10 powodów, dla których nie powinnaś pić mleka oraz prosty przepis na mleko migdałowe home made.

10 powodów, dla których nie powinnaś pić mleka oraz prosty przepis na mleko migdałowe home made.

Zabierałam się za napisanie tego artykułu jak pies do jeża, bo zdaję sobie doskonale sprawę, że nadal jeszcze żyjemy w czasach kultu mleka, a tym, co tutaj zamierzam napisać, narażę się wielu osobom, być może zostanę nazwana nawiedzoną czarownicą, kto wie? Mimo wszystko uważam, że należy to powiedzieć głośno i wyraźnie- mleko krowie nam szkodzi. Nam, czyli ludziom. Jesteśmy jedynym gatunkiem, który pije mleko matek innego ssaka... Chociażby ten fakt powinien dać nam do myślenia. 






Piszę to ja, która została wychowana w uwielbieniu mleka, która przez niemal całe swoje dzieciństwo codziennie rano piła wielki kubek mleka, która dałaby się pokroić na najlepszy na świecie sernik mojego Teścia, której ulubionym deserem są lody... Nie jestem święta, nie jestem żywieniowym ortodoksem, który z dzikim wrzaskiem wyrywa dzieciom z rąk jogurt, a zamiast niego wciska im jarmuż. Sernik nadal uwielbiam, latem jadam lody, ale od jakiegoś czasu są to drobne przyjemności, które traktuję raczej na zasadzie "cheatów" niż składników codziennego menu. Na co dzień mleko oraz jego przetwory mocno ograniczyłam. Ogromny wpływ na tę decyzję miała choroba Zu (niedoczynność tarczycy) oraz zmiana endokrynologa. Nareszcie, po 7 latach poszukiwań, trafiłam do wspaniałej pani doktor, która, jako jedyna ze wszystkich odwiedzonych do tej pory endokrynologów, spojrzała na moją córkę jak na całość- nie lecząc jedynie tarczycy, a szukając problemu w całym organizmie. Tak, to jest możliwe trafić na lekarza, który patrzy na pacjenta holistycznie, chociaż nie wiem, czy taki luksus może się wydarzyć na NFZ... W każdym razie "nasza" pani endo jako pierwsza połączyła niedoczynność tarczycy w pewnymi produktami żywieniowymi. Zu ma zakaz spożywania glutenu, cukru oraz nabiału właśnie. Wszystkie te rzeczy może jeść raz na jakiś czas, np. raz na tydzień lub raz na dwa tygodnie za zasadzie niewielkiego "cheat'u" , a  na co dzień- zero.  Idąc dalej tym tropem zaczęłam szukać książek oraz różnych publikacji na temat mleka i jego przetworów. Po przeczytaniu nie tylko polskich, ale również zagranicznych materiałów, doszłam do wniosku, że to jakiś obłęd; żyjemy w kulturze mleka krowiego, które nadaje się dla cieląt, nie dla ludzi. Uwierz mi, nie jestem wojującą przeciwniczką nabiału, bo sama nie wyobrażam sobie kawy bez  kapki mleka, ale w mojej głowie od kilku miesięcy zachodzi dość spora zmiana myślenia o mleku i nabiale jako takim. 

Kiedy byłam dzieckiem, ciągle mi powtarzano, żeby pić mleko. Na mocne kości, zęby, na zdrowie i szybki wzrost. Najlepiej do śniadania wychylić szklaneczkę i poprawić jeszcze jedną na dobry sen. Bardzo trudno jest mojemu pokoleniu, a i pewnie pokoleniu moich rodziców, zmienić myślenie o mleku. Wydaje mi się, że również naszym dzieciom przyjdzie ta zmiana przyjdzie z trudem, gdyż kampanie opłacane przez rząd i lobby mleczarskie dość mocno wbijają się w podświadomość Polaków. Chyba każdy zna hasło "pij mleko, będziesz wielki". W szkole Zu często rozdawane są kartoniki z mlekiem, na których gwiazdy swoimi śnieżnobiałymi uśmiechami zachęcają do picia. Bardzo trudno jest oprzeć się tej mlecznej propagandzie. Mało tego- mimo coraz większej ilości badań naukowych, które oficjalnie zrzucają ten biały napój z piedestału, i ogólnodostępnych informacji, nasz rząd nadal inwestuje pieniądze w mleczne kampanie. Dlaczego?


Najnowsze badania na temat mleka pokazują, że owszem, wpływa ono na nasz organizm i nasze zdrowie, ale nie w taki sposób, jak do tej pory myśleliśmy. Przeczytaj, jakie szokujące informacje znalazłam o mleku.




10 powodów, dla których powinnaś przestać pić mleko.



1. Mleko zawiera kwaśne białko zwierzęce oraz antybiotyki, które jedzą w paszach krowy, steroidy i hormony, których nadmierne spożycie może zwiększać zachorowalność na raka piersi, jajników i prostaty.


Naukowcy zaobserwowali, że pewne typy nowotworów występują tam, gdzie spożycie nabiału jest większe. Nasz układ hormonalny jest nadmiernie obciążany przez steroidy i hormony zawarte w mleku krowim; spożycie mleka obciąża przysadkę, tarczycę, korę mózgową, nadnercza, jajniki, jądra, co prowadzi do zaburzeń hormonalnych. Czy wiesz, że u WSZYSTKICH pacjentów z nowotworami, astmą i artretyzmem występuje niedoczynność kory nadnerczy, przysadki i tarczycy? Uważa się, że właśnie nierównowaga hormonalna prowadzi do rozwoju raka. Dr Daniel Cramer w swoich najnowszych badaniach (w 2018 roku) twierdzi, że za agresywny rak jajnika odpowiada przede wszystkim cukier- galaktoza, który powstaje w czasie rozpadu laktozy- laktoza to krótko mówiąc cukier występujący w mleku. Kobiety, który mają naturalnie niski poziom enzymu rozkładającego laktozę, znacznie częściej cierpią na raka jajnika.


2. Człowiek to JEDYNY gatunek, który pije mleko innego gatunki i to również wtedy, gdy jest już dorosły.


Z definicji mleko to "wydzielina gruczołu mlekowego samic ssaków pojawiająca się w okresie laktacji w celu wykarmienia potomstwa". Ilość protein w mleku krowin trzykrotnie przewyższa zapotrzebowanie człowieka. Mleko kobiece ma zupełnie inny skład niż mleko krowie, ponieważ przeznaczone jest dla ludzkiego potomka, którego mózg rozwija się w ekspresowym tempie, mleko krowie zaś przeznaczone jest dla cielaka, którego mózg jest dużo mniejszy w stosunku do dużego ciała. Poza tym w dzisiejszych czasach nie występuje coś takiego jak dojenie krowy. Kiedyś szło się pole z wiaderkiem i doiło się krowę, która niedawno urodziła cielaka. Dzisiaj krowy są zapładniane, cielaka po porodzie są im odbierane, a krowy podpinane pod elektryczne "laktatory" i boleśnie dojone. Przy tym faszerowane są hormonami po to, żeby dawały mleko przez całe życie, nie tylko w okresie karmienia cielaka.



3. Bogate w białko zwierzęce mleko zakwasza nasze pH, a tym samym wypłukuje wapń z kości. 


To jest największy mit naszych czasów, że trzeba pić dużo mleka, aby mieć zdrowe kości. Najlepszym dowodem na to jest fakt, że osteoporoza była kiedyś chorobą starszych kobiet, a pd niedawna chorują na nia nawet małe dzieci. Dlaczego? To właśnie mleko, deserki mleczne i inne smakołyki reklamowane jako odpowiednie dla dzieci są przyczyną osteoporozy wśród najmłodszych. Zbyt duża ilość białka w diecie powoduje, że organizm próbuje wydalić jego nadmiar. W procesie oczyszczania organizmu przez nerki wydalany jest też wapń. Jeśli chcesz, żeby Twoje dziecko miało zdrowe zęby i kości, nie dawaj mu pasteryzowanych produktów mlecznych. Najlepszą opcją są naturalne jogurty z jak najkrótszym składem, kefiry i maślanka. Weźmy pod lupę ilość złamań w Norwegii, gdzie pije się bardzo dużo mleka i ilość złamań w Chinach- w Norwegii kości łamią się trzy razu częściej! 


4. Śluzotwórczy nabiał jest pośrednią przyczyną anemii.


Co przechodzi do gŁowy przeciętnemu człowiekowi, kiedy słyszy, że ktoś ma anemię? Musisz jeść więcej wątróbki, mięsa! To mit. Mit, który od wielu, wielu lat powtarzany jest z ust do ust i który wrósł w naszą podświadomość tak mocno, że trudno go wykorzenić. Mleko i nabiał to najbardziej śluzotwórcze produkty spożywcze na tej planecie. Nasz organizm próbuje usunąć nadmiar tego śluzu np. poprzez katar. Tak więc katar, tak bardzo przez nas znienawidzony, jest właściwie dobrym objawem- to znaczy, że organizm próbuje poradzić sobie ze śluzem. Większość niewydalonego śluzu tworzy grubą warstwę, która odkłada się wewnątrz nas, upośledzając każdą komórkę. Wygłodzone, anemiczne komórki po pewnym czasie po prostu umierają.

5. Mleko jest wrogiem zdrowego serca.


Picie mleka zwiększa zachorowalność na choroby serca w tym miażdżycę i chorobę wieńcową. Związek pomiędzy chorobami serca a nadmiernym spożyciem nabiału został już bardzo dokładnie przebadany i udokumentowany. Homocysteina to niezwykle szkodliwa molekuła, która zapycha naczynia krwionośne. Blokuje ona żyły i tętnice, a także osłabia tkankę łączną. Przyczyną powstawania homocysteiny jest nadmierne spożycie kazeiny, a tę możesz znaleźć choćby w bardzo popularnym żółtym serze. Czy wiesz, że Europa obfituje w zgony spowodowane zawałami serca, a przy okazji to właśnie w Europie spożywa się najwięcej żółtego sera? Tymczasem w Chinach i Japonii, gdzie żółtego sera właściwie się nie jada, nie istnieje coś takiego jak choroba wieńcowa.


6. Picie mleka powoduje kamienie nerkowe.


Ogromne ilości soli mineralnych, w tym fosforu, sodu i wapnia to jedna z głównych przyczyn tworzenia się kamieni nerkowych. Jeśli mocz jest przesycony solami wapnia, to zaczynają się one wytrącać i łączyć ze sobą, tworząc kamienie. 90% kamieni nerkowych to kamienie pochodzenia wapniowego, czyli powstałe od nadmiaru nabiału w diecie.


7. Mleko zawiera laktozę, która nie jest tolerowana przez 90% ludzi.


Być może to właśnie nietolerancja laktozy odpowiada za Twoje problemy ze wzdęciami, zaparciami, biegunkami lub uczuciem ciągłego przelewania w jelitach. Jeśli ogromne prawdopodobieństwo, że znajdujesz się w owych 90% procentach ludzi, którzy nie trawią laktozy. Mleko krowie oprócz laktozy, czyli ciężko strawnego cukru mlecznego, zawiera około 25 różnych białek, co samo w sobie stanowi ogromne obciążenie dla ludzkiego systemu trawiennego. Znajdują się w nim dwa składniki- laktoza i kazeina, do strawienia których potrzebne są enzymy- laktaza i renina- ich stężenie maleje wraz z wiekiem w zasadzie z każdym rokiem od urodzenia. Wlewając w siebie ciężkostrawny płyn, naładowany białkiem i mlecznym cukrem, nie posiadając odpowiednich enzymów do jego strawienia, wydajemy wyrok śmierci na nasze jelita.


8. "Mleczna terapia" u wrzodowców to błąd! Nabiał nasila objawy choroby wrzodowej.


Niektórzy lekarze nadal stosują mleczną terapię u osób z wrzodami żołądka, ale najnowsze badania wykazały, że jest to ogromny błąd, gdyż nabiał nasila objawy choroby wrzodowej. Picie mleka przynosi natychmiastową ulgę na początku choroby wrzodowej, jednak z czasem pojawia się nadkwasota, nieżyt żołądka, a wrzody rozrastają się, prowadząc m.in. do refluksu. Bardzo łatwo można pozbyć się wrzodów w ciągu zaledwie kilku tygodni rezygnując ze spożywania nabiału, za to wzbogacając dietę w produkty zasadotwórcze. 


9. Picie mleka szkodzi osobom chorym na hashimoto i niedoczynność tarczycy. Jest niewskazane również przy chorobie Gravesa- Basedowa.


Tarczyca jest niesamowicie ważnym narządem, z czego większość ludzi chyba nie zdaje sobie sprawy. Choroby tarczycy są w dzisiejszych czasach tak masowe, że zaczęto je bagatelizować i traktować jak katar. Ok, mam za wysoki poziom tsh, więc będę codziennie łykała pigułkę i wszystko będzie ok. Błąd. Chora tarczyca = chory organizm. Chora tarczyca = zaburzony metabolizm, ciągłe uczucie zimna, zmęczenie, zły nastrój, skaczące tętno i wiele innych. Choroby autoimmunologiczne to takie choroby, w których organizm atakuje sam siebie. Wiele medycznych autorytetów uważa, że nabiał odpowiada w dużej mierze odpowiada za choroby hormonozależne, gdyż w mleku znajduje się bardzo dużo hormonów i antybiotyków, które nie są niszczone w procesie pasteryzacji, przez co ciągle stymulują ludzki układ hormonalny.


10. Mleko XXI wieku nie jest już tym samym mlekiem, które było pite przez nasze babcie.


Czy wiesz, że pasteryzację przeżywają 4 niebezpieczne bakterie- paciorkowce, pałeczki Welcha, bakterie gruźlicy i duru brzusznego? Nie wierzysz? Myślisz sobie, że wypisuję bzdury? Zrób prosty test. Postaw pasteryzowane mleko na kilka dni w kuchni, gdzieś w ciepłym miejscu. Gwarantuję, że po kilku dniach zacznie śmierdzieć. Przy czym świeże mleko, takie prosto od krowy, pięknie się zsiądzie i da się kroić nożem.



No dobrze. W takim co z wapniem i witaminą D? 

Za każdym razem, kiedy wspominam o szkodliwości mleka, pada pytanie, skąd czerpać wapń i witaminę D. Wciąż pokutują mity, że tylko i wyłącznie nabiał jest ich najlepszym źródłem. Zacznijmy może od tego, że tak, wapń i witamina D są bardzo potrzebne człowiekowi do prawidłowego rozwoju i tego nie zamierzam negować. Mimo wszystko mleko nie jest najlepszym pomysłem, bo poza wapniem, dostarczy Ci całej masy szkodliwych substancji, a wapń tak czy inaczej zostanie wydalony przez nerki, wypłukując przy okazji jego resztki z kości. Błędne koło. Człowiek potrzebuje około 700-1000 miligramów wapnia dziennie, przy czym w szklance chudego mleka znajduje się go zaledwie 280 miligramów.



Znacznie więcej łatwo przyswajalnego wapnia znajdziesz tutaj:

- 30 gr sezamków -> 300 miligramów

- 1 szklanka ugotowanej białej fasoli -> 200 miligramów

- 1 szklanka soku z pomarańczy -> 300 miligramów

- 1 szklanka kapusty -> 270 miligramów

- 1 szklanka szpinaku -> 250 miligramów

- 1 szklanka wodorostów (spirulina, chlorella, glony nori) -> 150 miligramów

- 1 szklanka suszonych fig -> 250 miligramów

- 1 szklanka jarmużu -> 120 miligramów

- 1 szklanka brokułów -> 100 miligramów

- 1 szklanka migdałów -> 120 miligramów



Czy nadal sądzisz, że jedynie mleko krowie dostarczy Ci odpowiedniej ilości wapnia?

Jeśli chodzi o witaminę D, to zasługuje ona na cały osobny artykuł, bo jest zdecydowanie królowa witamin, a nad jej działaniem antynowotworowym ciągle trwają intensywne badania. Dzienna dawka witaminy D powinna wynosić ok. 800- 1200 mg. Oczywiście najlepszym jej źródłem jest.... słońce. W naszej szerokości geograficznej trudno o odpowiednie nasłonecznienie przez cały rok, więc konieczne jest suplementowanie. Moje dzieci przyjmują witaminę D od września do kwietnia. Tutaj niezmienne polecam Estrovitę, która u nas jest niezastąpiona. Obalam kolejny mit- aby przyswoić z mleka idealną dawkę witaminy D musiałabyś wypić pięć szklanek dziennie....




Jak wygląda spożycie mleka i nabiału w mojej rodzinie?

Zu siłą rzeczy ma nabiał, gluten i cukier bardzo ograniczone- zalecenie lekarskie. Zjada te rzeczy raz na jakiś czas, na co dzień pije mleko roślinne, chleb z mąki bezglutenowej, a słodycze ma zastąpione suszonymi owocami i bezcukrowymi batonikami, np. takimi słodzonymi daktylami. Zu i jej choroba zapoczątkowały "mleczne zmiany" w naszej rodzinie. Zu zawsze uwielbiała mleko i jego przetwory (może dlatego ma takie problemy ze zdrowiem, jakie ma...), młodsza córka natomiast od samego początku nienawidzi mleka krowiego, z nabiału tolerując jedynie naturalne jogurty, z lubością pijąc mleko ryżowe oraz owsiane. Taki typ. Porównując dietę obu moich córek widzę, że starsza (przypomnę- jadła mięso, piła mleko i jadła wszelkiego jego przetwory przez prawie 10 lat) ma dużo większe problemy ze zdrowiem niż młodsza (3,5 roku, nie pije mleka, nie zna smaku danonków oraz innych kolorowych mlecznych deserków, ze słodyczy jada tylko czekoladę, mięso spożywa w ilościach śladowych, za to kocha awokado, hummus i kaszę jaglaną). Na co dzień staram się zamieniać mleko krowie na roślinne i z wielkim zdziwieniem stwierdzam, że budynie ugotowane na mleku owsianym nadal smakują przepysznie, za to sernik z nerkowców niewiele różni się od tradycyjnego.



Czym zastąpić mleko?




Mlekiem roślinnym. Nasze ulubione kupne mleka roślinne to owsiane i ryżowe- trzeba tylko czytać dokładnie skład, żeby nie kupić napoju, w którym znajdziesz cukier, konserwanty i inne cuda wianki. Pyszne mleko możesz również zrobić sama w domu, jeśli tylko posiadasz blender.



MOJE ULUBIONE MLEKO MIGDAŁOWE



1. Kubek migdałów namocz na noc w wodzie.

2. Rano wodę odleć, migdały dokładnie wypłucz, zalej dwiema szklankami przegotowanej i ostudzonej wody.

3. Dokładnie zblenduj.

4. Możesz dodać trochę brązowego cukru do smaku lub podgrzać mleko z laską wanilii.






Czy wiesz, że szklanka "domowego" mleka migdałowego pokrywa zapotrzebowanie na:

- 30% dziennego zapotrzebowania na wapń
- 10% dziennego zapotrzebowania na witaminę A
- 30% dziennego zapotrzebowania na witaminę D
- 50% dziennego zapotrzebowania na witaminę E


Na takim mleku możesz ugotować budyń i owsiankę, przygotować koktajl i krem do ciasta. Moje córki uwielbiają :)

...



Źródła:
1. Feskanich D, Willett WC, Colditz GA. Calcium, vitamin D, milk consumption, and hip fractures: a prospective study among postmenopausal women. Am J Clin Nutr. 2003;77:504–511.
2. Lanou AJ, Berkow SE, Barnard ND. Calcium, dairy products, and bone health in children and young adults: a reevaluation of the evidence. Pediatrics. 2005;115:736–743.
3. Holick MF, Garabedian M. Vitamin D: photobiology, metabolism, mechanism of action, and clinical applications. In: Favus MJ, ed. Primer on the Metabolic Bone Diseases and Disorders of Mineral Metabolism. 6th ed. Washington, DC: American Society for Bone and Mineral Research; 2006:129-137.
4. Holick M. The vitamin D epidemic and its health consequences. J Nutr. 2005;135:2739S–2748S.
5. Zhang R, Naughton D. Vitamin D in health and disease: current perspectives. Nutr J. 2010;9:65.
6. Bhandari SD, Schmidt RH, Rodrick GE. Hazards resulting from environmental, industrial, and agricultural contaminants. In: Schmidt RH, Rodrick GE, eds. Food Safety Handbook. Hoboken, N.J.: John Wiley & Sons, Inc.; 2005:291–321.
7. Baars AJ, Bakker MI, Baumann RA, et al. Dioxins, dioxin-like PCBs and nondioxin- like PCBs in foodstuffs: occurrence and dietary intake in the Netherlands. Toxicol Lett. 2004;151:51–61.
8. Fischer WJ, Schilter B, Tritscher AM, Stadler RH. Contaminants of milk and dairy products: contamination resulting from farm and dairy practices. In: Fuquay JW, ed. Encyclopedia of Dairy Sciences. 2nd ed. San Diego, CA: Academic Press; 2011:887–897.


To jakie mleko dodasz dziś do kawy? ;)


Zwolnij- lista 15 rzeczy, które pomagają mi wyhamować.

Zwolnij- lista 15 rzeczy, które pomagają mi wyhamować.

Żyjemy w ciągłym biegu, ścigając się z czasem, którego i tak wciąż mamy za mało. Niezależnie od tego, jak szybko gnamy przed siebie, ile jesteśmy w stanie zrobić w ciągu jednej doby, to i tak wciąż mamy poczucie, że tego czasu mamy niewystarczająco. Ah, gdyby tak doba mogła się wydłużyć, powtarzamy. Gdyby czas był z gumy, marzymy. Gdyby tak mieć wystarczająco dużo czasu na to wszystko, co chcemy zrobić, co musimy zrobić... i żeby go jeszcze zostało na zwyczajne, ludzkie nicnierobienie, nicniemusienie... Ah, byłoby cudnie... Pędzimy więc, ścigamy się z czasem, naiwnie wierząc, że im szybciej będziemy biec, tym więcej czasu zyskamy. 


Tymczasem pędząc tak przed siebie sprawiamy, że on umyka nam jeszcze bardziej. 

Przecieka nam przez palce niczym woda z kranu, którą próbujemy łapczywie zacisnąć w pięści. Czy komukolwiek udało się kiedyś zatrzymać w pięści wodę? No właśnie. Tak samo jest z czasem. Odkąd pamiętam nurtowało mnie jedno pytanie- jak to jest, że jeden człowiek wykorzystuje dobę na maksa, wychowuje dzieci, pracuje, zajmuje się swoim hobby, rozwija firmę? Jak to jest, że jeden człowiek osiąga sukces za sukcesem, przy czym drugi człowiek ledwo co wstanie, a już kładzie się spać i ma wrażenie, że w zasadzie niewiele tego dnia zrobił? Że ten dzień przeleciał jak błysk, jak mgnienie oka, a nie wydarzyło się w ciągu tych godzin nic, co jest warte zapamiętania? Przecież każdy z nas, jeden i drugi człowiek, dysponuje taką samą ilością godzin? Gdzie tkwi haczyk? W gospodarowaniu swoim czasem. Inaczej- w mądrym gospodarowaniu czasem. Nie, nie będzie to kolejny poradnikowo- motywacyjny tekst z cyklu jak osiągnąć sukces, jak wycisnąć dobę niczym cytrynę, jak zarządzać czasem... Nic z tych rzeczy. Dzisiaj chciałabym Ci przypomnieć, a w zasadzie uświadomić, że oprócz obowiązków i wiecznej codziennej gonitwy, życie dostarcza Ci również miliona powodów, aby się zatrzymać. Kiedy dotarło do mnie, że biegnę, gubiąc gdzieś po drodze esencję życia; kiedy pozwoliłam sobie na odpoczynek, zatrzymanie się w miejscu i rozejrzenie się dokoła, czas nagle się odnalazł. To jest jak wątek z filmu s-f- przestać gonić, aby to, co gonisz, samo do ciebie przyszło :) Wykańczająca gonitwa za dobrami materialnymi, za społecznym uznaniem, za ludzkim podziwem i pełnym kontem, za czasem, którego i tak zawsze jest za mało nie sprawi, że ten czas nagle się pojawi. To nie z ilości posiadanych rzeczy będziemy na końcu się cieszyć, a z ilości wspomnień, przeżyć i kolorów, jakie udało nam zapamiętać. Czy na końcu będę żałować, że za mało miałam, czy że za mało byłam- z dziećmi, mężem, z samą sobą, z ważnymi dla mnie ludźmi? I mówię to ja, ta, która właśnie siedzi w samym centrum remontowego pierdolnika, kombinująca skąd by tu wziąć kasę na nowe wymarzone drewniane podłogi i ceglany kominek do salonu...


Codziennie uczę się jak łapać balans pomiędzy być a mieć. 

Przywieram do teraźniejszości cała sobą, przypominając sobie wciąż i wciąż, że jedyne co mam, jedyne na co mam wpływ, to dzień dzisiejszy. Przeszłości już nie ma, przyszłości jeszcze nie ma, mam jedynie dzisiaj- prosta, niby oczywista prawda, a tak często gdzieś nam umyka. Mam tendencję do rozpamiętywania przeszłych zdarzeń, analizowania ich i zastanawiania się, czy dobrze postąpiłam, czy może powinnam postąpić inaczej. Często również wybiegam myślami w daleką przyszłość, planując ją, marząc o niej, podświadomie myśląc, że prawdziwe życie zacznie się dopiero wtedy, teraz tylko czekam. Jakie to głupie, prawda? Postępując w taki sposób, okradamy samych siebie z piękna dnia, który właśnie przeżywamy. Jak dobrze, że w odpowiednim momencie zaczęłam nad sobą pracować i takie zachowania zdarzają mi się coraz rzadziej. Jeśli masz z tym problem, obejrzyj film pt. "Czas na miłość" w reż. Richarda Curtisa. Główny bohater odziedziczył po swoim ojcu niezwykły dar- może cofać się w czasie, ale tylko do swojego życia i tylko do narodzin swojego dziecka. Dwie sceny z tego filmu zapadły mi głęboko w pamięć- moment, kiedy główny bohater podejmuje decyzję, że chce mieć kolejne dziecko, a to wiąże się z tym, że nie zobaczy już swojego ojca. Oraz zdanie, które zmarły ojciec wypowiada na koniec- żyj tak, aby ten dzień, niezależnie od tego, jaki by nie był, był tym dniem, do którego będziesz chciał się cofnąć. Bardzo często powtarzam sobie właśnie te słowa. Dzisiaj powtórzyłam je sobie co najmniej 20 razy... działa, to naprawdę działa. Kiedyś, za 20-30 lat, będziesz chciała cofnąć się właśnie do tego dnia, z tymi rozkrzyczanymi dziećmi, bałaganem w domu i wiecznymi zaległościami w pracy.


Dzisiaj jest kolejny dzień, w którym uczę się nie odkładać życia na później. 

Jakże bezsensowne jest takie myślenie, że zacznę żyć na wiosnę/na urlopie/ jak schudnę... Z jak wielu chwil okradam przez to samą siebie. A ja chcę żyć tu i teraz. Chcę zauważać drobne gesty mojej rodziny, słyszeć poranny śpiew ptaków, czuć zapach ciasta z truskawkami, lasu i świeżej pościeli. Takie drobne rzeczy, krótkie zwyczajne chwile tworzą szczęśliwe, pełne życie. To jest jak trening szczęśliwego życia- wyłapywanie piękna w zwykłych momentach, ustawianie priorytetów we właściwych miejscach. Stworzyłam sobie listę rzeczy, które sprawiają, że zatrzymuję się w tym pędzie, wtapiam się w teraźniejszość i doceniam chwile. Wszystkie te rzeczy pozytywnie wpływają na moje ciało, duszę i umysł, a wiadomo, że te trzy strefy przenikają się wzajemnie i że jedno bez drugiego nie może dobrze działać. Moja lista jest bardzo subiektywna, ale jestem pewna, że znajdziesz tutaj coś dla siebie, coś, co zainspiruje Cię do zatrzymania się choć na chwilę.





Lista 15 rzeczy, które pomagają mi wyhamować.




1. Czytanie.

To prawda, że człowiek żyje tyle razy, ile książek przeczytał. Bardzo długo książki były dla mnie na szczycie przyjemności, daleko przed filami i muzyką. W zasadzie dopiero niedawno odkrywam przyjemność z oglądania filmów i słuchania muzyki, o czym przeczytasz w kolejnych punktach. Każda książka to dla mnie nowa przygoda, całkowite oderwanie się od rzeczywistości i stopienie z losami bohaterów. Totalny reset. Uwielbiam.


2. Domowe kino.

Wieczór, dzieci w swoich łóżeczkach, film, mąż obok i ciepły koc- jedna z najlepszych opcji na relaks. Jeśli dostanę do tego lampkę wina oraz domowy popcorn będę wniebowzięta, ale sok z selera też może być ;) Marzy mi się letnie kino w ogrodzie, mam już miejsce, teraz tylko trzeba ogarnąć wyświetlacz, wielkie poduchy i... całą resztę, o której nie mam pojęcia, ale na pewno ogarnę ;) Mam nadzieję, że ten plan zostanie zrealizowany już w to lato.


3. Muzyka.

Nie mam ulubionego artysty, zespołu ani nawet stylu muzycznego. Podobają mi się raczej pojedyncze piosenki, a nie całościowa twórczość jednego artysty. Czasami wpadnie mi w ucho piosenka metalowa, innym razem soulowa, a jeszcze innym męczę r'n'b. Mam takie wieczory, że nakładam słuchawki na uszy i potrafię odlecieć na godzinę lub dwie.  Nie ma mnie wtedy dla nikogo i dla niczego.


4. Domowe SPA.

Odkąd odkryłam świat naturalnych kosmetyków, wieczorna pielęgnacja stała się dla mnie cudownym rytuałem. Już nie zmywam w pośpiechu makijażu byle jakim płynem micelarnym, nie ciapię kremu na twarz byle szybko, byle iść już spać, tylko naprawdę dbam o siebie, swoje ciało i twarz. Mam dla siebie 15-30 minut i w tym czasie wykonuję szczotkowanie ciała szczotką z naturalnego włosia, zmywam makijaż olejami, robię peeling (ten fantastyczny naturalny peeling, o którym pisałam w styczniowych ulubieńcach), nakładam olej, masło lub serum- w zależności od tego, na co mam ochotę. Jeśli mam więcej czasu i siły, nakładam na włosy olej rycynowy lub kokosowy, zawijam ciepłym ręcznikiem  tak sobie chodzę przez pół godzinki.


5. Świece.

Te z wosku sojowego lub pszczelego, wzbogacone olejkami eterycznymi i suszonymi kwiatami to nie tylko uczta dla oka, ale relaks dla ciała i umysłu. Odpowiednio dobrany zapach świecy potrafi pobudzić, wyciszyć, zrelaksować, uśpić... Płomień świecy działa terapeutycznie na skołatane nerwy, a palenie świecy w konkretnych intencjach pomaga w rozwiązywaniu problemów- gorąco w to wierzę.


6. Medytacja.

To jest temat, z którym miałam problem. Zawsze wydawało mi się, że to zupełnie nie dla mnie tak siedzieć bez ruchu, z zamkniętymi oczami i myśleć o niczym. Dla mnie, osoby ruchliwej, którą ciągle gdzieś "nosi", wydawało się to udręką. Mimo wszystko szukałam sposobu, który pomógłby mi rozładować stres i napięcie po całym dniu. Niespodziewanie odkryłam, że modlitwa jest piękną formą medytacji, niekoniecznie ta modlitwa bezmyślnie "klepana" formułkami, które zostały nam wbite do głów, kiedy byliśmy dziećmi, ale modlitwa płynąca prosto z serca. Jeszcze nie dotarłam do momentu, kiedy medytuję w ciszy i bezruchu, ale dążę do tego.


7. Oddychanie.

Myślisz sobie, phi oddychanie, każdy przecież to potrafi! Ja też tak myślałam. Zupełnie nie przejmowałam się, że często wzdycham i łapię powietrze jak ryba wyrzucona na brzeg. Myślałam, że to jest ok. Bardzo się zdenerwowałam, kiedy kilka lat temu pewna osoba zwróciła mi uwagę, że zupełnie nie umiem oddychać i dlatego jestem ciągle zmęczona. Jak to nie potrafię oddychać?? Mimo wszystko ziarenko zostało zasiane i od tamtej chwili zaczęłam pracę ze świadomym oddechem. Dzisiaj oddycham całą sobą, oddech kierując do brzucha, nie do klatki piersiowej. Wiem, jak oddychać w sytuacji stresowej, jak pomóc sobie oddechem po nieprzespanej nocy. Oddech ma moc i warto o tym mówić głośno.


8. Joga.

Dynamiczna wersja jogi, czyli power joga to coś, co uwielbiam. Klasyczna, statyczna joga zupełnie mi nie wychodzi, wiercę się zniecierpliwiona już po minucie, ale power joga to jest to. Szybko zmieniające się pozycje, niektóre bardzo wymagające, rozciąganie, ciągłe przesuwanie granic swojego ciała, a do tego intensywne spalanie kalorii i wyrzut endorfin, który utrzymuje się jeszcze długo po zakończonej praktyce.


9. Spacery i nordic walking.

Pomyśleć, że jeszcze kilka lat temu nordic walking kojarzył mi się tylko ze starszymi paniami! Od zeszłego roku sama maszeruję z kijkami żałując, że zaczęłam tak późno. To niesamowicie przyjemna forma aktywności fizycznej. Wydaje się być lekka i mało wymagająca, ale potrafi dać w kość. Ja często miewam zakwasy w.... plecach i ramionach, więc jak widać nie tylko nogi tutaj pracują. Lubię również spacery bez kijków, bez siebie, przez pola i pobliski las. Często z aparatem w dłoni. Ile ja spotykam sarenek, wiewiórek i zajączków podczas tych moich marszów! Spaceruję o każdej porze roku, przy każdej pogodzie w myśl zasady, że nie ma złej pogody, jest tylko zły ubiór. Maszerowałam nawet w drugi dzień świąt Bożego Narodzenia, przez puste ulice i ścieżki, śpiewając na środku pola Bóg się rodzi, czym wprawiłam z niemałe osłupienie pasące się niedaleko stado młodych sarenek ;)


10. Fotografia.

To coś, co nie tylko jest moim zawodem, ale też wielką pasją. Łapanie chwil w kadry, zatrzymywanie momentów, uczuć, kolorów... Lubię wyjść z domu sama, z aparatem szyi, i szukać cudów pozornie zupełnie niedostrzegalnych. Polecam, zwłaszcza jeśli masz problem z codzienną uważnością, to jest świetne ćwiczenie! Nawet nie zdajesz sobie sprawy, jakie piękne zdjęcia zrobisz, kiedy zaczniesz patrzeć- tak naprawdę patrzeć i widzieć.

Już niedługo na blogu pojawi się wpis, który powstaje we współpracy z marką Panasonic. Do wygrania będzie fantastyczny aparat fotograficzny, so stay tuned :)


11. Porządki.

Porządki mnie relaksują. Kiedy szykują się jakieś zmiany w moim życiu- sprzątam. Ale nie że poodkurzam i pomyję naczynia, nie, nie! Ja wywracam dom na drugą stronę, zaglądam w każdy kąt, do każdej szuflady. Biorę do ręki każdą rzecz i pytam sama siebie, czy jej naprawdę potrzebuję. Przestawiam meble, piorę dywany, oddaję połowę swoich ciuchów, wymieniam ręczniki i naczynia... Moje porządki to nie tylko porządki dookoła mnie, ale przede wszystkim we mnie.


12. Bycie tu i teraz.

Banalne, ale często mam z tym problem. Myślę o przeszłości lub wybiegam myślami w przyszłość, zapominając, że prawdziwe życie toczy się w tej właśnie chwili. Staram się dostrzegać piękno chwili i z uwagą przeżywać każdy dzień. Nie chcę, żeby życie przeleciało mi na tkwienie w przeszłości lub wiecznym planowaniu przyszłości.


13. Zdrowe jedzenie.

Widzę ogromny związek pomiędzy tym co, a jak się czuję. Nie znoszę chipsów ani fast foodów, ale słodycze kocham wielką miłością i muszę walczyć z tym uzależnieniem. W moim przypadku najlepiej jest w ogóle nie jeść słodyczy, bo rzadko kiedy potrafię poprzestać na jednym kawałku ciasta czy jednym pasku czekolady. Poza tym po cukrze źle się czuję, jestem zmęczona i rozdrażniona. Dlatego staram się piec domowe ciasta, np. fasolowe lub bananowe, robić desery z mleka kokosowego czy budyń jaglany. Moja chęć na słodycze jest zaspokojona, a samopoczucie świetne.


14. Planszówki.

Zanim pojawiły się dzieci mój dom był centrum planszowych rozgrywek ;) Później, kiedy pojawiła się Zu, zapomniałam o mojej miłości do planszówek. Od niedawna wracamy do rodzinnego grania w Monopol oraz inne wciągające gry, z tym że teraz dołączył czwarty gracz- Mimi :) Planszówki to fajna alternatywa dla wszechobecnych gier komputerowych oraz konsol.


15. Ogródek.

Na razie jest tylko kilka owocowych krzaczków i miejsce, które przypomina gęstą plątaninę chaszczy, a które kiedyś będzie moim warzywnikiem. Grzebanie w ziemi relaksuje mnie jak mało co, mogę pielić, siać, sadzić i przycinać bez końca. Kontakt z naturą wycisza, daje potrzebny dystans i nadaje rzeczom ich właściwy porządek. Mój ogródek w większości istnieje tylko w mojej głowie, ale plany już są!




Mam nadzieję, że choć w niewielkiej części zainspirowałam Cię do tego, abyś zatrzymała się na chwilę i zaczęła żyć tu i teraz- bo Twoje tu i teraz jest jedynym, co w tej chwili masz. :)

Jestem empatą. Sprawdź, czy Ty też nim jesteś.

Jestem empatą. Sprawdź, czy Ty też nim jesteś.

Nawet, jeżeli nie wiesz, kim jest empata. Nawet, jeżeli trafiłaś tu zupełnym przypadkiem. Nawet, jeżeli uważasz, że ten tekst z całą pewnością nie jest dla Ciebie. Nawet wtedy przeczytaj go uważnie do samego końca, bo wielu ludzi nie zdaje sobie sprawy, kim są. 

Nie zdają sobie sprawy, jakie są przyczyny ich zmiennych nastrojów, problemów z bezsennością, z bólami głowy czy depresją. Niektórzy uważają, że "tak po prostu mają", że są wrażliwsi niż inni, mniej odporni psychicznie, podatni na krytykę, nie potrafią się obronić. Wydaje im się, że te wszystkie rzeczy wynikają z ich cech charakteru i tak już musi być. Jeżeli kiedykolwiek zastanawiałaś się, dlaczego ludzie traktują Ciebie jak konfesjonał, zwierzają Ci się bez specjalnej zachęty z Twojej strony, bez skrępowania otwierają się przed Tobą i opowiadają o swoim życiu; jeżeli zdarza Ci się "zarazić" cudzymi emocjami i przejąć czyjś smutek lub złość, a potem długo nosić je w sobie niczym zbędny ciężar; jeżeli masz doskonale rozwiniętą intuicję, tak zwany szósty zmysł, i zazwyczaj Twój pierwszy osąd co do nowo poznanej osoby jest właściwy, mimo że całe otoczenie próbuje Ci wmówić, że się mylisz; jeżeli masz piękny, intensywny kontakt ze zwierzętami; jeżeli przytłacza Cię nadmiar negatywnych informacji w mediach; jeżeli bez problemu umiesz wczuć się w sytuację drugiego człowieka i wyobrazić sobie, co on czuje w konkretnej sytuacji; jeżeli często czujesz się zmęczona, mimo że dobrze sypiasz, nie przemęczasz się i dbasz o sobie, to koniecznie rozważ czy nie jesteś empatą, nawet jeśli to słowo znasz tylko z filmów science- fiction.




Jestem empatką. Mówię tak o sobie od niedawna, w zasadzie dopiero od kilku miesięcy. Od momentu, kiedy pewna zaprzyjaźniona naturopatka zapytała mnie, jak sobie radzę z moim darem. 

Darem? Jakim darem?- pomyślałam. Tak, jestem nadwrażliwa, emocjonalna, mam mocno rozwiniętą intuicję, bezbłędnie "czytam" ludzi i zazwyczaj wiem, patrząc na ich twarz lub przebywając z nimi dłużej, jakimi ludźmi są, jakie są ich wady, zalety... ale dar? Nigdy nie traktowałam tego w kategorii daru, raczej myślałam, że taka już jestem, urodziłam się wrażliwcem, który musiał dostać kilka razy mocno po tyłku, żeby stwardniała mu skóra na tyle, aby normalnie funkcjonować wśród ludzi. Czasami wręcz pełna złości myślałam, że to raczej klątwa niż dar, bo chłonąc ludzkie emocje niczym gąbka, trudno odnaleźć w sobie swoje własne emocje. To nie jest łatwe. Często trudno jest poradzić sobie z własnymi emocjami, a co dopiero dźwigać do tego jeszcze te cudze. Do tego doskonale zdaję sobie sprawę z tego, że mam tendencję do uzależnień; nigdy nie byłam od niczego uzależniona, zawsze na szczęście potrafiłam powiedzieć w odpowiednim momencie stop, ale wiem, że pięknie wpadłabym w jakiekolwiek uzależnienie, tłumiące emocje. Dlatego właśnie nie piję alkoholu, nie palę, jem zdrowo i praktykuję jogę. Muszę prowadzić higieniczny tryb życia, bo inaczej szukałabym wytłumiaczy emocji. Dopiero po 35-ciu latach życia z darem empatii, przekonana, że jestem osobą zwyczajnie wrażliwą, dowiedziałam się, że to coś dużo więcej niż tylko wrażliwość. I tak naprawdę dopiero wtedy, kiedy nazwałam to, kim jestem i jaka jestem, zaczęła się prawdziwa praca nad własnymi (i nie tylko własnymi) emocjami. Widzę u Zu wiele moich cech, chociaż nie w tak dużym natężeniu, ale jednak. Właśnie dlatego nosi na nadgarstku bransoletkę z czarny turmalinem. Turmalin to taki kamień, który działa jak tarcza ochronna na negatywne energie. Jeszcze o tym napiszę szerzej.


W Polsce nie mówi się jeszcze zbyt dużo na temat empatów. Mnie bardzo długo empata kojarzył się z postacią fajtłapowatego ducha z serialu "Czarodziejki" z lat 90. ;) 

Kto oglądał, ten wie :) Wtedy nawet przez ułamek sekundy nie sądziłam, że kiedyś sama zostanę nazwana empatą. Na szczęście, w przeciwieństwie do postaci z serialu, nie straciłam zmysłów i nie siedzę przerażona w zamkniętym pokoju. Daleko mi do tej [przerysowanej postaci ;) Temat ludzi, którzy czują bardziej staje się coraz częściej podnoszonym tematem na świecie, mimo wszystko w Polsce ludzie, którzy szukają odpowiedzi "co ze mną jest nie tak" nie mają łatwej drogi. Być może wynika to z faktu, że empatia nadal uważana jest bardziej za przejaw frajerstwa niż dar, który można pozytywnie wykorzystać. Na porządku dziennymi są teksty w stylu " jeśli masz miękkie serce, musisz mieć twardą dupę" i tym podobne. Nie trudno się domyślać, że przyznanie się do bycia nadwrażliwcem jest trudne i, co tu dużo mówić, niemodne. W dzisiejszym świecie modne jest rozpychanie się łokciami, walka o swoje i niesienie sztandarów w pierwszym rzędzie z wrzaskiem na ustach. Jeśli powiesz głośno- jestem wrażliwa/y, wiem o czym myślisz, czuję cię... - możesz zostać nazwany w najlepszym wypadku mięczakiem. Kto tego chce? Nikt. Ja również. Z własnego doświadczenia mogę Ci powiedzieć, że bycie empatą nie ma nic wspólnego z byciem mięczakiem, frajerem czy innym ciamajdą. Wręcz przeciwnie, empaci muszą być silni, asertywni i pewni siebie, muszą jasno i stanowczo stawiać granice, bo inaczej zwariowaliby...


Kto to właściwie jest empata? Nie jest to ani temperament, ani osobowość, ani jeden z psychologicznych podziałów. 

Nazwa powstała od jako połączenie słów empathetic i telepath- oznacza kogoś, kto posiada niemal telepatyczną zdolność odczytywania cudzych myśli. Naukowcy udowodnili, że u empaty przepływa więcej krwi w mózgu właśnie w tych rejonach, które odpowiadają się odczuwanie emocji i empatii. Taka mała rzecz, a tak bardzo zmienia życie. Empata to osoba o wielkiej wrażliwości, znaczenie przekraczającej przeciętną ludzką wrażliwość, która potrafi pochylić się nie tylko nad człowiekiem, ale również nad zwierzęciem i światem przyrody. Dostrzega rzeczy niedostrzegalne dla przeciętnego człowieka, widzi świat głębiej, nie tylko ten namacalny. Często wyczuwa ludzkie emocje, bez problemu potrafi spojrzeń w głąb człowieka i odkryć co przeżywa. Niestety minusem jest wyłapywanie wszystkich emocji, nie tylko tych pozytywnych. Empata bierze na swoje barki ogromny ładunek emocjonalny, który bardzo go obciąża. Nie godzi się z bezmyślnym czynieniem zła, nie pociągają go okrutne filmy, horrory czy depresyjna muzyka. Jego zdolności stoją w niejakiej opozycji do współczesnego stylu życia. Bezrefleksyjne gromadzenie dóbr, bieg w wyścigu szczurów czy spędzenie życia na wspinaniu się po korporacyjnych szczeblach kariery zupełnie go nie interesuje- woli prowadzić spokojne, harmonijne życie, często blisko przyrody. Najlepiej czuje się wykonując wolne zawody, jest wolnymi strzelcem, np. pisarzami, fotografami, dziennikarzami, blogerami ;) 



Jeśli wydaje Ci się, że jesteś wrażliwsza niż inni, przeczytaj, jakie są najważniejsze cechy empaty. Ponad połowa pasujących do Ciebie cech może oznaczać, że i Ty masz ten dar.



1. Wyczuwasz emocje innych ludzi, zanim jeszcze Ci o nich powiedzą. Wiesz, w jakim są stanie emocjonalnym, nawet jeżeli ich mimika i zachowanie wskazuje na coś innego. 

2. Wiedza. Po prostu wiesz pewne rzeczy i żadne próby racjonalnego wyjaśnienia tego faktu nie mają racji bytu.

3. Muzyka to nieodłączna część Twojego życia. Możesz mieć trudności w słuchaniu jej i robieniu jednocześnie czegoś innego. Zatracasz się w niej i słuchasz, odpływając myślami daleko.

4. Przebywanie przez dłuższy czas w zatłoczonych miejscach może być dla Ciebie przytłaczające. Zewsząd atakujące Ciebie emocje i gwar działają obciążająco na empatę.

5. Czujesz pociąg do naturalnych metod leczenia, chętnie sięgasz po zioła, może nawet próbowałaś swoich sił w bioenergoterapii.

6. Po rozmowie z kimś, kto przeżywa trudny czas w życiu, nie potrafisz oddzielić swoich emocji od emocji tej osoby. Długo jesteś przybita, ciężko Ci na sercu i nie możesz zasnąć.

7. Możesz wydawać się nieśmiała lub wycofana. Czasami odsuwasz się od ludzi, żeby po prostu od nich odpocząć. 

8. Rzadko oglądasz Wiadomości w telewizji i czytasz gazety. Nadmiar negatywnych informacji Cię przytłacza. Z tego samego powodu nie lubisz brutalnych filmów oraz książek.

9. Nie lubisz bałaganu, zagraconych przestrzeni, masz pociąg do minimalizmu.

10. Wiesz, kiedy ktoś nie jest szczery. Wyczuwasz kłamstwo przez skórę. Wiesz też, kiedy ktoś mówi jedno, a myśli drugie.

11. Jesteś podatna na nałogi i uzależnienia. Alkoholem lub słodyczami pożeranymi w dużej ilości przykrywasz nadmiar emocji, które czujesz.

12. Często jesteś zmęczona, nawet jeśli jesteś wyspana i nie pracowałaś ciężko. To dlatego, bo przejmujesz emocje innych, co jest bardzo wyczerpujące.

13. Przenosisz emocje na ciało, czyli krótko mówiąc chorujesz w stresie. Masz katar, boli Cię gardło, głowa, masz gorączkę.

14. Nie umiesz ukryć, kiedy jesteś nieszczęśliwa. Emocje są wypisane na Twojej twarzy.

15. Czujesz energię jedzenia. Wielu empatów nie może jeść mięsa, bo źle się po nim czuje, zwłaszcza jeśli zwierzę przed śmiercią cierpiało.

16. Antyki i przedmioty z drugiej ręki to temat, na który empaci reagują dwojako- albo przeszkadza im energia poprzednich właścicieli, albo wręcz przeciwnie, lubią ją.

17. Jesteś uczulona na egoistów kłamców, zazdrośników, osoby fałszywe i oceniające, empaci nie znoszą takich zachowań.

18. Lubisz samotność i ciągle jej poszukujesz. Jak powietrza potrzebujesz kilka chwil w ciszy sam na sam ze sobą. Nawet będąc w udanym związku, musisz od czasu do czasu uciec.

19. Lubisz przygody, wolność i podróże. Empaci są wolnymi duchami, ciągle ich gna w świat.

20. Jesteś doskonałym słuchaczem, a ludzie często traktują Cię jak konfesjonał. Lubią Ci się zwierzać, proszę o rady, które praktycznie zawsze są celne i przydatne dla nich.

21. Masz skłonności do tycia, nawet bez nadmiernego przejadania się. Nie musisz mieć nadwagi, bo pilnujesz tego, co jesz, ale masz świadomość, że tyjesz od przysłowiowego "powietrza".

22. Jesteś głodna wiedzy, Lubisz się uczyć, dowiadywać nowych rzeczy. Jeśli interesuje Cię jakiś temat, drążysz go bez końca. Stawiasz pytania i szukasz na nie odpowiedzi. Nie zadowala Cię odrobina podstawowej wiedzy; lubisz być ekspertem w dziedzinie, która Cię pasjonuje,

23. Jesteś kreatywna i lubisz żyć na full, zwłaszcza na co dzień. Potrafisz zaczarować zwykły dzień, z pójścia z dziećmi do lasu robisz event, a wieczorne oglądanie filmu na kanapie z mężem zamieniasz w randkę wszech czasów. Doceniasz momenty i kolorujesz je.

24. Możesz mieć problemy z trawieniem i dolnym odcinkiem kręgosłupa. Środek brzucha to siedziba emocji. To właśnie tutaj empaci odczuwają nadchodzące emocje innych. Problemy z kręgosłupem na początku wydają się zupełnie nieuzasadnione, zwłaszcza jeśli nie wiesz, że jesteś empatą. Czujesz ból, ale żaden lekarz nie wie co Ci dolega.

25. Wyczuwasz energię miejsc. W domu cioci Ewy czujesz się fantastycznie i bezpiecznie, ale już w domu cioci Kasi jest Ci zimno, czujesz się zmęczona i chcesz szybko stamtąd wyjść.


Ile cech empaty znalazłaś u siebie?




Bycie empatą nie oznacza, że każdy posiada dokładnie ten sam zestaw cech. Ludzie są różni, mają różne charaktery i różne historie za sobą, więc wyszczególniono pięć empatycznych typów. Niektórzy reprezentują tylko jeden typ, inni łączą dwa lub trzy, a ci najbardziej hardcorowi biorą wszystko ;)



Pięć rodzajów empatii.



1. Empatia emocjonalna.


Jest to najbardziej powszechny typ empatii. Emocjonalny empata jest bardzo otwarty na ludzi, ale czuje się źle w towarzystwie tzw. wampirów energetycznych, narcyzów, egocentryków, zazdrośników, osób przemądrzałych i wiecznie narzekających. Wyczuwa emocje innych ludzi, bez problemu wczuwa się w ich położenie, jest doskonałym słuchaczem.

2. Empatia przyrodnicza.


Drugi z kolei pod względem częstotliwości występowania rodzaj empatii, Empata ma bardzo dobry kontakt ze zwierzętami, wyczuwa ich nastroje, często potrafi oswoić nawet najdziksze, najbardziej nieufne zwierzę. Zwierzęta go lubią, ufają mu, chcą przebywać w jego towarzystwie. Taki empata kocha przyrodę, lasy, łąki, jeziora. Najlepiej odpoczywa na łonie natury.

3. Empatia miejsc.


Empata wyczuwa energię miejsc, państw, miast, domów, ulic, starych ruin, ale również rzeczy z drugiej ręki. Jedni lubię tę starą energię, inni przed nią uciekają i nawet nie wchodzą do antykwariatów czy lumpeksów, bo nadmiar energii poprzednich właścicieli jest dla nich zbyt przytłaczający.

4. Empatia intelektualna.


Empata intelektualny jest wyjątkowo wrażliwy na wiedzę, książki, lubi się uczyć. Podczas zagłębiania się w świat nauki, zapomina o otoczeniu i skupia się na swoich odczuciach dotyczących całego procesu poznawczego. Dosłownie wtapia się w naukę,

5. Empatia medyczna.


Jest to najbardziej specyficzny rodzaj empatii i  jednocześnie najgłębszy, gdyż empata potrafi wyczuć nie tyle stan emocjonalny człowieka, ale jego stan zdrowotny. W ekstremalnych przypadkach empata przechwyca chorobę bliskiej osoby i sam zaczyna chorować.




Wbrew pozorom bycia empatą lub jedynie posiadanie kilku jego cech nie musi oznaczać problemów w życiu. Empatia to dar i tak należy o tym myśleć. Podstawą jest praca z emocjami własnymi oraz z emocjami cudzymi, które do empaty przychodzą. Bardzo ważna, jak nie najważniejsza w tym wszystkim, jest ochrona siebie i jasne stawianie granic. Jest to temat na zupełnie inny artykuł, który z całą pewnością za jakiś czas się tutaj pojawi :) 




....


Jeśli mój artykuł Ci się spodobał lub uważasz go za wartościowy materiał, proszę, puść go dalej w świat! Dziękuję :)
Wdech. Wydech. "Kobieta w związku z naturą" Anny Ras- Menet.

Wdech. Wydech. "Kobieta w związku z naturą" Anny Ras- Menet.

Wdech. Wydech. Wdech. Wydech. Od niedawna dopiero wiem, jak się to robi. Od niedawna dopiero oddycham całą sobą. Oddycham, a nie biorę krótkich, łapczywych westchnień jak ryba wyrzucona z wody. Oddech mnie ratuje. Oddech uspokaja myśli, spowalnia kołaczące się w piersi serce, ugruntowuje mnie w codzienności, żebym nie odleciała za daleko. Wdech. Głęboki aż do brzucha. Wydech. Do samego końca. Wdech. Zrzucam z siebie kołdrę. Siłą woli otrzepuję z powiek ostatnie okruchy snu. Wydech. Staję bosymi stopami na zimnych deskach. Powinnam założyć kapcie, ale nie wiem gdzie są. Wdech. Podbiegam szybko do okna, tam gdzie leży puchaty dywan, i otwieram je szeroko. Uderza mnie boleśnie w twarz lodowate lutowe powietrze. Poranki nadal są mroźne, chociaż w ciągu dnia coraz częściej pojawia się przyjemne słońce. Wydech. Słońce jeszcze nie wzeszło. Poranna zimowa szarość powoli wkrada się do pokoju. Wdech. Zamykam oczy. Zimno. Powoli się budzę. Wydech. Jestem dokładnie w tym miejscu, w jakim powinnam być. Wdech. Jestem dokładnie taka, jaka powinnam być. Ani lepsza, ani gorsza od innych. Wydech. Jedyne, co mam, to chwila obecna. Przeszłości już nie ma, przyszłość jeszcze nie nadeszła. Wdech. Teraźniejszość jest dobra. Mam wszystko, czego potrzebuję. A jeśli tego nie mam, to znajdę sposób, żeby to zdobyć. Wydech. Jest tak, jak powinno być. Wdech. Wypełniam się jasnym światłem. Od czubka głowy aż po koniuszki palców u stóp. Wydech. Wydycham smugę czarnego dymu. Złość, strach, niepewność, żal, zmęczenie, zazdrość. Niech idą ode mnie jak najdalej. Wdech. Najgłębszy, jaki potrafię zrobić. Zatrzymuję go w sobie. Niech świeci. Otwieram oczy. Nowe. Zaczyna się nowe. Otwieram się na nowe we mnie i dookoła mnie. Nadzieje, szanse i możliwości. Weszłam już na drogę i, chociaż nie widzę co jest dalej, nie mogę już się cofnąć. Nie wiem, dokąd mnie zaprowadzi, ale idę, krok za krokiem. Są takie drogi, z których już nie ma odwrotu. Wdech, wydech. Trust the process.




Ostatnie lata pokazały mi, że w życiu nie ma przypadków. Najbardziej przypadkowe spotkanie ma najmniej wspólnego z przypadkiem- dawno, dawno temu przeczytałam to zdanie w jakiejś babskiej gazecie, niestety zupełnie nie pamiętam w jakiej, i tak siedziało mi w głowie od tamtego czasu. Przez wiele lat zupełnie go nie rozumiałam. W zasadzie dopiero po urodzeniu Mimi, kiedy mój świat stanął na głowie, kiedy z wielu powodów zakwestionowałam moją kobiecość, drogę, którą do tej pory szłam, okazało się, że to prawda. Urodzenie dziecka, trudnego dziecka o czym pisałam już wcześniej, stało się punktem zwrotnym w moim życiu. Katalizatorem emocji, początkiem zadawania sobie pytań i szukania na nie odpowiedzi. Przeżyłam mocne osobiste doświadczenie, kurtyna opadła. W życiu naprawdę nie ma przypadków. Wszystko, co się w moim życiu działo i dzieje, było po coś, wydarzyło się, abym dotarła w konkretne miejsce, przerobiła swoje lekcje i odnalazła właściwą ścieżkę. Specjalnie piszę ścieżkę, bo od lat ciągnie mnie w stronę mało uczęszczanych ścieżek, chociaż próbowałam iść za tłumem tymi najpopularniejszymi, najszerszymi i najbardziej wydeptanymi autostradami. Kto nigdy tego nie uczynił, niech podniesie rękę w górę... Ostatnio na mojej ścieżynce pojawia się coraz więcej dobrych rzeczy. Przychodzą do mnie dobrzy ludzie, od których wiele się uczę, przychodzą dobre przedmioty, zapachy i książki. Jakby wszystko dookoła mnie uznało, że jestem gotowa i czas zacząć stawiać przede mną znaki. Jedną z tych dobrych książek, które niedawno do mnie przyszły, jest książka pt. "Kobieta w związku z naturą" Anny Ras- Menet. 



Autorka, spisując myśli w kolejnych tygodniach roku, zauważyła zachodzące w świecie natury zmiany, które inspirowały Ją do przyjrzenia się sobie jako kobiecie. Kolejny tydzień pełnego cyklu roku przeżywała uważnie, wyciągając z niego esencje. Wybierała myśli, skupiała się na odczuciach i ubierała je w słowa. W tej niewielkiej książeczce znajduje się tydzień z wewnętrznym dzieckiem, seksualnością, oddechem, świadomym odżywianiem i dbaniem o zdrowie. Jest miłość, śmierć i odpuszczanie. Jest magia, mistycyzm i wybaczanie. Książka została podzielona na miesiące, a miesiące na tygodnie. Po każdym pełnym miesiącu znajdziesz miejsce na własne notatki, przemyślenia i wnioski.



Ania z zawodu jest naturopatą dietetykiem, co już samo w sobie przyciągnęło mnie do tej książki. Pracuje z ciałem, pisze i tańczy. Zajmuje się promowaniem zdrowego, naturalnego stylu życia, wydobyciem bezgranicznej ludzkiej potencji. Prowadzi warsztaty pracy z ciałem, podczas których uwalniają się energie sił życiowych. Maluje obrazy słowami i robi to doskonale. Pomaga ludziom od duszy po ciało, by malowali swój najpiękniejszy obraz siebie. Ania to piękno samo w sobie, a każde Jej słowo zawarte w książce budzi piękno uśpione w każdej kobiecie. Współczesne czasy skutecznie zabijają w kobietach magię, wrażliwość i mistycyzm, które muszą zostać na nowo przebudzone, aby lśniły jasnym blaskiem. Ta książka to piękny przewodnik na drodze do odkrywania samej siebie. Nie, nie jest to żaden poradnik motywacyjny ani książka ze zdrowymi przepisami. Nie znajdziesz tutaj porad dla idealnej pani domu ani receptur na zrzucenie zbędnych kilogramów. Nie dowiesz się jak być wiecznie młodą, piękną i bogatą. Nie przeczytasz też o tym, jak zostać królową balu, własnego biznesu ani sypialni. Nic z tych rzeczy. 

"Szczęście to odrobiny. Zlizywanie życia opuszkami palców"

Tak mówi Ania i już wiem, że kupiła mnie tym zdaniem. Tak właśnie uważam. Tak właśnie od pewnego czasu żyję. Ta niewielka, pełna magii książeczka jest właśnie tym, czego w tym momencie mojego życia potrzebuję.



Łakniemy kontaktu z naturą, to nasz pierwotny, wrodzony instynkt. Tacy jesteśmy, potrzebujemy słońca, wiatru, deszczu, drzew. Zachwycamy się wschodami i zachodami słońca, inspiruje nas piękno krajobrazu, szum morza koi. Bardzo daleko odeszliśmy od naszych korzeni, wmawiając sobie, że środowiskiem naturalnym współczesnego człowieka jest beton, nieodłączny smartfon w dłoni i płaszcz z metką Gucci na ramionach. Coraz częściej czujemy się niepełni, jest nam smutno niby bez powodu, gonimy za sukcesami nie ciesząc się z nich w ogóle. W efekcie lądujemy w gabinecie psychologa, biegniemy do apteki po małe kolorowe pigułki, które mają zastąpić nam szczęście. Na prawdziwy, pełny kontakt ze źródłem nie mamy czasu, nie chce nam się, pozwoliliśmy sobie wmówić, że to nie dla nas. Wycinamy kolejne drzewa, zaśmiecamy rzeki, naturalną ciszę zastępujemy telewizorem odpalonym non stop. Smutny jawi się obraz człowieka nowoczesnego. Człowieka z XXI wieku. Tymczasem wszyscy, nie tylko kobiety, chociaż książka skierowana jest do kobiet, pozostajemy w związku z naturą. Ba, my jesteśmy naturą. Jesteśmy ogromną jej częścią i tylko totalna ignorancja i nieznajomość tematu pozwala ludziom sądzić inaczej. Jeśli świadomie odcinasz się od źródła, odcinasz się sama od siebie, od swoich emocji, uczuć, przeznaczenia. Natura to mądry nauczyciel, niesie ze sobą informacje i przekazy, jak zniwelować ból, jak zharmonizować nierównowagę w ciele fizycznym. Natura to bogactwo roślin, zwierząt, kamieni, miejsc mocy, lasów, gór, mórz i oceanów- to wszystko zostało stworzone dla naszego najlepszego dobra. 




Książka jest dla kobiet, które są gotowe wyruszyć na poszukiwanie siebie. Tego kim są, do czego wyrywają się ich serca, ale może wciąż nie mają odwagi, boją się, zastanawiają się co ludzie powiedzą.... Czują, że muszą iść wydeptaną szeroką drogą, bo tam idzie większość, gdy tymczasem one wolałyby podążyć tę wąską zarośniętą ścieżynką. Tylko odwagi brak i wiary w siebie. Ta książka jest dla kobiet, które w pędzie współczesnego świata zatraciły gdzieś swoją kobiecość, pozwoliły ją stłumić, zawstydzić, przyodziać w mentalne spodnie. Ani kobietom, ani mężczyznom niczego nie brakuje. To nasz wewnętrzny krytyk zmusza nas do takiego myślenia. Najwyższy czas go odłączyć. 






Książka do kupienia tutaj .


Sssanie oleju- sposób na totalną detoksykację, zdrowie i śnieżnobiałe zęby.

Sssanie oleju- sposób na totalną detoksykację, zdrowie i śnieżnobiałe zęby.

O płukaniu ust olejem czy też o ssaniu oleju pierwszy raz usłyszałam wiele lat tamu i wydało mi się to tak dziwnym, absurdalnym pomysłem, że nie zawracałam sobie zbytnio tym głowy. Kto to widział ssać olej? Fuj. 



Tę informację potraktowałam na zasadzie ciekawostki, "co też ludzie nie wymyślą"- machnęłam lekceważąco ręką i masowo łykałam kolejne gripexy i inne aspiryny na przeziębienie. Wtedy jeszcze święcie wierzyłam, że każdy katar i gorączka to zło, które trzeba jak najszybciej przegonić, a najlepiej zdusić w zarodku, jeszcze zanim się na dobre rozwinie. Nie rozumiałam istoty chorób, nie miałam pojęcia, że katar to w zasadzie dobre zjawisko, bo dzięki niemu wychodzi z ciała wszelka wilgoć. Nie pozwalałam sobie na gorączkowanie, które przecież stanowi pełną mobilizację organizmu do walki z chorobą, zbijając nawet lekki stan podgorączkowy. Byłam wege, ćwiczyłam, odżywiałam się zdrowo, ale miałam nikłe pojęcie o szkodliwości nadużywania leków i o przyczynach chorób. Tkwiłam w wirze pracy, wychowywałam samotnie małą Zu i ostatnie, na co miałam czas i ochotę, to leżenie w łóżku z gorączką i... ssanie oleju ;) Zależało mi na tym, żeby jak najszybciej wyzdrowieć, za wszelką cenę. Tak wtedy myślałam, teraz wiem, że to było błędne myślenie- bo jeżeli poświęcisz codziennie kilka chwila na zadbanie o siebie, jeżeli poświęcisz czas na zgłębienie zasad funkcjonowania organizmu, to nie będziesz musiała tracić czasu na chorobę. Bo tej choroby zwyczajnie nie będzie.


Metoda ssania oleju wróciła do mnie sześć lat temu, kiedy Zu zachorowała na niedoczynność tarczycy, a ja, kiedy chemiczne leki zawodziły, zaczęłam szukać alternatywnych metod leczenia. 

Jednak nie od razu postanowiłam wprowadzić tę praktykę w życie. Wracała do mnie jak bumerang, ale najpierw pojawiła się moja fascynacja Ajurwedą. Ajurweda to nie są żadne czary- mary ani zabobony, chociaż wiem, że wiele osób tak sądzi. Jest to starożytna wiedza, która została naukowo zbadana, a jej skuteczność jest potwierdzona wieloma badaniami akademickimi.  W Kanadzie uznawana jest za równorzędną z z medycyną klasyczną gałąź nauki. Współcześni ludzie, po wieloletnim zachłyśnięciu się antybiotykami, szczepionkami na absolutnie wszystko oraz chemicznymi lekami, powoli zaczynają zwracać się w stronę źródła, czyli natury. Ajurweda oznacza "wiedzę o życiu" i wywodzi się ze starej kultury wedyjskiej. Traktuje człowieka holistycznie, nie leczy poszczególnych organów, lecz cały organizm. 


Bardzo trafia do mnie ta filozofia, szukanie przyczyn chorób i leczenie ich, zamiast skupianie się tylko na objawach choroby. 

Przykład- ból głowy. Współczesny człowiek łyka tabletkę przeciwbólową i leci dalej. Ajurweda najpierw poszuka przyczyny bólu i usunie ją, korzystając z naturalnych metod. Wiele razy pisałam, że nie jestem przeciwna chemicznym lekom, ale najpierw ZAWSZE próbuję naturalnego leczenia, a przede wszystkim szukam przyczyny choroby. Właśnie dlatego tak bardzo zainteresowałam się Ajurwedą. Jakież było moje zdziwienie, kiedy w jednej z książek mistrza Ajurwedy Deepaka Chopry przeczytałam o płukaniu ust olejem kokosowym. Okazało się, że jest to praktyka znana od 5000 lat i że to nie jest żaden wymysł dzisiejszych czasów. Ajurweda zaleca płukanie ust olejem kokosowym, gdyż jest to jedna z najsilniejszych detoksykacji organizmu, a to właśnie w ustach, według tej filozofii, ma swój początek większość chorób narządów wewnętrznych. Tymczasem podczas standardowego szczotkowania ust usuwamy zaledwie 10% bakterii, przy czym płukanie oleju usuwa ich aż 60%. W naszych ustach żyje mnóstwo szkodliwych bakterii, drobnoustrojów czy pasożytów, które są odpowiedzialne nie tylko za rozwój próchnicy, ale również za choroby gardła, zatok, uszu, zapalenie stawów, łuszczycę i choroby serca. 


Już kilka tysięcy lat temu ajurwedyjscy lekarze odkryli, że płukanie ust olejem "wymiata" toksyny, wpływając na ogólny stan organizmu. W Ajurwedzie stosuje się olej kokosowy lub sezamowy, które mają właściwości oczyszczające, rozgrzewające, nawilżające i detoksykujące.


Jak płukać usta olejem i który olej wybrać?


Według mnie najlepiej sprawdza się olej kokosowy. Ma przyjemny smak, kremową konsystencję, właściwości antybakteryjne i silne działanie detoksykujące. Poza tym, co jest wyjątkiem wśród olei, wybiela zęby i zapobiega rozwojowi próchnicy. W połączeniu z żywokostem potrafi wręcz cofnąć próchnicę w początkowym stadium. Jednak olej kokosowy nie jest jedynym wyborem; możesz również użyć oleju sezamowego, słonecznikowego lub oliwę z oliwek. Ważne, żeby olej był dobrej jakości, najlepiej organiczny i pochodził z certyfikowanej uprawy. Płukanie ust olejową podróbą mija się z celem.

Rano, na czczo weź łyżeczkę oleju do ust i przez około 20 minut płucz nim zęby, dziąsła, gardło i migdałki, miejsca między zębami, pamiętając jednocześnie, żeby oleju nie połykać. To jest bardzo ważne, bo olej, którym płuczesz zęby, zawiera w sobie mnóstwo toksyn, których przecież chcesz się pozbyć. W tym czasie możesz robić inne czynności, nie wymagające mówienia, np. wziąć prysznic , nastawić wodę na herbatę czy przygotować dzieciom śniadanie. Po dwudziestu minutach wypluj olej, przepłucz usta wodą i dokładnie wyszoruj zęby i język. Postaraj się, aby w ustach nie zostały resztki oleju. 


Co dobrego daje płukanie ust olejem?


Oczyszczenie zatok, zdrowe gardło, gładka skóra, piękne włosy, wysoka odporność i totalna detoksykacja... ssanie oleju potrafi zdziałać cuda.


- lipidy zawarte w oleju wyciągają bakterie za zewnątrz, ale również zapobiegają przywieraniu zarazków do ścian jamy ustnej

- wzmacnia zęby i dziąsła, zapobiega próchnicy i krwawieniu dziąseł, przeciwdziała paradontozie

- pomaga w pozbyciu się nieprzyjemnego oddechu, działa jak drogeryjny płyn do płukania jamy ustnej, ale jest w pełni naturalny

- wybiela zęby (jeśli nie wierzysz, spójrz na Gwyneth Paltrow- ona od wielu lat płucze usta olejem i ma piękne białe zęby ;) )

- zapobiega suchości gardła, warg i jamy ustnej, leczy tzw. "zajady" w kącikach ust

- poprzez swoje właściwości nawilżające usuwa uporczywą chrypkę

- zmniejsza ból głowy lub wręcz usuwa go całkowicie (oczywiście nie po jednorazowym płukaniu, na efekty trzeba poczekać co najmniej kilka tygodni))

- leczy choroby i bóle zatok, również przewlekłe, odporne na atybiotyki nieżyty

- leczy anginę, choroby migdałków, uszu, ból gardła, ropnie migdałkowe

- skraca zapalenie oskrzeli i płuc

- wspomaga leczenie w zapaleniu stawów

- usuwa refluks, zgagę i niestrawność

- zwiększa energię, przeciwdziała depresji i spadkom nastroju

- oczyszcza z toksyn

- wspomaga równowagę hormonalną

- oczyszcza skórę, usuwa trądzik

- wzmacnia odporność


Co płukanie ust olejem dało mnie i Zu?


Po miesiącu płukania ust olejem kokosowym moje zęby stały się bielsze, dziąsła mocniejsze. Po kolejnym miesiącu skóra stała się gładsza, włosy bardziej błyszczące, paznokcie twardsze. Skończyły się moje problemy z poranną chrypką i suchością w gardle. Moja odporność jest znacznie większa, chociaż nie wiem na ile odpowiada za to olej kokosowy, a na ile cała reszta rzeczy, które robię, aby być zdrową. A co najważniejsze- moja co roczna styczniowa chandra nie daje mi się tak we znaki ;) Jestem ogromnie ciekawa jakie efekty będę miała po kolejnym miesiącu. Zu płucze usta olejem od miesiąca. Liczę na to, że pomoże jej to w walce w niedoczynnością tarczycy, Na chwile obecną widzę zdecydowaną poprawę w kondycji zatok- Zu miała problem z wiecznie zapchanym nosem- teraz jest o wiele, wiele lepiej.




Podsumowując- to działa! Nawet, jeżeli uważasz tę praktykę za dziwne czary mary, to chociaż spróbuj. Co Ci szkodzi? Ja u siebie zauważyłam spore zmiany, więc zamierzam kontynuować mój poranny rytuał. Napisz mi koniecznie co o tym sądzisz i czy kiedykolwiek próbowałaś płukania ust olejem?