturą, z cyklami Księżyca itd. 



5. Planner na 2019 rok "Powidoki".


Planner, na który czaiłam się od dwóch lat, nareszcie trafił w moje ręce. W poprzednim wpisie wspominałam, że jestem maniaczką wszelkich notesów, zeszytów i kalendarzy, i że zawsze miałam ich nadmiar. Od kilku lat dbam o to, żeby mieć jeden kalendarz, ale za to porządny. Stawiam na plannery. Wybór kalendarza- plannera to poważna sprawa, bo wiem, że ma towarzyszyć mi codziennie przez kolejne dwanaście miesięcy. Musi być dobrze wykonany, solidny, z dużą ilością miejsc na notatki. No i ładny. Jeśli mam z czegoś korzystać przez ponad 300 dni dzień w dzień, to zdecydowanie musi to być miła dla oka rzecz. Planner Powidoki jest najładniejszym plannerem, z jakim do tej pory się spotkałam. W 100% odpowiada mojemu gustowi. Piękna, marmurkowa okładka ze złotymi okuciami przyciąga wzrok- wybrałam wersję czarną, na stronie można kupić również białą i różową. Ładna czcionka, którą wypisane są dni tygodnia, cytaty na każdy dzień, trzy zakładki, a do tego każdy dzień na osobnej stronie. Gdybym mogła coś zmienić, to dodałabym więcej miejsca na notatki na końcu. 






6. Miseczka kokosowa, bambusowa słomka i drewniana łyżeczka.


Zestaw od CocoBowls Warsaw oczarował mnie od pierwszej chwili. Miseczka z kokosa od dawna była moim marzeniem, oczyma wyobraźni widziałam ją napełnioną owocami, musami owocowymi, smoothie... Kiedy dostałam przesyłkę od CocoBowls, zwariowałam! Oczywiście używam jej codziennie, napełniam sałatkami, owocami, szejkami i czuję się jak na tropikalnej wyspie co najmniej ;) Mam również bambusową słomkę i drewnianą łyżeczkę, z których korzystam równie intensywnie. Taka słomka to super alternatywa dla plastikowych, szkodliwych słomek. Słomka z bambusa jest wielorazowego użytku, a jeśli ją wyrzucisz, to szybko się rozłoży, nie zatruwając przy tym środowiska. Już nie mogę się doczekać lata i tych wszystkich smoothie bowls, jakie będę sobie serwowała na śniadania :)




7. Poranny napój zamiast kawy.


Nadejszła wiekopomna chwila.... jakby to rzekł Pawlak (czy może Kargul? mniejsza z tym). Po wielu, wielu, naprawdę wieeeeeelu latach codziennego picia kawy, postanowiłam z dnia na dzień ją rzucić. Dlaczego? Ponieważ mi szkodzi. Odpowiedź jest banalnie prosta, nie idzie za tą decyzją żadna większa idea, po prostu mój brzuch nie współpracuję dobrze z kofeiną. Oszczędzę Ci opisu rewelacji, jakie zaczęły się dział po wypiciu małej czarnej... Od dwóch tygodni nie piję kawy, a zamiast niej serwuję sobie napój z imbirem i cytryną. Jak go przygotowuję? Do słoika wlewam sok wyciśnięty z jednej cytryny i z jednej pomarańczy, dodaję kilka plasterków świeżego imbiru i zalewam gorąca wodą. Kiedy przestygnie, dodaję łyżeczkę miodu. Pierwsze kilka dni bez kawy były koszmarne.... Bolała mnie głowa, całe ciało krzyczało- daj mi, babo, kawy, kawusi!! Od tygodnia nic, zero objawów, za to okazało się, że bez kawy się da. Czuję się lepiej, a poranny napój smakuje mi zdecydowanie bardziej niż kawa. Jestem we wielkim szoku, że tak łatwo i tak szybko przyszło mi zrezygnować z kawy.


8. Ulubione konto na IG.


Ellen Fisher :) Mama trójki dzieci, która mieszka na Hawajach, żyje w zgodzie z naturą i żywi swoją rodzinę wegańsko. Mnóstwo inspiracji nie tylko kulinarnych, ale również parentingowych, do tego te przepiękne widoki...<3 nbsp="" p="">








Tutaj możesz obejrzeć poprzednie perełki: KLIK



Tego już nie kupuję! Czyli z czego zrezygnowałam całkowicie, co ograniczyłam i dlaczego żyje mi się dzięki temu łatwiej.

Tego już nie kupuję! Czyli z czego zrezygnowałam całkowicie, co ograniczyłam i dlaczego żyje mi się dzięki temu łatwiej.

Konsumpcjonizm opanował świat. Ludzie kupują coraz więcej, ścigają się w zdobywaniu przedmiotów, zupełnie jakby brali udział w konkursie na największą ilość posiadanych rzeczy. Najnowszy model IPhone, najdroższa szminka, osobna garderoba na buty, osobna na torebki, niedzielny obiad w najdroższej restauracji, wakacje w tropikach all inclusive oczywiście, wózek dla dziecka z najwyższej półki... i to wszystko obfotografować, wrzucić do sieci, pochwalić się, zebrać jak najwięcej lajków i szerów. Jeśli ktoś tak lubi, to ok. Jeśli potrafi znaleźć w tym wszystkim zdrowy balans, też ok. Szkoda tylko, że tak wielu ludzi kolekcjonuje rzeczy, goniąc wciąż za nowym, większym, lepszym, zamiast kolekcjonować przeżycia, doświadczenia, wspomnienia... Co się będzie liczyło tego ostatniego dnia Twojego życia- to, że miałeś czy to, że byłeś?  




Tak sobie myślę, że hasło "mniej, ale lepiej" powinno być właściwie hasłem przewodnim tego bloga bo powtarzam je bardzo często, wręcz do znudzenia. To prawda. Mniej, ale lepiej- towarzyszy mi już od kilku lat niemal w każdej dziedzinie życia. Najbardziej uwidacznia się we wszelkiego rodzaju zakupach, ale również w jedzeniu i kosmetykach, które mam na półce w łazience. Nie cierpię bylejakości, zwracam uwagę na to, z czego dana rzecz została wykonana, kto ją zrobił i w jakich warunkach. Z całego serca popieram ideę fair trade. Jestem estetką, kocham piękne przedmioty, więc całkowita rezygnacja z posiadania jest dla mnie niemożliwa. Nie odbiorę sobie przyjemności bycia właścicielką pięknych rzeczy, nie ma takiej opcji. Żadna tam ze mnie ascetka, skrajny minimalizm też nie jest dla mnie. Mimo wszystko ciągle konsekwentnie dążę do redukcji posiadanych przeze mnie przedmiotów, marzy mi się dom wypełniony rzeczami, których naprawdę potrzebujemy i które mają dla nas znaczenie. Wciąż uczę się jak kupować mniej, ale za to mądrze. Patrząc na samą siebie sprzed 5-10 lat, czuję wielką dumę, bo udało mi się znacząco zmienić sposób postrzegania przedmiotów. Z niektórych rzeczy zrezygnowałam całkowicie, kupowanie innych mocno ograniczyłam. I jest mi z tym dużo lepiej :) 



1. Przetworzone jedzenie, gotowe dania, słodkie napoje, przekąski.


Nawet nie wiesz jak często słyszę lub czytam: "jadłabym zdrowiej, ale nie mam na to pieniędzy", "nie stać mnie na zdrową dietę", "weganizm jest drogi!", "jem tak jak jem (czyt. niezdrowo), bo muszę oszczędzać" itd. itp. Nie rozumiem skąd wziął się powszechny pogląd, że zdrowe jedzenie jest drogie. Owszem, jeśli zamierzasz bazować tylko na modnych ostatnio zagranicznych superfoods, na egzotycznych owocach, obcobrzmiących olejach czy suplementach, nie wyrobisz finansowo na zakrętach. I szybko się zniechęcisz- fakt. Tymczasem prawdziwa, zdrowa wege dieta jest jedną z najtańszych diet, jak znam. Odkąd bazuję na warzywach, sezonowych owocach, kaszach, soczewicy i dobrej jakości olejach, gotowanie stało się i prostsze, i tańsze. Np. gotując zupę na bazie warzyw z dodatkiem kaszy i dobrej jakości oleju masz danie, którym naje się cała Twoja rodzina, a zapłacisz za nie kilkanaście złotych. W mojej spiżarni nie ma miejsca na chipsy, gotowe dania, ociekające cukrem soki czy kiepskiej jakości słodycze. Raz na jakiś czas dzieciaki jedzą takie rzeczy, wiadomo, ale jest to raczej traktowane w kategorii "cheat meal", a nie codziennej diety.


2. Pamiątki z wakacji.


Każdy rodzic to zna- nadmorski deptak (lub zakopiańskie Krupówki, ewentualnie ulica pod ciechocińskimi tężniami) pełen straganów z kolorowym badziewiem, a przy każdym straganie co najmniej kilkoro maluchów rozpaczających wniebogłosy, bo nie dostały kolejnego balona, samochodziku czy ciupagi (ciupagi nad morzem to hit hitów, nie sądzisz? ;) ). Kiedy Zu była mała, ulegałam temu wakacyjnemu szałowi zakupowemu, a potem przywoziłam do domu stertę niepotrzebnego plastiku, którym Zu pobawiła się chwile i rzuciła w kąt. Takie wakacyjne pamiątki służą jedynie wyciąganiu kasy od turystów- rodziców, bo nie wierzę w to, że wymarzoną pamiątką z Sopotu jest dla kogo ciupaga albo plastikowy gwizdek? Trochę to trwało, ale nauczyliśmy córki, że z wyjazdu (niezależnie od tego czy wyjeżdżamy na weekend, czy na dwa tygodnie, czy na miesiąc) mogą sobie przywieźć jedną pamiątkę. Jedną. Z wielką radością zauważyłam, że kiedy wiedzą, że pamiątka będzie jedna, wybierają ją staranniej i ta rzecz jest zwyczajnie lepszej jakości. Zwłaszcza Zu zaskakuje mnie w tym temacie. Cudownie jest obserwować, jak doceniają proste pamiątki typu szyszki, bursztyny, kamyczki czy kwiaty, które potem Zu zasusza w notesie. Ja natomiast ze wszelkich wyjazdów lubię przywozić przepisy, lokalne produkty typu przyprawy, wino, no i masę zdjęć, czyli takie rzeczy, których nie kupię lokalnie, a które wiem, że mi się przydadzą.


3. Ozdoby, czyli tak zwane durnostojki.


Vel kurzołapki. Wiesz o co chodzi, prawda? To ta cała masa pierdółek, figurek wszelkiej maści i rodzaju, które stoją na półkach i poza zbieraniem kurzu niczego nie wnoszą. Nigdy ich nie lubiłam, niektóre trzymałam z sentymentu, bo kiedyś od kogoś dostałam, niektórych szkoda mi było wyrzucić... Doszło do tego, że miałam półki zawalone figurkami, które nawet mi się nie podobały i które były koszmarnie upierdliwe w czyszczeniu. Kilka lat temu oddałam wszystkie. W tej chwili mam na półce jednego, kryształowego anioła, którego dostałam od mojej córki Zu, ale zupełnie nie traktuję go w kategoriach durnostojki :) To jest jedna z tych ważnych rzeczy, którymi chcę wypełnić dom.


4. Notesy, zeszyty, bruliony, zapas kalendarzy.


Jestem maniaczką notesów! Naprawdę podejrzewam siebie o jakieś zboczenie w tej materii, na szczęście w tej chwili już jako tako nad tym panuję ;) Uwielbiam piękne kalendarze, kolorowe notesy, zeszyty w wypisanymi na pierwszej stronie hasłami motywacyjnymi, plannery, samoprzylepne karteczki.... I wszystko byłoby w porządku, gdybym kupowałam tego tyle, ile naprawdę potrzebuję. Niestety latami gromadziłam wszelkie papiernicze cudeńka- jak jakiś chomik normalnie. Aż w końcu miałam całą szufladę czystych, niezapisanych zeszytów, a mimo to kupowałam nowe. Po wejściu do TK Max'a, Empiku lub innego sklepu z działem papierniczym zachowywałam się jak jakiś głupek, biegając od półki do półki i zapełniając kosz na zakupy kolejnymi notesami. W końcu powiedziałam stop. Teraz na bieżąco zużywam moje zapasy, dokupując tylko to, czego potrzebuję. Ograniczam się do jednego kalendarza, ale za to porządnego, który pomieści wszystkie moje plany i ważne daty. Na ten rok mam planner idealny! Nareszcie na taki trafiłam. Niebawem o nim napiszę, bo jest warty polecenia!


5. Suplementy, lekarstwa.


Zanim pomyślisz sobie, że oszalałam, pozwól, że się wytłumaczę. My, jako Polacy, mamy skłonność do lekomanii. Piszę to w pełni świadomie, uzbrojona w wyniki najnowszych badań. Jesteśmy w niechlubnej europejskiej czołówce krajów kupujących największą ilość leków. Masowo kupujemy suplementy i leki bez recepty, wierząc, że chemiczne kolorowe pigułki zapewnią nam zdrowie, urodę i szczupłą sylwetkę. Łykamy więc suplementy odchudzające, na sen, na porost włosów, na lepszy nastrój... Zdarza nam się zażywać środki przeciwbólowe profilaktycznie (!!) jeszcze zanim pojawi się ból lub kiedy jest delikatny. Jestem totalnie przeciwna masowemu przyjmowaniu witamin "na wszystko", wszelkich środków poprawiających sztucznie samopoczucie czy nasennych, a łykanie przeciwbóli jak cukierków to już w ogóle całkowite bajlando jak dla mnie. W mojej apteczce znajdziesz tylko niezbędne leki (np. na tarczycę dla Zu), a z suplementów witaminę D plus kwasy omega 3-6-9 dla mnie i dla dzieci. M. z kolei jest wierny swojemu tranowi. I to wszystko. Jestem zwolenniczką naturalnych metod leczenia w pierwszej kolejności, a dopiero kiedy one sobie nie radzą, sięgania po chemiczne środki. Póki co- to działa.


6. Kosmetyki.


Nawet nie wiesz ile ja kiedyś miałam błyszczyków... Walały się wszędzie, po szufladach, w torebkach, kieszeniach, a ja wciąż kupowałam nowe. Tak samo z lakierami do paznokci, cieniami do powiek i balsamami do ciała. Bo nowy ocień, malinowy zapach, bo obniżka, bo okazja, bo to, bo tamto. Spokojnie moimi kosmetykami mogłabym obdzielić połowę drogerii. Chyba nie muszę pisać, że większości z tych kosmetyków nigdy nie użyłam? Części nie zdążyłam, bo się przeterminowała, część kompletnie do mnie nie pasowała np. brokatowy niebieski cień do powiek... Pewnego dnia trafił mnie przysłowiowy szlag i wywaliłam 99% zawartości łazienkowych półek. Teraz mam niewiele kosmetyków zarówno kolorowych, jak i pielęgnacyjnych, ale są to kosmetyki z dobrym składem, świetnej jakości, całkowicie to mnie pasujące. Wiem w jakim makijażu wyglądam dobrze i nawet nie patrzę w stronę brokatu, niebieskiego koloru czy neonowych lakierów do paznokci. Kupuję jeden- dwa kosmetyki na miesiąc, ale są to przemyślane zakupy. Wolę wydać więcej, ale mieć pewność, że ten jeden kosmetyk zrobi mi dobrze.


7. Buty, torebki, paski, dodatki.


Jestem typową kobietą, uwielbiam piękne buty i torebki. Kiedyś moje uwielbienie do nich oznaczało kupowanie każdej torebki i każdej pary butów, jakie tylko mi się spodobały. Efekt? Pięć par identycznych szpilek różniących się tylko kolorem. Sześć par czarnych kozaków. I tak dalej, i tak dalej... W okresie, kiedy nie zwracałam uwagi na jakość rzeczy, które kupuję i noszę, jedynym kryterium było moje "podobanie się". Podoba mi się? No to dawaj do kasy! Jakość? Eee tam, mniejsza z nią. Tym sposobem wciąż kupowałam, używałam i wyrzucałam, następnie kupowałam nowe... Z chwilą, gdy zaczęłam zwracać uwagę na jakość oraz na ponadczasowe style, zakupowe szaleństwo znacząco się zmniejszyło. Okazało się, że kupując jedną, porządną parę butów, nie muszę kupować kolejnej, bo zwyczajnie dobre buty nie niszczą się i zawsze ładnie się prezentują. Ta zasada dotyczy również torebek i wszelkich dodatków typu paski, czapki, apaszki itd. Naprawdę nie potrzebujemy dodatków we wszystkich kolorach tęczy, wystarczy mieć ich kilka, ale za to porządnych, klasycznych, pasujących do wielu zestawów.




8. Biżuteria.


Kojarzysz może te stanowiska przy kasach w sieciówkach pełne biżuterii i zegarków za kilka złotych? Tak, mam za sobą etap masowego kupowania takich pierdółek. Raz- szybko się niszczyły. Dwa- wyglądały tandetnie. Trzy- miałam tego tyle, że wysypywały mi się z koszyczka, tworząc niezły chaos. Teraz mam niewiele biżuterii i jeden zegarek, który dostałam od M. kilka lat temu. Mam jedne kolczyki "imprezowe" i dwie pary kolczyków codziennych, jeden sznurek perełek, które odziedziczyłam po cioci- czyli wiem, co mam, wiem, że moja biżuteria jest dobrej jakości, do większości posiadam certyfikaty, pasuje na wiele okazji i z całą pewnością posłuży również moim córkom. Jeśli kupuję coś nowego, to jest to zawsze przemyślany zakup. Teraz czaję się na piękne kolczyki w kolorze butelkowej zieleni- to mój ulubiony kolor- ale poczekam spokojnie do wyprzedaży :)


-> PRZECZYTAJ: DEKALOG ŚWIADOMEGO KONSUMENTA

9. Środki czystości.


Jeśli wydaje Ci się, że tutaj za mocno pocisnęłam, to spieszę z wyjaśnieniami, że owszem używam środków czystości, ale całkiem niedawno odkryłam, że samemu można sporządzić wiele domowej roboty środków do mycia fug, podłóg czy okien. Naturalne, bez chemii, ładnie pachnące za sprawą dodatku olejków eterycznych, a czyszczą dokładnie tak samo jak chemiczne środki. To pozwala na spore ograniczenie zakupów w dziale z chemią domową. Szykuję post z recepturami na takie naturalne środki czystości, mam nadzieję, że zainspiruję również Ciebie do takich zmian :)


10. Zabawki.


Urodziny i Boże Narodzenie to dwie okazje, kiedy spełniają się zabawkowe marzenia moich córek :) Imieniny, dzień dziecka, Wielkanoc to dni, kiedy prezenty są raczej upominkami. Nie mamy w zwyczaju zasypywać dzieci zabawkami bez okazji. Oczywiście zdarza się, że będąc w sklepie na rodzinnych zakupach "naciągną" nas na jakiś drobiazg, czekoladowe jajo czy gazetkę z zabawką, ale nie dzieje się to zbyt często. Już kiedy Zu była małą dziewczynką mocno ograniczyłam ilość plastikowych, grających i świecących tak zwanych zabawek edukacyjnych, bo zauważyłam, że poza przebodźcowaniem dziecka niewiele mają wspólnego z edukacją. Dziecko, które otrzymuje grającą, mówiącą, śpiewającą zabawkę z milionem przycisków i pokrętełek, "bawi się" naciskając guziczki. Wtedy zabawka robi swoje, czyli... hałasuje w większości przypadków. Co to za zabawa? Uwielbiam mądre zabawki dla dzieci- drewniane klocki, drewniane domki dla lalek, szmaciane lalki, misie i zajączki, wszelkie planszówki (możesz dobrać odpowiednie również dla 3-latka), labirynty, puzzle i kolorowanki. O książeczkach nie będę nawet wspominać, bo to oczywiste. Przy Zu byłam mniej konsekwentna i pozwoliłam na napływ plastikowego edukacyjnego szitu, za to przy Mimi staram się mądrzej dobierać zabawki i widzę, że młodsza potrafi bawić się pięknie nawet przysłowiowym kawałkiem patyku, tworząc przy tym całe historie. Tak więc i tutaj stosuję zasadę- mniej, ale lepiej.


11. Bo wyprzedaż, bo tanio.


Ughhh moja zmora przez niemal całe dorosłe życie. Nie będę się rozpisywać, bo podejrzewam, że każda z nas wie o czym mówię. Pomarańczowe plakaty z napisem 75% OFF działają tak, jak marketingowcy przewidzieli. Lecimy do tego jak muchy na lep. Łapiemy się, wrzucamy do koszyka co popadnie, bo wyprzedaż, bo tanio, bo okazja, a potem przynosimy do domu całe worki z ubraniami, które założymy raz lub wcale... To nie jest tak, że w ogóle nie kupuję w sieciówkach ani że nie korzystam z wyprzedaży. Zdarza mi się. Najczęściej upatrzę wcześniej jakąś rzecz, a potem w czasie wyprzedaży idę tylko po nią- to trudne, ale da się, słowo.


12. Reklamówki.


Nie jestem święta. Czasami chwycę w biegu plastikowy woreczek, zwłaszcza kiedy robię niezaplanowane zakupy i zapomnę zabrać z domu materiałową torbę. Staram się jednak, aby takie sytuacje miały miejsce jak najrzadziej. Przy kupowaniu owoców nie wrzucam ich do foliowych woreczków. Poza tym... używanie reklamówek to obciach :) W dobie walki z zalewającym nas plastikiem, modnie jest wrzucać zakupy do torby wielorazowego użytku z jakimś fajnym nadrukiem.




Tak jak pisałam wcześniej, dążę do ograniczenia posiadanych rzeczy i do mądrego kupowania, ale w życiu potrzebna jest tez odrobina szaleństwa, więc zakupowy flow również uprawiam do czasu do czasu :) Najgorsze co można sobie zrobić, to zamknąć się w getcie własnych przekonań- żadna skrajność nie jest ok.




Czy Ty również starasz się ograniczać zakupy, robisz je świadomie i w sposób przemyślany, czy raczej idziesz na żywioł? Daj znać! :)


"Trening w rytmie slow."- książka Katarzyny Grządki pozycją obowiązkową dla każdej kobiety.

"Trening w rytmie slow."- książka Katarzyny Grządki pozycją obowiązkową dla każdej kobiety.

Katarzyna Grządka to autorka bloga www.treningnabosaka.pl oraz specjalistka od ruchu, która przez całe swoje życie związana była z aktywnością fizyczną. Od zawsze interesowała się zdrowiem, a od 2009 zajmuje się tym tematem zawodowo. Jej blog to prawdziwa kopalnia wiedzy dla każdego, kto ćwiczy lub planuje rozpocząć przygodę z matą. 

(fot. z książki "Trening w rytmie slow")



Bardzo się cieszę, że książka Kasi Grządki "Trening w rytmie slow. Dbaj o siebie, ćwicz i żyj w zgodzie z naturą" trafiła w moje ręce właśnie w tym momencie mojego życia. Kolejny raz przekonałam się, że przypadki nie istnieją. W momencie, kiedy  na małą chwilkę zapomniałam, jak ważne jest indywidualne podejście do tematu aktywności fizycznej, kiedy zaczęłam wyrzucać sobie, że za mało ćwiczę (czytaj- nie pocę się jak świnka), przyszła do mnie paczka od Wydawnictwa Helion, w której między innymi znalazłam tę książkę. Najpierw tylko ją przekartkowałam. Pierwsze wrażenie? Piękne wydana pozycja, z dbałością o każdy szczegół, przyjemne dla oka zdjęcia, ładny papier. Kolorystyka utrzymana w łagodnych tonach, więc ja, jako estetka, byłam więcej niż zadowolona. Później zaczęłam czytać. I bach! Po kilku pierwszych stronach już wiedziałam, że to jest właśnie to, czego w tej chwili potrzebuję! Na początku byłam pewna, że "połknę" tę książkę w dwa wieczory i zapewne tak by się właśnie stało, bo czyta się ją jednym tchem, ale świadomie rozłożyłam sobie czytanie na kilka dni. Są czasami takie książki, których nie da się przeczytać od razu. No nie da się i już! To jest właśnie jedna z nich. Codziennie dawkowałam sobie jeden rozdział, skrupulatnie wykonywałam ćwiczenia oraz zadania, które umieszczone zostały na końcu każdego z nich i obserwowałam do czego mnie to zaprowadzi.



Ale od początku....

Odkąd pamiętam, jestem aktywna fizycznie. Oczywiście miałam jakieś dłuższe przestoje w życiu, kiedy odkładałam ruch na bok, ale zawsze to było chwilowe. Prędzej czy później wracałam do ćwiczeń. Lubię ten wyrzut endorfin, poczucie kontroli nad ciałem, relaks, który przychodzi wtedy, kiedy się zmęczę. Niestety żyjemy w świecie, w którym panuje kult idealnej sylwetki, wiecznie młodej twarzy i doskonałego życia. Kobieta musi. Musi, bo inaczej jest niewystarczająco- dobra, sprawna, ogarnięta, mądra. Trenerki fitness zarabiają krocie, obiecując kobietom zmianę całego życia wraz z utratą kilogramów. A my? My przekazujemy sobie z rąk do rąk diety- cud oraz rozpiski treningowe, biegamy mimo że nienawidzimy biegać, podnosimy ciężary, bo chodzenie na siłownię jest teraz modne. Jeśli opuszczamy trening, jesteśmy na siebie złe. Obserwuję to wśród znanych mi kobiet, nie u wszystkich oczywiście, ale przyznaj, że mamy tendencję do wymagania od siebie zbyt wiele. Ja również taka byłam. Wydawało mi się, że jeśli nie lubię biegać, to nie ćwiczę dość intensywnie. Efekt? Frustracja i poczucie winy. Ola, Iza, Hania ćwiczą, a ja co?? Dopiero kilka lat temu pozwoliłam sobie na odpoczynek. Olałam wszelkie dietowe i treningowe mody i zaczęłam wsłuchiwać się w siebie. Trochę to trwało, ale już wiem, co lubię, a czego nie. Wiem, jakie ćwiczenia sprawiają mi radość, a jakich nie znoszę. Dzisiaj regularnie ćwiczę power jogę, callanetics i pilates, przeplatają to nordic walkingiem i jazdą na rowerze. Myślę o zapisaniu się na pole dance? Że niby za stara jestem? C'mon! ;)



Mimo wszystko na fali noworocznych postanowień, pojawiających się zewsząd jak grzyby po deszczu, zaczęły dopadać mnie wątpliwości.. a co jeśli to co robię to za mało? I wtedy przyszła do mnie Kasia Grządka, Jej blog i ta cudowna książka. Raz, dwa postawiła mnie do pionu i przypomniałam o tym, że każda z nas jest inna. Mamy różne historie, zupełnie inne temperamenty i potrzeby. Bez sensu jest więc wciskać się na siłę w rany, które zostały stworzone dla ogółu. Jeśli coś jest dla wszystkich, to tak naprawdę jest dla nikogo. Trening w rytmie slow to wbrew tytułowi nie są ćwiczenia, które wykonujemy powoli, w ślimaczym tempie, ale w swoim własnym indywidualnym rytmie. Wiele z nas żyje wbrew swoim naturalnym predyspozycjom. Próbujemy doścignąć jakiś wyimaginowany ideał, biegniemy przed siebie na oślep, ignorując sygnały wysyłane przez ciało. Chorujemy i fizycznie, i emocjonalnie. Trening, który miał służyć zdrowiu, staje się mieczem obosiecznym, który nas rani. Jak wiele z nas pozwoliło sobie wmówić, że będziemy zdrowe, szczęśliwe i spełnione, kiedy pobiegniemy w maratonie/ będziemy codziennie chodzić na siłownię/przepłyniemy 10 długości basenu lub cokolwiek innego, na co nie masz ochoty, ale przecież trzeba.... 



Książka "Trening w rytmie slow" pięknie ustawia w głowie priorytety. Tłumaczy to, co przecież powinno być oczywiste, a tak często staje się zapomniane w tej chorej pogodni za ideałem- że każda z nas jest indywidualnością i każdej z nas należy się dużo uwagi, ciepła i zwyczajnej kobiecej troski. Od siebie dla siebie samej. Każda z nas może, a wręcz powinna ćwiczyć- dla zdrowia, rozładowania stresu, dla ładnej sylwetki również. Jednak każda z nas powinna znaleźć taką aktywności, która będzie dawała przede wszystkim radość! Co z tego, że zmusisz się do pójścia na siłownię, jeśli szczerze tego nie znosisz? Trening będzie ci się kojarzył z przymusem, a nie z radością... W dobie wszechobecnego fit, pozycja slow była bardzo potrzebna na rynku. W książce znajdziesz sporą dawkę motywacji do dbania o siebie nie tylko fizycznie, ale również emocjonalnie. Wszystko bez presji, spokojnie i z szacunkiem do samego siebie. Bardzo spodobały mi się ćwiczenia oraz zadania, które są umieszczone na końcu każdego rozdziału- polecam wykonać je wszystkie, bez omijania tej części- zastanowić się nad sobą i szczerze wypełnić puste pola. Fajnie, że z tyłu książki Autorka przewidziała sporo miejsca na notatki. Moje strony są już całe zabazgrolone przemyśleniami, jakie nasunęły mi się w trakcie lektury. Z całą pewnością jest to książka, do której będę wracać zawsze wtedy, kiedy poczuję, że jestem niewystarczająco fit :)






Książkę możesz kupić tutaj.



...




Moja biblioteczka slow się rozrasta :) Już niedługo recenzje kolejnych książek. 



Jak dbam o dobre samopoczucie i odporność zimą?

Jak dbam o dobre samopoczucie i odporność zimą?

Z zasady staram się nie narzekać, nie marudzić i smęcić. Jak ognia unikam ludzi, którzy latem złorzeczą na upał, zimą na śnieg, wiosną na ćwierkające ptaki, a jesienią na spadające liście. Na słowa, jakże często ostatnio przeze mnie słyszane, "byle do wiosny" reaguję wręcz alergicznie. 

Mieszkamy w miejscu, gdzie występuje sezonowość. Mamy cztery pory roku i strzałem w kolano byłoby narzekać na trzy pory czerpiąc radość tylko z lata. Wychodziłoby na to, że przez większość życia bylibyśmy nieszczęśliwi, tkwiąc we wiecznym oczekiwaniu na słońce, wiosnę, ocieplenie/ ochłodzenie... Nauczyłam się cieszyć każdą porą roku, czerpiąc z niej ile się da. Mimo wszystko są dwa miesiąc, które przechodzę najciężej i które dłużą mi się niczym przysłowiowe flaki z olejem. To styczeń i luty. Zazwyczaj wtedy czuję największe zmęczenie zimą, chorobami swoimi i dzieci, brakiem słońca, ograniczoną ilością owoców i warzyw. Wyczekuję wiosny jak zbawienia. Co roku obiecuję sobie, że teraz będzie inaczej, że ogarnę jakoś ten spadek nastroju, który mnie zazwyczaj wtedy dotyka i co roku mi się nie udaje. Chociaż powinnam może napisać- nie udawało się- bo w tym roku jest nieco inaczej. Zdecydowanie czuję różnicę na plus. Pracę nad tym, aby zima upłynęła mi w zdrowiu i w dobrym nastawieniu rozpoczęłam już jesienią. Dzisiaj, kiedy zostało nam zaledwie kilka dni do końca stycznia, mogę powiedzieć, że jest to moja najlepsza zima od wielu, wielu lat. Nie jest idealnie, ale czuję, że podążam właściwą drogą. Przede wszystkim- NIE CHORUJĘ. To jest naprawdę wielka rzecz, bo odkąd pamiętam zimą bardzo, bardzo często się przeziębiałam. Raz na jakiś czas zdarzyło się jakieś zapalenie ucha, krtani czy oskrzeli, ale przeziębienia, katar, bóle gardła, głowy, gorączka to była norma. Tej jesieni i zimy byłam przeziębiona, uwaga, RAZ- we wrześniu, kiedy Zu przyniosła ze szkoły jakiegoś wirusa. Katar i lekki ból gardła trwały około 3 dni. Od tamtej pory, odpukać, nic a nic. Jak to się stało, że ktoś, kto męczył się z nawracającymi infekcjami i kto przez całą zimę smęcił, cierpiał na spadek formy i nastroju, czuje się tak dobrze? Zapraszam do czytania :)


MOJE SPOSOBY NA DOBRE SAMOPOCZUCIE I ODPORNOŚĆ ZIMĄ.



1. Co rano płuczę usta olejem kokosowym. 


Od niedawna robi to również moja starsza córka Zu. Czynność, której do końca nie rozumiałam, okazała się być zbawienna nie tylko na stan uzębienia (działa antybakteryjnie, wybielająco, a w połączeniu z żywokostem jest w stanie cofnąć pierwsze stadium próchnicy- serio, sprawdzone), ale również na wszelkie choroby i stany zapalne górnych dróg oddechowych. Wyciąga toksyny z organizmu, działa przeciwzapalnie, antybakteryjnie i uodparnia. Po tygodniu płukania ust olej, który wypluwałam, wyglądał obrzydliwie, ale nie będę o tym się rozpisywać, sorry ;) Po obudzeniu i wypiciu szklanki wody, biorę do usta ilość oleju, która mieści się w łyżeczce od herbaty. Staram się płukać usta i zęby przez mniej więcej 20 minut. W tym czasie wykonuję inne czynności, biorę prysznic, ogarniam śniadanie dla dzieciaków itd. Moja mama śmieje się, że to jedyne 20 minut w ciągu dnia, kiedy w domu panuje spokój. Ha. Ha. ha. Ważne- nie płuczemy olejem gardła ani go nie połykamy! Najlepszy jest olej nierafinowany, ekologiczny, przechowywany w szklanym opakowaniu, ale na początek zwykły olej z supermarketu też będzie ok, tylko na efekty trzeba będzie poczekać nieco dłużej.




2. Piję mój eliksir.


Wyciskam sok z jednej całej cytryny, do niego wrzucam kilka plasterków imbiru i zalewam gorąca wodą. Kiedy ostygnie, dodaję szczyptę kurkumy i łyżeczkę miodu. Chciałabym pić ten napój co rano zamiast kawy, ale póki co miłość (nałóg) do kawy wygrywa... Zu pije tak samo przyrządzony napój, ale na bazie roślinnego mleka. Z dodatkiem ghee, cynamonu i pieprzu staje się słynnym złotym ajurwedyjskim mlekiem długowieczności.




3. Piję dużo ziołowych herbat.


Moje ulubione to zielona, czerwona, czystek i pokrzywa. Zielona pobudza lub uspokaja, w zależności od tego, jak długo jest parzona. Czerwo przyspiesza metabolizm, więc jest zalecana po obfitym posiłku lub dla osób, które chcą schudnąć. Czystek ma działanie antybakteryjne, antywirusowe, uodparnia, usuwa ból gardła. Pokrzywa z kolei świetnie działa na skórę, włosy i paznokcie, które zimą często wyglądają gorzej.






4. Codziennie piję duży kubek zielonej herbaty- matcha wyciąga śluz z organizmu.


Dzięki temu ewentualny katar albo szybciej się kończy, albo w ogóle do niego nie dochodzi. Dobrej jakości matchę możesz kupić np. tutaj.





5. Unikam nabiału.


Ile ludzi, tyle opinii o jedzeniu nabiału. Jedni twierdzą, że nabiał jest zdrowy, inni radzą go odstawić. Ja zauważyłam, że źle się po nim czuję. Boli mnie brzuch, pogarsza się stan mojej cery, spada odporność. Poza tym ograniczam nabiał ze względów etycznych; od kiedy interesuje się przemysłem mleczarskim, tym, jak są traktowane zwierzęta dające mleko, mam coraz mniejszą ochotę na ser czy jogurt. Nabiał zaśluzowuje organizm- to jest fakt, niezależnie od tego czy jesteś wege, czy nie. W okresie zimowym im mniej śluzu w organizmie, tym lepiej. Nadmiar śluzu = katar, a tego przecież chcemy uniknąć.


6. Jem kiszonki.


Kiszone ogórki, kapustę, buraki... Do tego sporo cebuli i czosnku. Jeśli obawiasz się przykrego zapachu, po "śmierdzącym" posiłku żuj przez kilka minut świeżą natkę pietruszki- po smrodku nie będzie śladu :)



7. Rozgrzewam się zupami.


Zima to czas, kiedy staję się zupomaniaczką. Potrafię codziennie zjeść talerz lub dwa ciepłej zupy. Moje ulubione to rosół na bazie wywaru warzywnego, czerwony barszczy, wszelkie dahle z soczewicy, jarzynowe z kaszą jaglaną. Jeśli nie masz pomysłu na zimowe zupy, to polecam książkę Moniki Mrozowskiej" Zupy moc". Uwielbiam absolutnie każdą zupę z przepisu Moniki!




8. Do wielu potraw dodaję kurkumę, imbir, cynamon i pieprz cayenne.


Wszystkie te przyprawy rozgrzewają, działają antybakteryjnie i uodparniająco. Kurkuma jest bardzo niedocenianą przyprawą, tymczasem ma silnie działanie antynowotworowe, niszczy wolne rodniki odpowiedzialne za starzenie się organizmu i przyspiesza rekonwalescencję po chorobie. Przez całą zimę staram się chociaż raz dziennie zjeść posiłek z kurkumą. Możesz dodać ją do zup, napojów, nawet do jogurtu. Świetnie smakuje z miodem i odrobiną kardamonu.



9. Jem dużo owoców i warzyw.


W zasadzie jem je przez cały rok, ale zimą szczególnie dbam o to, żeby codziennie zjeść solidną porcję witamin właśnie w takiej najczystszej postaci. Do tego dorzucam garść orzechów, moje ulubione to nerkowce, a jak mam ochotę na coś słodkiego, to sięgam po suszone niesiarkowane owoce. Takie owoce, zwłaszcza mango lub papaja, potrafią skutecznie zastąpić niezdrowe słodycze, na które często mamy ochotę właśnie w te długie zimowe wieczory.


10. Suplementuję witaminę D i kwasy tłuszczowe omega.


Witaminę D zaczęłam przyjmować na początku września. Żyjemy w takim klimacie, że naprawdę trudno i jest nam utrzymać odpowiedni poziom tej witaminy. Dlatego powinno się przyjmować ją właściwie przez cały rok. Ja i moje dzieci robimy przerwę w suplementacji tylko na 4 miesiące w roku- maj, czerwiec, lipiec i sierpień. W te miesiące spędzamy bardzo, naprawdę bardzo dużo czasu na słońcu, więc pozwalam naszym organizmom odpocząć od suplementacji. Czy wiesz czym grozi niedobór witaminy D? Przewlekłe zmęczenie, spadki nastroju, stany depresyjne, bezsenność, drgania mięśni, niska odporność, osteoporoza, a nawet autyzm oraz stwardnienie rozsiane! Badania mówią, że prawie 90% dorosłych Polaków oraz 60% dzieci ma niedobory witaminy d- to porażające wartości. Od listopada przyjmuję witaminę D w formie kombinacji olejów- lnianego, z ogórecznika, wiesiołka i czarnej porzeczki- wraz z bioestrami kwasów omega 3-6-9. Dodatek koenzymu Q10, witamin E i A sprawia, że jednocześnie dbam o stan mojej skóry. EstroVita ma w swojej ofercie również preparat dla dzieci, który dzięki malinowemu smakowi jest przyjemny w stosowaniu. Tutaj możesz kupić EstroVitę, a podając kod SKÓRA2019 masz 10% zniżki.




11. Dostarczam sobie odpowiedniej dawki witaminy C.


Kiedy czuję, że przemarznę, gorzej się czuję, jestem przemęczona itd. przyjmuję dużą dawkę syropu Miód Malina Witamina, który nie jeden raz uratował mnie i dziewczyny przed choróbskiem. Co to jest według mnie duża dawka? To taka dawka, po której boli mnie brzuch... ;) Tak, dziwnie brzmi, ale w sytuacjach kryzysowych doprowadzam do wysycenia organizmu witaminą. C. Więcej do poczytania na blogu Ani. Miód Malina Witamina to w 100% naturalny produkt na bazie miodu i pulpy owocowej, można kupić również taki z dodatkiem siarki. Ja osobiście wolę tę siarkową wersję- wydaje mi się, że jest mocniejsza. Miód Malina do kupienia tutaj. Przy okazji polecam bloga twórczyni syropków, bo to kopalnia wiedzy.





12. Staram się codziennie wyjść na dwór, niezależnie od pogody. 


Jestem ciepłolubem, więc różnie mi to wychodzi, ale jak już się zbiorę i wyjdę na szybki marsz, to czuję się potem rewelacyjnie. Nawet, jeśli jestem zmęczona, ospała, nic mi się nie chce, to taki marsz pobudza lepiej niż mała czarna. Maszerowałam już w deszczu, padającym śniegu i w drugi dzień świąt z kolędą na ustach- dosłownie ;)- więc wiem, że każda pora jest dobra.




13. Ćwiczę regularnie.


Kiedyś myślałam, że tylko solidny wycisk na siłowni się liczy. Że jeśli pot nie spływa mi strumieniami po, za przeproszeniem, dupie, to trening nie miał sensu. Myliłam się i to bardzo. Znalazłam odpowiedni rodzaj aktywności dla siebie i widzę, że nawet 15 minut dziennie daje mi dużo korzyści. Najbardziej lubię power jogę (do powolnej, statycznej klasycznej jogi zupełnie nie mam serca), nordic walkin (tak, zimą w śniegu też się da!) i callanetics od czasu do czasu. Jestem właśnie w trakcie czytania świetnej książki, którą mam okazję zrecenzować dzięki uprzejmości Grupy Wydawniczej Helion, od  Kasi Grządki "Trening w rytmie slow. Dbaj o siebie, ćwicz i żyj w zgodzie ze sobą i z naturą" i utwierdzam się tylko w tym, że każda z nas może ćwiczyć, w każdych warunkach i w każdej sytuacji, trzeba tylko znaleźć odpowiednią aktywność dla siebie. Recenzja książki już niedługo pojawi się na blogu, stay tuned :)




14. Wietrzę dom. 


Codziennie obowiązkowo, niezależnie od ilości stopni na minusie, wietrzę dom. Rano po nocy i wieczorem przed spaniem- chyba że sąsiedzi palą czymś podejrzanym w piecu... 


15. Ubieram się adekwatnie do pogody.


Patrzę na pogodę, a nie na kalendarz. Jeśli jest ciepły dzień, mimo środka zimy, to nie ubieram się jak mały Eskimos. Jeśli mróz trzaska, zakładam na siebie tyle warstw, ile trzeba, aby było mi ciepło. Inwestuję w dobre zimowe buty- to podstawa- i dbam o nie, żeby służyły mi jak najdłużej.


16. Doceniam.


Codziennie staram się znaleźć coś, chociaż jedną rzecz, za którą jestem wdzięczna. Doceniam i cieszę się drobiazgami.


17. Wysypiam się.


Staram się, chociaż wszelkie stresy objawiają się u mnie bezsennością, a wieczorna praca przy komputerze nie pomaga. Niemniej jednak staram się wysypiać. Nic tak nie psuje samopoczucia, jak zarwana noc.


18. Otaczam się przyjemnymi zapachami.


Zimą uwielbiam wszelkie naturalne olejki eteryczne, zwłaszcza te o zapachu cytrusów, cynamonu, lawendy czy lasu. Uważaj na wszelki chemiczne dodatki do olejków, czytaj etykiety, bo wiele "naturalnych" olejków ma niezdrowe dla ludzi chemiczne wzmacniacze zapachu. Lepiej zapłacić więcej za olejek, ale mieć pewność, że wdycha się czystą naturę. Zapachy potrafią nas pobudzić, uspokoić, zrelaksować, uśpić czy wyciszyć. Niedługo napiszę o tym szerzej.



19. Styczeń miesiącem badań kontrolnych.


Od wielu lat mam taki zwyczaj, że rok zaczynam badaniami- morfologia, mocz, cytologia. Robię co trzeba i mam spokój na kolejny rok. To mi przypomina, że w tym roku jeszcze tego nie ogarnęłam...


20. Bieganie boso po śniegu.


Ok. Przyznaję. Jeszcze nie nie próbowałam, więc teoretycznie nie powinnam tutaj tego zapisywać, ale... wiem, że to jest zdrowe. Wiem, że pięknie hartuje organizm, uodparnia i uziemia. Czytam o tym, czaję się na to i mam nadzieję, że zrobię to jeszcze zanim skończy się zima.




Jestem bardzo ciekawa jaka są Twoje sposoby na zimowe zdrowie i dobre samopoczucie. Podziel się nimi ze mną w komentarzu! :)






Jeśli uważasz, że post jest ciekawy, puść go dalej w świat, dziękuję!

Postanowienia noworoczne- mniej i na luzie, czyli cele uszyte na moją miarę.

Postanowienia noworoczne- mniej i na luzie, czyli cele uszyte na moją miarę.

Wszystkie kobiety, które znam emocjonalnie podchodzą do końca starego roku i początku nowego. Te, które zapisują w kalendarzu drobnym maczkiem mnóstwo małych i dużych planów, jeśli by swoje postanowienia zrealizowały, zmieniłyby się o 180 st. i już wcale nie przypominałyby siebie. Te, które prychają pogardliwie, podśmiewając się pod nosem z tych pierwszych, buntują się przeciwko wszelkim postanowieniom, bo twierdzą, że i tak im się nie uda. U jednych i drugich emocje związane z nowy rokiem są silne. Nie zawsze pozytywne. Mamy drugą połowę stycznia, więc pytanie jak się mają Twoje noworoczne postanowienia, jest jak najbardziej na miejscu. Zakładam, że pierwszego stycznia usiadłaś nad pustą kartką papieru i wypisałaś pięknie punkt po punkcie wszystkie swoje cele, plany i marzenia. Więc jak się one mają? Ruszyłaś pełną parą czy raczej nadal odkładasz je w czasie? Może sumiennie biegasz co drugi dzień na siłownię, tak jak sobie obiecałaś? Może spędzasz mniej czasu scrollując ekran smartfona? Może trzymasz dietę już trzeci tydzień? A może nie... Z tymi noworocznymi postanowieniami to jest tak, że niezwykle łatwo się je wymyśla i zapisuje, ale znacznie gorzej jest dotrzymać danego sobie słowa i zabrać się do roboty. Dlaczego tak się dzieje? Jak to jest, że zapału starcza Ci na kilka dni, góra dwa tygodnie, a potem wszystko wraca na dawne tory?



Mechanizm czekania na nowy rok jest prosty i tak oczywisty, że nawet ci, którzy twierdzą, że nigdy nie robią noworocznych postanowień, dają się choć odrobinę w niego wciągnąć. 


Wszystko zaczyna się już latem, a właściwie chwilę po lecie- we wrześniu. Jeszcze jest ciepło, słońce jeszcze mocno grzeje, ale poranki i wieczory już są chłodne. Powoli wkrada się lekki smutek, że takie piękne było to lato, szkoda że już się skończyło. W październiku, o ile mamy szczęście, cieszymy się kolorową jesienią. mimo wszystko z rosnącą nostalgią spoglądając na swoją coraz bielszą skórę. Później przychodzi listopad, razem ze swoimi krótkimi dniami i długimi, ciemnymi wieczorami. W grudniu czekamy na Boże Narodzenie, żeby choć trochę ogrzać się przy rodzinnym stole, przy choince i prezentach. Te kilka dni pomiędzy świętami a sylwestrem to takie nie wiadomo co, bo to ani praca nie idzie, ani ćwiczyć się nie chce, ani diety trzymać, kiedy w lodówce pałętają się resztki serniczka. Zmęczeni brakiem słońca i krótkimi dniami, ociężali od nadmiaru świątecznych smakołyków czekamy na ten magiczny pierwszy dzień nowego roku jak na zbawienie. Marzy nam się powiew świeżości, nowa energia i zielone soki. Wydaje nam się, że przyjdzie nowe i totalnie nas odmieni. Że, jak za dotknięciem czarodziejskiej różdżki, wraz z wybiciem północy, staniemy się nową, lepszą wersją samych siebie, a noworoczne postanowienia same się spełnią. Ot tak, bez grama wysiłku. Bullshit, proszę ja Ciebie, jak stąd na Księżyc- nic się samo nie zrobi.


Kilka razy wcześniej wspomniałam, że jestem maniaczką list. Analogową maniaczką list- powinnam napisać. 


Uwielbiam ładne zeszyty i notesy, i zazwyczaj nie wychodzę z Empiku czy z innego sklepu papierniczego z pustymi rękoma. Walczę z tym uzależnieniem, powtarzając sobie ciągle, że najpierw muszę zapełnić notesy, które mam, dopiero potem pozwolę sobie na nowy. No, ale nie o tym miałam... Moja praca to wielogodzinne siedzenie przy komputerze. Wydawałoby się więc, że wszelkie notatki robię właśnie w nim lub w smartfonie ewentualnie. Nic bardziej mylnego. Notes i długopis to moje nieodłączne atrybuty. Robię listy marzeń, listy miejsc do zwiedzenia, listy rzeczy do zrobienia w wakacje, listy list.... Gorąco wierzę w to, że to co zapisane, to się wydarzy. Nie zawsze jednak tak się dzieje.... Przykładem mogą być moje jakże skrupulatnie zapisywane latami postanowienia noworoczne. Pod koniec grudnia, właśnie w te dni pomiędzy świętami a sylwestrem, siadywałam nad nowo zakupionym notesem i zapisywałam jak najwięcej marzeń, postanowień i obietnic. Za każdym razem byłam przekonana, że nadchodzący rok to będzie właśnie TEN ROK,  w którym moje życie zmieni się diametralnie, nastąpi przełom (czymkolwiek miałby on być), a ja już zawsze z rozrzewnieniem będę wspominać, że ten 2018, 2017, 2016 itd. rok to był cudowny.... Aha. Jasne. Dałam się wciągnąć w ten mechanizm... Tymczasem jedyne co się diametralnie zmieniało.... to data w kalendarzu. Ja nadal pozostawałam taka sama.


Trochę czasu mi zajęło, aby to zrozumieć. Nowy rok to tylko data w kalendarzu. Umowne cyferki, które pomagają ludziom w określaniu upływającego czasu. 


Te cyferki nic we mnie nie zmienią, jeśli ja sama nie będę chciała zmiany. Zacząć od nowa można w każdej dowolnej chwili, zmienić swoje życie można równie dobrze w połowie maja. Jeśli chcesz zrobić prawo jazdy, to zrób to teraz! Jeśli chcesz schudnąć, to zacznij dietę teraz! Jeśli chcesz nauczyć się hiszpańskiego, to znajdź kurs i zacznij go teraz! Nie trzeba czekać na to do pierwszego stycznia., naprawdę. Przez prawie całe moje dorosłe życie miałam do noworocznych postanowień złe podejście. Traktowałam je jak przymus, coś odgórnie mi narzuconego (nic to, że sama sobie je narzucałam). Zaczynałam z wysokiego C, czyli albo daję z siebie 100%, albo całkiem rezygnuję. Oczywiste było to, że prędzej czy później zaliczę porażkę, bo nie da się bez przerwy trzymać gardy w górze i być najlepszym we wszystkim. Gdzieś pod koniec stycznia, najdalej w połowie lutego stawałam się swoim największym krytykiem, robiłam sobie sama "nu, nu, nu" i stwierdzałam, że rok spalony.

Jest druga połowa stycznia, a ja... nie mam ani jednej kartki z zapisanymi celami na ten rok. Ani jednej! Co w moim przypadku jest już przełomowym wydarzeniem. Mam zupełnie inne podejście do noworocznych postanowień. Odrzuciłam wszelkie powinnam i muszę, a zostawiłam to co chcę i to co do mnie pasuje. Moje tegoroczne postanowienia to raczej cele do zrealizowania, są dopasowane do mnie i moich potrzeb, są realne i, co najważniejsze, jest ich tylko kilka. Nawet moje postanowienia wpisują się w trend bloga- mniej, ale lepiej ;)


Na 2019 mam kilka celów do zrealizowania, ale podejście do postanawiania czegokolwiek mocno się u mnie zmieniło- i to dało mi największego kopa do działania :)




W 2019 roku chcę-


- BYĆ SOBĄ- czyli kontynuować proces, który zaczął się w trudnym dla mnie emocjonalnie 2018 roku. Być sobą, czyli zaakceptować siebie w 100%, nie próbować się zmienić ani dopasować. Wchodząc do pokoju zastanawiać się czy lubię ludzi, którzy się tam znajdują, a nie czy oni lubią mnie. Otaczać się ludźmi podobnymi do siebie, z podobną wrażliwością i spojrzeniem na świat. Sukcesywnie odcinać toksyczne relacje, nie oglądając się na sentymenty. Polubić swoje cechy charakteru, nawet te, które nie są porządanymi cechami w dzisiejszych czasach. Polubić je wszystkie i nauczyć się z nich korzystać. Pracować nad wadami, ale nie krytykować siebie za ewentualne porażki.

- BYĆ SOBĄ również tutaj na blogu. Rozwinąć go zgodnie z moimi przekonaniami, nie analizować i nie rozkminiać za dużo, po prostu pisać :). Dokończyć dla Was ebooki, które w liczbie sztuk dwa są rozpoczęte, rozbabrane i nie mogę się zabrać do ich skończenia. Czas najwyższy temat ogarnąć.

- OBRAĆ JEDEN KIERUNEK w każdej dziedzinie życia, czy to blogowanie, sport czy wychowywanie dzieci, i się go trzymać. Przestać się miotać i zastanawiać się, czy robię dobrze, tylko podjąć decyzję i robić swoje. Próbować, jeśli ma się ochotę, ale wierzyć w siebie, swoje decyzje i nie patrzeć na podwórko sąsiada, które tylko zza płotu wydaje się bardziej zielone.

- ODGRACIĆ PRZESTRZEŃ- powoli, po kolei wysprzątać każdy kąt w domu, łącznie z piwnicą, ogrodem i garażem, który na chwilę obecną przypomina wielkie wysypisko. Przyjrzeć się każdej jednej rzeczy i zastanowić się, czy oby na pewno jest mi ona potrzebna. Bez sentymentów wyrzucać, oddawać, pozbywać się rzeczy. Nie gromadzić, nie chomikować. Stworzyć dom pełen tylko potrzebnych, pięknych przedmiotów.

- ODGRACIĆ SIEBIE- jakkolwiek dziwnie to brzmi... Lepiej jeść, lepiej spać, lepiej myśleć, lepiej żyć. Przestać stresować się pierdołami, skupić się na tym co jest naprawdę ważne. Doceniać. 

- PODRÓŻOWAĆ- jak najwięcej podróżować, wybierać się w mikropodróże po okolicy, odkrywać małe miasteczka i wioski, kilka tych dużych miast również odwiedzić. Nocować w ciekawych miejscach, w karczmach, starych zamkach i domkach na wodzie. Chłonąć atmosferę miejsc, jeść dobre rzeczy i włóczyć się uliczkami. Patrzeć oczami, odłożyć na chwilę aparat.

- MÓWIĆ ŻYCIU TAK- kilka miesięcy temu otrzymałam propozycję poprowadzenia warsztatów z uważności. Odmówiłam. Dlaczego? Ponieważ uznałam, że za mało wiem, że jeszcze nie czas. Dzisiaj tego żałuję, bo nawet, gdybym nie wypadła idealnie, byłoby to kolejne cenne dla mnie doświadczenie. Mam więc taki plan na ten rok, aby mówić TAK, zamknąć oczy i rzucać się w sytuacje, które wymagają ode mnie wyjścia ze strefy komfortu. (patrz poniżej ;) )

- PÓJŚĆ DO SZKOŁY- punkt zrealizowany, podanie złożone. Jeszcze o tym napiszę, słowo :)



Ok, tylko co zrobić, żeby zacząć, żeby na koniec roku móc powiedzieć- udało mi się!

Po prostu to zrobić. Ruszyć tyłek z fotela i bez zbędnego rozmyślania zrobić. Tak jak ja zrobiłam wczoraj- napisałam podanie i zaniosłam gdzie trzeba. Bez kombinowania, bo jakbym zaczęłam analizować, to wyszłoby mi, że jestem za stara, zbyt zajęta i nie mam kasy na czesne ;)

...





A Ty, droga Czytelniczko, należysz do kobiet, które lubią wyznaczać sobie dużo celów noworocznych czy raczej olewasz temat i niech się samo dzieje? Czy może złapałaś balans, tak jak mnie w tym roku? Napisz! :)

15 nowości wydawniczych na 2019 rok, na które ostrzę sobie ząbki.

15 nowości wydawniczych na 2019 rok, na które ostrzę sobie ząbki.

Książki uwielbiam. Są dla mnie zawsze krok przed filmami i muzyką. Tylko czytając potrafię stworzyć sobie równoległą rzeczywistość tak, że chwilami mam wątpliwości, która rzeczywistość jest tą właściwą. Oglądając nawet najlepszy film, słuchając najlepszej muzy nie jestem w stanie tak odpłynąć. Na facebook'u wraz z początkiem roku pojawiło się sporo wyzwań książkowych, np. 54 książki w 12 miesięcy, dwie książki tygodniowo albo jeszcze inne z góry narzucone ilości tytułów. Jakiś czas temu spróbowałam i ja dołączyć do takiego wyzwania, ale poległam bardzo szybko. Okazało się, że takie sprinterskie czytanie zupełnie nie jest dla mnie. Ja nie czytam, ja wsiąkam w książkę, żyję życiem bohaterów. Czasami po przeczytanej stronie, muszę książkę odłożyć na dwa dni, pomyśleć, przespać się z tym. Czasami jedno piękne zdanie muszę przeczytać po kilkanaście razy. Czasami po wyjątkowo mocnej książce, muszę zrobić długą przerwę na wyjście z historii i zrobienie miejsca na nową. Powiedzcie mi, gdzie tu miejsce na bicie jakichkolwiek rekordów czytelniczych? Owszem, zdarza się tak, że jedną książkę pochłaniam w dwa wieczory. Albo w jedną noc na przykład. Ale to rzadko. Częściej jednak daję sobie czas na delektowanie się, na totalne zrośnięcie z bohaterami. Każda nowa książka to nowa przygoda, kolejne równoległe życie, dlatego tak bardzo cieszę się na te wszystkie fantastyczne nowości książkowe, które zapowiadane są na 2019 rok! O matulu, ileż tych równoległych światów mi przybędzie...!





15 NOWOŚCI CZYTELNICZYCH NA 2019, KTÓRE KONIECZNIE CHCĘ PRZECZYTAĆ *

* a jak mi to wyjdzie w praktyce, zobaczymy ;)




1. "Pisarka" Katarzyna Michalak, premiera 31.01.2019


Każdy ma swoją opowieść. Spraw, by twoja była wyjątkowa. Słowa mogą niszczyć, ale mogą też ocalić. Oto historia Pisarki, która spośród tysięcy słów wybiera te najpiękniejsze, by je splatać w niezapomniane historie. To też opowieść o dwojgu młodych ludziach, którzy mają tylko siebie, pragną jedynie poczucia bezpieczeństwa prawa do miłości. Czy zwyciężą w nierównej walce z losem? Wszystkie książki Katarzyny Michalak są dla mnie jak plasterki na smutek. Już nie mogę się doczekać najnowszej historii! 




2. "Becoming. Moja historia." Michelle Obama, premiera luty 2019


W swoim życiu pełnym znaczących dokonań Michelle Obama stała się jedną z najbardziej ikoniczncyh i ujmujących kobiet naszych czasów. Jako pierwsza Afroamerykanka na stanowisku Pierwszej Damy Ameryki pomogła uczynić Biały Dom bardziej otartym niż kiedykolwiek wcześniej. Została wielką rzeczniczką kobiet, zarówno tych w USA, jak i na całym świecie. Towarzyszyła mężowi, gdy prowadził Amerykę przez trudne chwile, a przy okazji udało jej się nie stracić klasy oraz wychować córki na trzeźwo myślące młode kobiety. Rzadko czytam biografie. Jeśli już jakąś biorę do ręki, to musi być wyjątkowa. Tę przeczytałabym z wielką przyjemnością.




3. "Czapkins. Prawdziwa historia Tomka Mackiewicza". Dominik Szczepański, premiera 23.01.2019


Przez całe życie Tomek Mackiewicz "Czapkins" zamieniał niemożliwe w możliwe. Kiedy wyznaczył sobie cel- jako pierwszy człowiek wejdzie zimą na Nanga Parbat- do wyścigu przystąpili też inni. Ale On nie chciał się z nikim ścigać. Jedyną osoba, z jaką się ścigał, był On sam. I nie chciał być gwiazdą. Chciał zdobyć Nagą Górę na własnych zasadach. Niektórzy mówią, że tam, na Nandze, został pokonany. Ja myślę, że do ostatniej chwili był zwycięzcą. Podziwiamy przeze mnie za upór i pasję, której oddał życie. Czekam z niecierpliwością na tę książkę.




4. "Czas przeszły" Lee Child, premiera 18.01.2019


Książki Lee Child odkryłam niedawno. Na tę najnowszą ostrzę sobie pazurki, bo fabuła zapowiada się ciekawie. Lubię takie historie.  Reacher postanowił podążyć szlakiem zachodzącego słońca i przejechać z Maine do Kalifornii. Ale, jak zwykle, nie ujechał daleko. Przy leśnej drodze w Nowej Anglii widzi drogowskaz do miejsca, w którym nigdy nie był- miasteczka, gdzie mieszkał jego ojciec. Kiedy Reacher przekracza granice miasteczka Laconia, kilka kilometrów dalej dwojgu Kanadyjczykom psuje się samochód. Muszą zatrzymać się odciętym od świata motelu, choć każda jego ściana zdaje się wołać do nich, żeby wynosili się stąd jak najszybciej... Reacher stara się dowiedzieć czegoś o rodzinnym domu. W archiwach Laconii nie ma jednak po nim śladu. Reacher odkryje, że teraźniejszość bywa trudna do zniesienia, ale przeszłość bywa jeszcze gorsza...




5. "Maria Magdalena. Biografia." Paweł F. Nowakowski, premiera luty 2019


Postać Marii Magdaleny jest fascynująca, nawet nie ze względów religijnych, ale takich kobiecych, ludzkich. Fakt pierwszy- istniała. Fakt drugi- informacje o niej są sprzeczne. Fakt trzeci- nie wiemy na 100% kim i jaka była naprawdę. Była apostołką wszystkich apostołów, wierną uczennica Chrystusa, kobietą wykonującą najstarszy zawód świata czy została tak przedstawiona przez kościół, żeby ukryć jej bliskie związki z Jezusem? Biografia Marii Magdaleny jest książką, na którą czekam najbardziej ze wszystkich.




6. "Złodziejka książek" Zusak, premiera 24.01.2019


Jak wygląda wojna z perspektywy Śmierci? Czy jest ciekawym doświadczeniem, czasem wielkiej pracy, może nie budzi żadnych emocji, a może przepełnia smutkiem? Rok 1939. Dziesięcioletnia Liesel mieszka u rodziny zastępczej w Molching koło Monachium. Jej życie jest naznaczone piętnem ciężkich czasów, w jakich dorasta. A jednak odkrywa jego piękno- dzięki wyjątkowym ludziom, których spotyka, oraz dzięki książkom, które kradnie.




7. "Dlaczego czas ucieka" Alan Burdick, premiera luty 2019


Znajdujemy czas i go tracimy, niczym komplet kluczy; oszczędzamy czas i go przepuszczamy, jak pieniądze. Czas się skrada, ucieka, pełznie, biegnie, płynie, zatrzymuje się w miejscu...  wywiera na nas ciągłą presję. Dzieciństwo przemija, gonią nas terminy. Burdick, finalista jednej z najbardziej prestiżowych nagród literackich w USA, zabiera nas w podróż ku źródłom naszego postrzegania czasu. W towarzystwie naukowców odwiedza najdokładniejszy zegar na świecie, odkrywa, że "teraz" tak naprawdę wydarzyło się ułamek sekundy temu, znajduje dwudziestą piątą godzinę w ciągu dnia, nawet udaje mu się cofnąć czas...






8. "Pozwól mi wrócić" B.A. Paris, premiera 15.02.2019


Ona zniknęła. Fin i Layla, młodzi i nieprzytomnie w sobie zakochani, wyjeżdżają na wakacje do Francji. W drodze nocą zatrzymują się na parkingu i kiedy Fin wraca z toalety, jego dziewczyny nigdzie nie ma. Fin opowiada policji o tym, co wydarzyło się tamtej nocy i tylko on wie, że mówi całej prawdy... Po dziesięciu latach chce zacząć od nowa, zaręcza się z inną kobietą. Nagle dostaje tajemniczy telefon. Podejrzewa, że jego zaginiona dziewczyna żyje i jest bliżej niż myślał...




9. "Sól morza" Ruta Sepetys, premiera 25.01.2019


Zima 1945 roku. Troje młodych ludzi. Trzy tajemnice. Druga wojna światowa zbliża się ku końcowi. W trakcie ewakuacji Prus Wschodnich krzyżują się drogi trojga nastolatków. Emilia, Joan i Florian- każde z innego kraju, każde dręczone poczuciem winy. Muszą zrobić wszystko, aby dostać się na pokład Wilhelma Gustloffa. Tylko czy zdołają sobie zaufać? I czy to wystarcz, aby przetrwać?




10. "Przyjaciółki" Anton Disclafani, premiera kwiecień 2019


Powieść o prawdziwej kobiecej przyjaźni, która lśni niczym diamenty głównych bohaterek. Houston, lata 50. XX w. Obracająca się w sferze bogatych elit Cece Buchanan posiada wszystko, o czym marzy dobrze sytuowana kobieta. Ma popularność, męża,który ją uwielbia oraz synka. Jej przyjaciółka Joan Fortier to jej przeciwieństwo. Jest pożądaną przez wszystkich pięknością, skandalistką, którą nie interesuje przykładne rodzinne życie. Obie należą do elitarnego środowiska i łączy je wielka przyjaźń.




11. "Dzieci Hitlera. Jak żyć z piętnem ojca nazisty" Gerald Posner, premiera 28.02.2019

Czy można być żarliwym nazistą i troskliwym ojcem? Jak to jest być dzieckiem zbrodniarza, który wysyła na śmierć miliony ludzi? Jak żyć z nazwiskiem, które jest synonimem największego zła? Czy można kochać kata? Dzieci czołowych nazistów po raz pierwszy tak szczerze opowiadają o swoich ojcach. Jedni ich potępiają, drudzy próbują usprawiedliwiać. Kochają i nienawidzą. Książka, która pokazuje, że nie wszystko jest czarno- białe.




12. "Wszystkie życia Hedy Lamarr" Marie Benedict, premiera 29.01.2019


Maj 1933. Dziewiętnastoletnia Hedwig Kiesler stoi na scenie wiedeńskiego teatru, ogłuszona owacjami. Widownia wstaje. Ktoś przekazuje jej wielki bukiet kwiatów. Ze środka widowni wpatruje się w nią tajemniczy mężczyzna. Fritz jest charyzmatyczny i bajecznie bogaty. Przede wszystkim jest faszystą, zaopatrującym w broń Niemców. W kuluarach nazywają go Sprzedawcą Śmierci. Wie, że Hedwig jest żydówką. Mimo wszystko chce ją poślubić. Ona zrobi wszystko, by chronić siebie i swoją rodzinę. Kilka lat później świat obiega zaskakują plotka- gwiazda kina Hedy Lamarr dokonuje odkrycia, które może pomóc w walce z nazistami. Kto skorzysta z jej wynalazku? Kim stała się Hedwig?




13. "Cymanowski młyn" Magdalena Witkiewicz, Stefan Darda, premiera 14.02.2019


Małżeństwo Moniki i Macieja przechodzi głęboki kryzys. Oboje łudzą się, że tajemniczy prezent - urlop w leśnym pensjonacie, z dala od ludzi i cywilizacji, może jeszcze wszystko uratować. Początkowo ulegają romantycznym chwilom, jednak nagły wyjazd Macieja budzi demony przeszłości. Łukasz, przystojny syn właściciela, do złudzenia przypomina Monice jej byłego narzeczonego. Kim tak naprawdę jest Łukasz? Czy podobieństwo jest przypadkowe? Czy Monice i Maciejowi uda się uratować związek?




14. "Kreatorzy przypadków" Yoav Blum, premiera luty 2019


A jeśli rozlany drink, spóźnienie na pociąg lub znalezienie na chodniku kuponu nie jest dziełem przypadku? A jeśli nie ma czegoś takiego jak przypadkowe spotkanie? A jeśli ludzie,których nie znamy, kształtują nasze przeznaczenie? A może nawet planują losy świata? Troje pozornie zwyczajnych ludzi, nazywanych kreatorami przypadku, pracuje dla tajnej organizacji pozorującej zbiegi okoliczności. To, co reszta świata odbiera jako wypadki losowe, to w rzeczywistości starannie zaplanowane akcje, które mają zmienić czyjeś życie. Inteligentna, pełna napięcia powieść na pograniczu thrillera i love story.




15. "Niemiłość z tobą i bez ciebie" Natasza Socha, premiera 30.01.2019


Tajemnica małżeństwa to kumulacja drobiazgów, do których obcy ludzie nie mają dostępu. Cecylia i Wiktor marzą o rozwodzie, choć jeszcze żadne z nich nie powiedziało tego na głos. Ona chce wolności, on spotyka się ze swoją studentką. Wszystko zmienia się w dniu, w którym Cecylia ma wypadek samochodowy i na jakiś czas zostaje unieruchomiona. Poruszając się na wózku jest skazana na pomoc męża. Każde chce się pozbyć drugiego, a póki co muszą udawać rodzinę. Czym tak naprawdę jest niemiłość? Końcem wszystkiego cy początkiem?






Mam nadzieję, że znajdziesz coś dla siebie wśród moich propozycji :)

Jestem ciekawa czy znajdziesz coś dla siebie wśród moich propozycji :)