Tego już nie kupuję! Czyli z czego zrezygnowałam całkowicie, co ograniczyłam i dlaczego żyje mi się dzięki temu łatwiej.

Konsumpcjonizm opanował świat. Ludzie kupują coraz więcej, ścigają się w zdobywaniu przedmiotów, zupełnie jakby brali udział w konkursie na największą ilość posiadanych rzeczy. Najnowszy model IPhone, najdroższa szminka, osobna garderoba na buty, osobna na torebki, niedzielny obiad w najdroższej restauracji, wakacje w tropikach all inclusive oczywiście, wózek dla dziecka z najwyższej półki... i to wszystko obfotografować, wrzucić do sieci, pochwalić się, zebrać jak najwięcej lajków i szerów. Jeśli ktoś tak lubi, to ok. Jeśli potrafi znaleźć w tym wszystkim zdrowy balans, też ok. Szkoda tylko, że tak wielu ludzi kolekcjonuje rzeczy, goniąc wciąż za nowym, większym, lepszym, zamiast kolekcjonować przeżycia, doświadczenia, wspomnienia... Co się będzie liczyło tego ostatniego dnia Twojego życia- to, że miałeś czy to, że byłeś?  




Tak sobie myślę, że hasło "mniej, ale lepiej" powinno być właściwie hasłem przewodnim tego bloga bo powtarzam je bardzo często, wręcz do znudzenia. To prawda. Mniej, ale lepiej- towarzyszy mi już od kilku lat niemal w każdej dziedzinie życia. Najbardziej uwidacznia się we wszelkiego rodzaju zakupach, ale również w jedzeniu i kosmetykach, które mam na półce w łazience. Nie cierpię bylejakości, zwracam uwagę na to, z czego dana rzecz została wykonana, kto ją zrobił i w jakich warunkach. Z całego serca popieram ideę fair trade. Jestem estetką, kocham piękne przedmioty, więc całkowita rezygnacja z posiadania jest dla mnie niemożliwa. Nie odbiorę sobie przyjemności bycia właścicielką pięknych rzeczy, nie ma takiej opcji. Żadna tam ze mnie ascetka, skrajny minimalizm też nie jest dla mnie. Mimo wszystko ciągle konsekwentnie dążę do redukcji posiadanych przeze mnie przedmiotów, marzy mi się dom wypełniony rzeczami, których naprawdę potrzebujemy i które mają dla nas znaczenie. Wciąż uczę się jak kupować mniej, ale za to mądrze. Patrząc na samą siebie sprzed 5-10 lat, czuję wielką dumę, bo udało mi się znacząco zmienić sposób postrzegania przedmiotów. Z niektórych rzeczy zrezygnowałam całkowicie, kupowanie innych mocno ograniczyłam. I jest mi z tym dużo lepiej :) 



1. Przetworzone jedzenie, gotowe dania, słodkie napoje, przekąski.


Nawet nie wiesz jak często słyszę lub czytam: "jadłabym zdrowiej, ale nie mam na to pieniędzy", "nie stać mnie na zdrową dietę", "weganizm jest drogi!", "jem tak jak jem (czyt. niezdrowo), bo muszę oszczędzać" itd. itp. Nie rozumiem skąd wziął się powszechny pogląd, że zdrowe jedzenie jest drogie. Owszem, jeśli zamierzasz bazować tylko na modnych ostatnio zagranicznych superfoods, na egzotycznych owocach, obcobrzmiących olejach czy suplementach, nie wyrobisz finansowo na zakrętach. I szybko się zniechęcisz- fakt. Tymczasem prawdziwa, zdrowa wege dieta jest jedną z najtańszych diet, jak znam. Odkąd bazuję na warzywach, sezonowych owocach, kaszach, soczewicy i dobrej jakości olejach, gotowanie stało się i prostsze, i tańsze. Np. gotując zupę na bazie warzyw z dodatkiem kaszy i dobrej jakości oleju masz danie, którym naje się cała Twoja rodzina, a zapłacisz za nie kilkanaście złotych. W mojej spiżarni nie ma miejsca na chipsy, gotowe dania, ociekające cukrem soki czy kiepskiej jakości słodycze. Raz na jakiś czas dzieciaki jedzą takie rzeczy, wiadomo, ale jest to raczej traktowane w kategorii "cheat meal", a nie codziennej diety.


2. Pamiątki z wakacji.


Każdy rodzic to zna- nadmorski deptak (lub zakopiańskie Krupówki, ewentualnie ulica pod ciechocińskimi tężniami) pełen straganów z kolorowym badziewiem, a przy każdym straganie co najmniej kilkoro maluchów rozpaczających wniebogłosy, bo nie dostały kolejnego balona, samochodziku czy ciupagi (ciupagi nad morzem to hit hitów, nie sądzisz? ;) ). Kiedy Zu była mała, ulegałam temu wakacyjnemu szałowi zakupowemu, a potem przywoziłam do domu stertę niepotrzebnego plastiku, którym Zu pobawiła się chwile i rzuciła w kąt. Takie wakacyjne pamiątki służą jedynie wyciąganiu kasy od turystów- rodziców, bo nie wierzę w to, że wymarzoną pamiątką z Sopotu jest dla kogo ciupaga albo plastikowy gwizdek? Trochę to trwało, ale nauczyliśmy córki, że z wyjazdu (niezależnie od tego czy wyjeżdżamy na weekend, czy na dwa tygodnie, czy na miesiąc) mogą sobie przywieźć jedną pamiątkę. Jedną. Z wielką radością zauważyłam, że kiedy wiedzą, że pamiątka będzie jedna, wybierają ją staranniej i ta rzecz jest zwyczajnie lepszej jakości. Zwłaszcza Zu zaskakuje mnie w tym temacie. Cudownie jest obserwować, jak doceniają proste pamiątki typu szyszki, bursztyny, kamyczki czy kwiaty, które potem Zu zasusza w notesie. Ja natomiast ze wszelkich wyjazdów lubię przywozić przepisy, lokalne produkty typu przyprawy, wino, no i masę zdjęć, czyli takie rzeczy, których nie kupię lokalnie, a które wiem, że mi się przydadzą.


3. Ozdoby, czyli tak zwane durnostojki.


Vel kurzołapki. Wiesz o co chodzi, prawda? To ta cała masa pierdółek, figurek wszelkiej maści i rodzaju, które stoją na półkach i poza zbieraniem kurzu niczego nie wnoszą. Nigdy ich nie lubiłam, niektóre trzymałam z sentymentu, bo kiedyś od kogoś dostałam, niektórych szkoda mi było wyrzucić... Doszło do tego, że miałam półki zawalone figurkami, które nawet mi się nie podobały i które były koszmarnie upierdliwe w czyszczeniu. Kilka lat temu oddałam wszystkie. W tej chwili mam na półce jednego, kryształowego anioła, którego dostałam od mojej córki Zu, ale zupełnie nie traktuję go w kategoriach durnostojki :) To jest jedna z tych ważnych rzeczy, którymi chcę wypełnić dom.


4. Notesy, zeszyty, bruliony, zapas kalendarzy.


Jestem maniaczką notesów! Naprawdę podejrzewam siebie o jakieś zboczenie w tej materii, na szczęście w tej chwili już jako tako nad tym panuję ;) Uwielbiam piękne kalendarze, kolorowe notesy, zeszyty w wypisanymi na pierwszej stronie hasłami motywacyjnymi, plannery, samoprzylepne karteczki.... I wszystko byłoby w porządku, gdybym kupowałam tego tyle, ile naprawdę potrzebuję. Niestety latami gromadziłam wszelkie papiernicze cudeńka- jak jakiś chomik normalnie. Aż w końcu miałam całą szufladę czystych, niezapisanych zeszytów, a mimo to kupowałam nowe. Po wejściu do TK Max'a, Empiku lub innego sklepu z działem papierniczym zachowywałam się jak jakiś głupek, biegając od półki do półki i zapełniając kosz na zakupy kolejnymi notesami. W końcu powiedziałam stop. Teraz na bieżąco zużywam moje zapasy, dokupując tylko to, czego potrzebuję. Ograniczam się do jednego kalendarza, ale za to porządnego, który pomieści wszystkie moje plany i ważne daty. Na ten rok mam planner idealny! Nareszcie na taki trafiłam. Niebawem o nim napiszę, bo jest warty polecenia!


5. Suplementy, lekarstwa.


Zanim pomyślisz sobie, że oszalałam, pozwól, że się wytłumaczę. My, jako Polacy, mamy skłonność do lekomanii. Piszę to w pełni świadomie, uzbrojona w wyniki najnowszych badań. Jesteśmy w niechlubnej europejskiej czołówce krajów kupujących największą ilość leków. Masowo kupujemy suplementy i leki bez recepty, wierząc, że chemiczne kolorowe pigułki zapewnią nam zdrowie, urodę i szczupłą sylwetkę. Łykamy więc suplementy odchudzające, na sen, na porost włosów, na lepszy nastrój... Zdarza nam się zażywać środki przeciwbólowe profilaktycznie (!!) jeszcze zanim pojawi się ból lub kiedy jest delikatny. Jestem totalnie przeciwna masowemu przyjmowaniu witamin "na wszystko", wszelkich środków poprawiających sztucznie samopoczucie czy nasennych, a łykanie przeciwbóli jak cukierków to już w ogóle całkowite bajlando jak dla mnie. W mojej apteczce znajdziesz tylko niezbędne leki (np. na tarczycę dla Zu), a z suplementów witaminę D plus kwasy omega 3-6-9 dla mnie i dla dzieci. M. z kolei jest wierny swojemu tranowi. I to wszystko. Jestem zwolenniczką naturalnych metod leczenia w pierwszej kolejności, a dopiero kiedy one sobie nie radzą, sięgania po chemiczne środki. Póki co- to działa.


6. Kosmetyki.


Nawet nie wiesz ile ja kiedyś miałam błyszczyków... Walały się wszędzie, po szufladach, w torebkach, kieszeniach, a ja wciąż kupowałam nowe. Tak samo z lakierami do paznokci, cieniami do powiek i balsamami do ciała. Bo nowy ocień, malinowy zapach, bo obniżka, bo okazja, bo to, bo tamto. Spokojnie moimi kosmetykami mogłabym obdzielić połowę drogerii. Chyba nie muszę pisać, że większości z tych kosmetyków nigdy nie użyłam? Części nie zdążyłam, bo się przeterminowała, część kompletnie do mnie nie pasowała np. brokatowy niebieski cień do powiek... Pewnego dnia trafił mnie przysłowiowy szlag i wywaliłam 99% zawartości łazienkowych półek. Teraz mam niewiele kosmetyków zarówno kolorowych, jak i pielęgnacyjnych, ale są to kosmetyki z dobrym składem, świetnej jakości, całkowicie to mnie pasujące. Wiem w jakim makijażu wyglądam dobrze i nawet nie patrzę w stronę brokatu, niebieskiego koloru czy neonowych lakierów do paznokci. Kupuję jeden- dwa kosmetyki na miesiąc, ale są to przemyślane zakupy. Wolę wydać więcej, ale mieć pewność, że ten jeden kosmetyk zrobi mi dobrze.


7. Buty, torebki, paski, dodatki.


Jestem typową kobietą, uwielbiam piękne buty i torebki. Kiedyś moje uwielbienie do nich oznaczało kupowanie każdej torebki i każdej pary butów, jakie tylko mi się spodobały. Efekt? Pięć par identycznych szpilek różniących się tylko kolorem. Sześć par czarnych kozaków. I tak dalej, i tak dalej... W okresie, kiedy nie zwracałam uwagi na jakość rzeczy, które kupuję i noszę, jedynym kryterium było moje "podobanie się". Podoba mi się? No to dawaj do kasy! Jakość? Eee tam, mniejsza z nią. Tym sposobem wciąż kupowałam, używałam i wyrzucałam, następnie kupowałam nowe... Z chwilą, gdy zaczęłam zwracać uwagę na jakość oraz na ponadczasowe style, zakupowe szaleństwo znacząco się zmniejszyło. Okazało się, że kupując jedną, porządną parę butów, nie muszę kupować kolejnej, bo zwyczajnie dobre buty nie niszczą się i zawsze ładnie się prezentują. Ta zasada dotyczy również torebek i wszelkich dodatków typu paski, czapki, apaszki itd. Naprawdę nie potrzebujemy dodatków we wszystkich kolorach tęczy, wystarczy mieć ich kilka, ale za to porządnych, klasycznych, pasujących do wielu zestawów.




8. Biżuteria.


Kojarzysz może te stanowiska przy kasach w sieciówkach pełne biżuterii i zegarków za kilka złotych? Tak, mam za sobą etap masowego kupowania takich pierdółek. Raz- szybko się niszczyły. Dwa- wyglądały tandetnie. Trzy- miałam tego tyle, że wysypywały mi się z koszyczka, tworząc niezły chaos. Teraz mam niewiele biżuterii i jeden zegarek, który dostałam od M. kilka lat temu. Mam jedne kolczyki "imprezowe" i dwie pary kolczyków codziennych, jeden sznurek perełek, które odziedziczyłam po cioci- czyli wiem, co mam, wiem, że moja biżuteria jest dobrej jakości, do większości posiadam certyfikaty, pasuje na wiele okazji i z całą pewnością posłuży również moim córkom. Jeśli kupuję coś nowego, to jest to zawsze przemyślany zakup. Teraz czaję się na piękne kolczyki w kolorze butelkowej zieleni- to mój ulubiony kolor- ale poczekam spokojnie do wyprzedaży :)


-> PRZECZYTAJ: DEKALOG ŚWIADOMEGO KONSUMENTA

9. Środki czystości.


Jeśli wydaje Ci się, że tutaj za mocno pocisnęłam, to spieszę z wyjaśnieniami, że owszem używam środków czystości, ale całkiem niedawno odkryłam, że samemu można sporządzić wiele domowej roboty środków do mycia fug, podłóg czy okien. Naturalne, bez chemii, ładnie pachnące za sprawą dodatku olejków eterycznych, a czyszczą dokładnie tak samo jak chemiczne środki. To pozwala na spore ograniczenie zakupów w dziale z chemią domową. Szykuję post z recepturami na takie naturalne środki czystości, mam nadzieję, że zainspiruję również Ciebie do takich zmian :)


10. Zabawki.


Urodziny i Boże Narodzenie to dwie okazje, kiedy spełniają się zabawkowe marzenia moich córek :) Imieniny, dzień dziecka, Wielkanoc to dni, kiedy prezenty są raczej upominkami. Nie mamy w zwyczaju zasypywać dzieci zabawkami bez okazji. Oczywiście zdarza się, że będąc w sklepie na rodzinnych zakupach "naciągną" nas na jakiś drobiazg, czekoladowe jajo czy gazetkę z zabawką, ale nie dzieje się to zbyt często. Już kiedy Zu była małą dziewczynką mocno ograniczyłam ilość plastikowych, grających i świecących tak zwanych zabawek edukacyjnych, bo zauważyłam, że poza przebodźcowaniem dziecka niewiele mają wspólnego z edukacją. Dziecko, które otrzymuje grającą, mówiącą, śpiewającą zabawkę z milionem przycisków i pokrętełek, "bawi się" naciskając guziczki. Wtedy zabawka robi swoje, czyli... hałasuje w większości przypadków. Co to za zabawa? Uwielbiam mądre zabawki dla dzieci- drewniane klocki, drewniane domki dla lalek, szmaciane lalki, misie i zajączki, wszelkie planszówki (możesz dobrać odpowiednie również dla 3-latka), labirynty, puzzle i kolorowanki. O książeczkach nie będę nawet wspominać, bo to oczywiste. Przy Zu byłam mniej konsekwentna i pozwoliłam na napływ plastikowego edukacyjnego szitu, za to przy Mimi staram się mądrzej dobierać zabawki i widzę, że młodsza potrafi bawić się pięknie nawet przysłowiowym kawałkiem patyku, tworząc przy tym całe historie. Tak więc i tutaj stosuję zasadę- mniej, ale lepiej.


11. Bo wyprzedaż, bo tanio.


Ughhh moja zmora przez niemal całe dorosłe życie. Nie będę się rozpisywać, bo podejrzewam, że każda z nas wie o czym mówię. Pomarańczowe plakaty z napisem 75% OFF działają tak, jak marketingowcy przewidzieli. Lecimy do tego jak muchy na lep. Łapiemy się, wrzucamy do koszyka co popadnie, bo wyprzedaż, bo tanio, bo okazja, a potem przynosimy do domu całe worki z ubraniami, które założymy raz lub wcale... To nie jest tak, że w ogóle nie kupuję w sieciówkach ani że nie korzystam z wyprzedaży. Zdarza mi się. Najczęściej upatrzę wcześniej jakąś rzecz, a potem w czasie wyprzedaży idę tylko po nią- to trudne, ale da się, słowo.


12. Reklamówki.


Nie jestem święta. Czasami chwycę w biegu plastikowy woreczek, zwłaszcza kiedy robię niezaplanowane zakupy i zapomnę zabrać z domu materiałową torbę. Staram się jednak, aby takie sytuacje miały miejsce jak najrzadziej. Przy kupowaniu owoców nie wrzucam ich do foliowych woreczków. Poza tym... używanie reklamówek to obciach :) W dobie walki z zalewającym nas plastikiem, modnie jest wrzucać zakupy do torby wielorazowego użytku z jakimś fajnym nadrukiem.




Tak jak pisałam wcześniej, dążę do ograniczenia posiadanych rzeczy i do mądrego kupowania, ale w życiu potrzebna jest tez odrobina szaleństwa, więc zakupowy flow również uprawiam do czasu do czasu :) Najgorsze co można sobie zrobić, to zamknąć się w getcie własnych przekonań- żadna skrajność nie jest ok.




Czy Ty również starasz się ograniczać zakupy, robisz je świadomie i w sposób przemyślany, czy raczej idziesz na żywioł? Daj znać! :)


30 komentarzy:

  1. O świetny wpis kochana, ja tez troszkę ograniczam kupowanie, ale z tymi gotowymi posiłkami to czasem mi nie wychodzi :(

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Mnie najłatwiej własnie przyszło zrezygnowanie z gotowych posiłków, nigdy za nimi nie przepadałam.

      Usuń
  2. Staram się ograniczać kupno wielu rzeczy jednak nie zawsze mi to wychodzi. Od jakiegoś czasu kosmetyki są mi zakazane i nie kupuje nic czego naprawdę nie potrzebuje

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Ja tak samo- kupuję tylko to, czego potrzebuję.

      Usuń
  3. Dużo punktów to i ja się rozpiszę, a co :D
    1. Rozumiem o co chodzi. Dla mnie jednak nim bardziej coś sztuczne, tym lepiej mi smakuje hah
    2. No to jest prawda. Ostatniego lata robiłam większe porządki i w efekcie wyrzuciłam kilka drewnianych ciupag, mieczy, górę breloczków itp. Zastanawiam się, o czym myślałam w chwili zakupu.
    3. Jako fanka gotyku, ale też secesji i przepychu, niestety nie zgodzimy się w tej kwestii. Dla mnie te "durnostojki" są czymś, co wznosi potrzebny artyzm do wnętrz.
    4. Jakbym czytała o sobie :)
    No i z resztą punktów też się zgadzam, że warto się opanować.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Haha no jak kilka lat temu wyrzucałam ciupagi i miecze, też zastanawiałam się, o co mi chodziło jak je kupowałam ;)

      Usuń
  4. Czasami trzeba przewartościować swój świat. Mnie nadmiar męczy :-)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Mnie również, dlatego walczę z nadmiarem w każdej dziedzinie życia :)

      Usuń
  5. Ale super mądry potrzebny wpis. Coraz częściej do ciebie zaglądam bo moje poglądy mocno pokrywają się z twoimi. Pozdrawiam, Klaudia

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Dziękuję, zaglądaj jak najczęściej, pozdrawiam :)

      Usuń
  6. Co do pamiątek to kupuje takie które naprawdę oprócz wartości sentymentalnej do czegoś mi sie przydadzą. Tak, zdarzyło mi sie kupić... nożyk do krojenia, najzwyklejszy wielorazowego użytku nożyk żeby pokroić sobie bułki i posmarować masłem tak pod kątem kanapek na drogę, nożyk to pamiątka a jaka użyteczna;) Dodam że kupiona w okolicznym markecie, nieobrendowany.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. I to się nazywa praktyczne podejście do tematu! ;)

      Usuń
  7. Kiedyś namiętnie kupowałam chustki i apaszki. Teraz zrobiłam rewolucję - mam kilka ulubionych, reszta w kontener z ciuchami. I jest mi lżej. Nowych nie kupuję.

    OdpowiedzUsuń
  8. Ja swoj konsumpcjonizm bardzo ograniczyłam. nie kupuję niczego, co jest mi niepotrzebne. Jedyną rzeczą, jakiej nie mogę przestać kupować, są pamiątki z podróży :)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Mnie jakoś łatwo przyszło nie kupować pamiątek z podróży, za to zaczęłam robić masę zdjęć ;)

      Usuń
  9. Co roku robię przegląd wszystkich rzeczy, przedmiotów itd. Nie lubię zbieractwa. Jak mam w domu za dużo, to po prostu ciąży mi nad głową.

    OdpowiedzUsuń
  10. Staram się robić przemyślane zakupy. Czasami jednak daję się złapać na wyprzedażach. Zgadzam się z tym, że powinniśmy się skupić bardziej na tym, by być niż mieć. Lubię kolekcjonować wszelkiego rodzaju pamiątki i wspomnienia.
    Pozdrawiam :)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Wyprzedaże to złooo ;) a tak poważnie, to jest to moja największa zmora, walczę, ale również i ja od czasu do czasu ulegam ;)

      Usuń
  11. Dużo się tego nazbierało. Dałaś mi do myślenia. Przetworzonego jedzenia nie powinnam tyle jeść...

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Oj przetworzone jedzenie wywal w cholerę. Paskudztwo jakich mało.

      Usuń
  12. Też od jakiegoś czasu nie kupuje suplementów diety, torebek na potęgę, pamiątek z wakacji, kurzolapek itp .Z wieloma rzeczami jeszcze mam spory problem, bo jak coś mi się podoba, to kupuje.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. To zupełnie tak jak u mnie, z tym że ja już przestałam kupować rzeczy, tylko dlatego bo mi się podobają.

      Usuń
  13. Z tej strony wita Cię bratnia dusza. Stosuję każdy z Twoich punktów. Mam dokładnie takie samo myślenie na temat konsumpcjonizmu, co Ty. Cieszę się, że udało mi się od niego uwolnić. Wiesz, jaką ulgę poczułam, kiedy w tym roku najzwyczajniej zapomniałam o wyprzedażach? :D
    Też samodzielnie robię środki czystości, a ilość kosmetyków ograniczyłam w 90%.
    Patrząc wstecz nie chce mi się wierzyć, jak kiedyś żyłam.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Uhu piona siostro! Jak fajnie, że jest nas coraz więcej!

      Usuń
  14. Oby więcej ludzi miało takie podejście.

    OdpowiedzUsuń
  15. No to dałaś mi do myślenia...

    OdpowiedzUsuń

Dziękuję za każdy dodany komentarz.