Primo jest tylko jedno- krótkie poświąteczne podsumowania i wnioski na przyszłość.

Primo jest tylko jedno- krótkie poświąteczne podsumowania i wnioski na przyszłość.

Poświąteczne emocje opadają powoli, tak samo jak poświąteczne brzuchy. Po dwóch dniach przerwy otworzyłam dzisiaj laptopa i rozejrzałam się nieco po znajomych blogach. Sporo świątecznych podsumowań, jeszcze więcej świątecznych zdjęć, trochę gorzkich żali, że nie było tak, jak być miało, odrobina wzruszeń, śmiesznych rodzinnych historyjek, tyci tyci narzekania, że za dużo żurku i w biodra znowu pójdzie (jakby nie mogło chociaż raz pójść w cycki, no!). Fajnie się czyta, z uśmiechem i ciepełkiem na sercu, że tak rodzinnie, że Mister Zając trafił z prezentami, że pogoda dopisała, że odpoczęłaś nieco. Trochę smutniej się robi, kiedy trafiam na fragmenty, że zarobiłaś się jak głupia, nagotowałaś, napiekłaś, wszystkie okna wyszorowałaś i finalnie byłaś tak zmęczona, tak bardzo zmęczona, że świąt nawet nie zauważyłaś. I tutaj wchodzę ja cała na biało.. nie, to nie tak szło. I wtedy wchodzę ja z moimi przemyśleniami. Sporo ich mam w tym roku, chociaż zazwyczaj okres świąt wszelkiej maści i rodzaju zupełnie nie sprzyja u mnie wyciąganiu wniosków. Ot, jestem, trwam w błogości, zajadam i ani mi w głowie jakieś podsumowania czynić. Tym razem jednak.... tym razem wnioski i podsumowania przyszły do mnie same, być może na fali ostatnich zmian w moim życiu, spotęgowane jeszcze tym, że nie każda z nas jest ze świąt zadowolona. Bo wiesz, tak to jest, że jak na coś czekasz, szykujesz się na to, wkładasz w to forsę (dużo forsy, za dużo forsy...), serce i czas, to potem aż się prosi o bilanse i podsumowania. 



Do mnie przyszło co następuje. Zapisuję dla siebie na przyszłość, ale być może i Ty skorzystasz ;) 


Po pierwsze primo. Święta, czy to Wielkanoc, czy Boże Narodzenie, to nie kontrola sanepidu, na Boga! Już już miałam zapędy, żeby wypucować cały dom od piwnicy, poprzez dwa piętra, aż do strychu. Żeby wypucować te metry kwadratowe tak, że można być jeść jaja z majonezem z podłogi. Już już przebierałam nóżkami jak koń w boksie na chwilę przed startem, dzierżąc moją wierną towarzyszkę miotłę w jednej ręce, a starego druha mopa w drugiej. Kiedy nagle po kolejnym "pobaw się sama, mamusia teraz nie może, mamusia SPRZĄTA" wypowiedzianym do córki, przyszło otrzeźwienie. Przyszło i walnęło mnie z plaskacza raz z jednej, raz z drugiej strony. Chwila, chwila. Chwilunia. To na tym to wszystko polega? Dzieci mamy nie mają, bo mama sprząta? Naprawdę chcę, żeby okres przedświątecznych przygotowań zapamiętały jako ten, kiedy matka z rozwianym włosem i obłędem w oczach na mopie jeździła? Never! Wniosek? Olej to i idź z dziećmi poskakać na trampolinie. Gwarantuję, że Pan Jezus zmartwychwstanie nawet przy brudnych oknach. Jemu nie robi różnicy.

Po drugie primo. Czy zastanawiałaś się kiedyś co Twoje dzieci zapamiętają z dzieciństwa? Bo ja tak. Ostatnio myślałam o tym dość intensywnie. Efektem tegoż myślenia było ciepnięcie w kąt myjki do okien i wspólny wyjazd do lasu. Chciałabym, że dziewczyny wspominały kiedyś mamę, który biegała z nimi po lesie i nasłuchiwała z której strony dobiega dzięcioli stukot niż mamę, która wkurwiona jak sto norek wyrzucała z siebie bliżej niezidentyfikowane dźwięki pucując piąte okno tego dnia. Zamiast umytych okien, był las. Zamiast uprzątniętej piwnicy, było malowanie paznokci u stóp w ilości sztuk trzydzieści. Zamiast wytrzepanych dywanów, była maseczka w płachcie na twarzy (mojej, jakby się kto pytał) z wizerunkiem zmanierowanej foki. Nic to, że na odwrocie było napisane, ze to dla młodej cery. Moja 36-letnia młoda cera miała ochotę zostać foką chociaż na dwadzieścia minut ;) 



Po trzecie primo. Wiem, że domowe jedzenie jest najlepsze na świecie. Wiem, że nic nie może się równać z ciastem upieczonym we własnej kuchni, we własnym piekarniku. Wiem, że satysfakcja z własnoręcznie ugniecionego drożdżowego jest ogromna. Wiem. Jak to wszystko naprawdę wiem. Ale.. tej Wielkanocy doszłam do wniosku, że mazurek i tak zniknie w mgnieniu oka, nawet jeśli kajmak będzie kupny. Że w zasadzie w sklepie obok mają całkiem niezły wege pasztet z marchewki i cukinii. Że ta cytrynowa babka w kształcie baranka jest w zasadzie tak samo dobra jak ta robiona przeze mnie w domu (i że odrobina konserwantów raz na ruski rok nikomu jeszcze nie zaszkodziła). I że warto raz na jakiś czas kulinarnie odpuścić. Wyluzować. Powiedzieć sobie jasno, że to ile dań przygotowałaś własnoręcznie nie jest żadnym wyznacznikiem jak dobrą żoną, mamą, panią domu jesteś. Amen. Tak po prostu. Zamierzam ten proceder kontynuować, bo mi się spodobało.

Po czwarte primo. Z radością odkryłam, że nie muszę ubabrać się po łokcie, żeby ludzie byli najedzeni. Etap szykowania się jak na armagedon mam za sobą, zdecydowanie. Lodówka nie pękała w szwach, nikt nie pochorował się z przejedzenia, środki na zgagę i niestrawność spokojnie leżały w szafce nietknięte. I tak- wystarczą dwa ciasta, w tym jedno kupne, garść koślawych ciasteczek ozdobionych przez dwie nieletnie kuchareczki, dwie sałatki, pasztet i roladki dla Pana Męża, żeby brzuchy były pełne, a wszelkie kulinarne zachciewajki zaspokojone na jakiś czas. Jeśli dodać do tego jeszcze słodycze, które dziewczyny znalazły w paczkach od Mister Zająca, to spokojnie łakoci styknie jeszcze na dzisiaj do kawy. Kuchenna robota ograniczona do minimum, bez spiny i całej tej przedświątecznej, za przeproszeniem, sraczki. I ja jakby milsza dla otoczenia byłam...

Po piąte primo. Zapamiętać co następuje- nigdy, przenigdy nie wolno wieszać toreb z prezentami dla dzieci wśród innych toreb na wieszaku w piwnicy. Nigdy tego nie rób. Grozi wyrzuceniem do kosza na śmieci i wielką dramą... Prezenty zawsze kitramy w bezpiecznym miejscu, nieosiągalnym dla dzieci i ich wszędobylskiego wzroku.


Po szóste primo. Zawsze warto mieć gdzieś po szafkach, szafach i szufladach oraz innych tajemnych skrytkach zachomikowane jakieś awaryjne drobiazgi typu książki, naklejki, spineczki, gumki do włosów, kredki, jaja z niespodzianką, co by drama z punktu piątego była mniejsza. Kitranie tychże awaryjnych drobiazgów należy uprawiać cały rok, aby być przygotowanym na każdą ewentualność. Kitraj ile wlezie, dobrze Ci radzę. 

Po siódme primo. W gruncie rzeczy wokół nas jest sporo dobrych, życzliwych nam ludzi, niezależnie od tego co czasami mogłoby się wydawać. Z wielu, czasem zupełnie niespodziewanych, stron napłynęły zajączkowe drobiazgi dla dziewczyn, za co jestem ogromnie wdzięczna i doceniam.  Tu nie chodzi o wielkie prezenty; mały czekoladowy zajączek dany z dobrego serca z przesłaniem "jestem, pamiętam" znaczy bardzo, bardzo dużo. Zapamiętać- ludzie są dobrzy. (zazwyczaj)

Po ósme primo. Warto w piątkowe popołudnie biegać z wywieszonym jęzorem po mieście w poszukiwaniu idealnego koszyczka, żeby każda mała bździągwa miała swój własny. Radość tej młodszej- nie do przebicia. Warto pójść całą rodziną na święconkę i warto wstać o 4.30 rano, żeby we wielkanocny poranek zrobić sobie spacer ze starszą córką na rezurekcję. Już prawie zapomniałam jaka to piękna msza jest. Warto zadbać o to, żeby nie zapomnieć o co tutaj tak naprawdę chodzi, żeby Wielkanoc nie była tylko suto zastawionym stołem i koszyczkiem z prezentami.


Po dziewiąte primo. W tym roku po raz pierwszy dopadł mnie świąteczny flow. Opuściłam gardę, odwiązałam różowy, idealnie wyprasowany fartuszek i odwiesiłam go na kołku. Niech wisi. Najlepsze święta to święta bez spiny, tony żarcia i na totalnym luzie. Bez wydumanych oczekiwań, bez gotowych scenariuszy, bez wykrochmalonego obruska (chociaż jak ktoś lubi, chce i nie potrafi inaczej, to proszsz). Bez lakierek na córeczkowych nogach, bez białych rajstop i sukienek z falbankami, za to w dresach i z buzią umorusaną czekoladą. Całkowity świąteczny luz.

Po dziesiąte primo. Puszczanie wielkich tęczowych baniek w ogrodzie to całkiem niezły pomysł na spędzenie świątecznej niedzieli, mimo sąsiadów, którzy ciekawie zaglądali nam przez płot, zastanawiając się pewnie, skąd te dzikie piski. Tak samo jak poniedziałkowe wałęsanie się po domu w piżamie do południa- to też jest zasadniczo ok sprawa.

Po jedenaste primo. Zapomnij o idealnych pisankach, jeśli masz w domu czterolatkę z rozbuchanymi aspiracjami artystycznymi.

Po dwunaste primo. Tak. Wiem, że primo jest tylko jedno ;) 



Jak Tobie minęły święta? Było flow czy spina? ;) Mam nadzieję, że to pierwsze :)

15 super pomysłów na randkę z samą sobą :)

15 super pomysłów na randkę z samą sobą :)

Związek z samą sobą jest najważniejszym związkiem w Twoim życiu. Nigdy nie będzie ważniejszego, choćbyś związała się z najfajniejszym facetem na tej planecie, choćbyś urodziła najcudowniejsze dziecko, choćby w Twoim życiu aż roiło się od oddanych przyjaciół to... to i tak najważniejszą osobą dla Ciebie jesteś Ty sama. To ze sobą tworzysz nierozerwalny związek. To na siebie codziennie rano patrzysz w lustrze, to swój oddech słyszysz jako pierwszy, kiedy się budzisz. To Ty znasz samą sobie najlepiej. Wiesz jaka jesteś naprawdę. Wiesz czego się boisz, o czym marzysz, czego pragniesz i czego zdecydowanie nie akceptujesz. Spędzasz ze sobą dwadzieścia cztery godziny na dobę, siedem dni w tygodniu, więc o ten związek powinnaś zadbać w pierwszej kolejności. Dbanie o siebie jest podstawowym fundamentem każdej zdrowej relacji. Dbasz o męża, partnera, dziecko, więc kochasz. Okazujesz im miłość, oddanie, troskę. Poświęcasz im czas. Czy w taki sam sposób dbasz również o siebie? Czy w codziennym zabieganiu znajdujesz dla siebie chociaż pół godziny?  Czy zdajesz sobie sprawę, że każdy związek prędzej czy później umiera bez odpowiedniej dawki zainteresowania i czułości? Tak, również ten związek, który tworzysz sama ze sobą. 

Niezależnie od tego czy jesteś w związku czy też jesteś, jak to ładnie się ostatnio mówi, singielką, powinnaś poświęcić sobie codziennie odrobinę uwagi. Założyć sobie na twarz tę przysłowiową maskę tlenową, żeby mieć siłę na założenie jej dzieciom. To jest oczywiste jak amen w pacierzu. Jednak ja dzisiaj chciałabym Cię zachęcić do... zabierania samej siebie na randki! Tak, dobrze przeczytałaś. Na randki. Już Ci tłumaczę, o co chodzi. Otóż zacznę od tego, że nie żałuję żadnego związku, w którym na jakiś tam etapie mojego życia byłam. Każda relacja coś mi dała, czegoś nauczyła i nawet jeśli wyszłam z niej mocno poobijana, to z perspektywy czasu mogę powiedzieć, że każda była solidną szkołą od życia. Nie żałuję również tego czasu, jaki spędziłam sama ze sobą pomiędzy związkami. Piszę to, ponieważ znam sporo kobiet, które rozpaczliwie boją się być same i kończąc jeden związek, na siłę wskakują w kolejny. Czasami nawet robią to nie kończąc jeszcze porządnie poprzedniego. Przechodzą płynnie z jednej relacji z drugą, z obawy przed samotnym zasypianiem i kupowaniem pojedynczego biletu do kina. Zastanawiam się czy takie kobiety w ogóle znają same siebie. Czy wiedzą jakie naprawdę są, co lubią, jak chcą spędzać wolny czas. Czy nie jest przypadkiem tak, że przechodząc płynnie ze związku w związek, bez chwili oddechu na pobycie samej, gubią gdzieś po drodze siebie? Pewnie tak właśnie jest. Do odkrycia siebie potrzebna jest samotność. Nie poznasz siebie dobrze nie będą choć przez chwilą sama ze sobą. Ten mój czas pomiędzy związkami, kiedy byłam singielką, często specjalnie przeciągałam w czasie. Od zawsze lubiłam swoje towarzystwo i nadal tak jest, mimo trwania w stałym związku od lat dziesięciu. 

Znasz historię o dwóch połówkach tego samego jabłka, których największym celem jest się odnaleźć i stworzyć pełnię? Na pewno znasz. Każdy szuka swojej połówki, prawda? A ja się z tym nie zgadzam! Zwyczajnie tego nie kupuję. Nigdy specjalnie nie pociągała mnie myśl, że jestem połówką. Nigdy nie czułam się połówką, nawet będąc w związku nie chciałam nią być. Szukałam kogoś, kto tak jak ja jest kompletny i nie szuka we mnie swoich brakujących elementów. Tylko akceptując siebie, kochając siebie, znając swoje ułomności, wady i lęki, można stworzyć z druga osobą nową jakość, która  nie będzie hermetycznie pozamykaną symbiozą. Jestem pełnią taka jaka jestem i uważam, że każda z nas jest pełna i kompletna właśnie teraz, w tej chwili.  Być może jesteś teraz w szczęśliwym związku. Być może jesteś singielką. Być może sama wychowujesz dziecko. Być może... Niezależnie od tego, kto jest teraz obok Ciebie, zatroszcz się o samą siebie. Zabierz siebie na randkę.  Celebruj czas, który masz dla siebie. I najważniejsze w tym wszystkim- nie bój się samotności. Ona jest dobra. Podrzucam Ci dzisiaj 15 pomysłów na spędzenie czasu sama ze sobą, ale spokojnie możesz dorzucić do tej mojej listy swoje pomysły. Chętnie poznam Twoje propozycje :)




15 super pomysłów na randkę sama ze sobą.




1. Przygotuj się jak na randkę.


Nawet, jeżeli siedzisz sama w domu i nie masz w planach żadnego wielkiego wyjścia, ba! nie masz w planach wyjścia nawet po bułki do sklepu na rogu, to i tak ubierz się ładnie. Przecież siedzenie w domu we własnym towarzystwie nie musi oznaczać rozciągniętych dresów, tłustych nieuczesanych włosów i braku makijażu. Strój domowy może być i ładny, i wygodny. Stary dres wystarczy zastąpić  np. joggersami (bardziej miejsca wersja spodni dresowych), na górę narzucić ładny top, na ramiona bluzę i już jest dużo przyjemniej. Delikatny makijaż, pomalowane paznokcie i czyste włosy sprawią, że od razu poczujesz się lepiej sama ze sobą. Bądź ładna i zadbana sama dla siebie- staraj się nawet wtedy, kiedy nikt na Ciebie nie patrzy. Możesz również pójść o krok dalej i przygotować się jak na prawdziwą randkę- załóż sukienkę, szpilki, zrób mocniejszy makijaż. Właściwie dlaczego nie? :)



2. Porozmawiaj ze sobą.


Kiedyś miałam taki zwyczaj, że włączałam telewizor lub radio jak tylko zostawałam sama w domu. Nie, żeby coś obejrzeć lub posłuchać muzyki, ale żeby w tle brzmiał jakiś biały szum. Na szczęście już tego nie robię. Nie potrzebuję żadnych przeszkadzajek ani zagłuszaczy. Nie boję się rozmowy ze sobą, nie boję się tego, co mogę usłyszeć ani tego do czego mogę się dokopać. Wręcz lubię ze sobą od czasu do czasu szczerze pogadać. A Ty? Kiedy ostatni raz rozmawiałaś ze sobą? Kiedy zapytałaś siebie jakie są Twoje aktualne pragnienia i potrzeby? Jeśli od dawna tego nie robiłaś lub jeśli co gorsza nigdy tego nie robiłaś, zacznij już teraz. Wyłącz wszystkie przeszkadzacze (telewizor, radio, telefon itd.), usiądź w ciszy i weź kilka głębokich oddechów. Uśmiechnij się sama do siebie, a potem zadaj sobie kilka pytań-


* jak się teraz czujesz? 
*czego potrzebujesz? na co masz ochotę? 
* co Cię uwiera? 
* co Ci przeszkadza? 
* czego najchętniej byś się pozbyła ze swojego życia?

A potem szczerze odpowiedz sobie na te pytania. Jeśli do tej pory nie medytowałaś, to może być piękny wstęp do medytacji.



3. Zostań swoją najlepszą przyjaciółką.


To w zasadzie nie jest pomysł na randkę, ale na całe życie. Najlepsza przyjaciółka to osoba, która w Ciebie wierzy, która Ci ufa, szanuje Twoje poglądy i decyzje. To kobieta, dla której jesteś ważna, wartościowa i kompletna taka jaka jesteś. Nie próbuje Cię zmienić, nie ocenia, nie krytykuje przy każdym potknięciu. Możesz liczyć na nią w każdej chwili zarówno w tej dobrej, jak i złej. Zna Twoje mroczne sekrety, a mimo wszystko nie przestaje jej na Tobie zależeć. Wiele kobiet nigdy nie znajduje prawdziwej przyjaźni, mimo że marzą o niej przez całe życie. Ja również nie mam takiej kobiety bliskiej mojemu sercu, chociaż dobrych koleżanek mam bardzo dużo. Jedyną przyjaciółką, jaką mam, jestem ja sama. I Ty również masz najlepszą przyjaciółkę na świecie- siebie. Więc nie oceniaj siebie zbyt surowo, nie krytykuj, nie osądzaj. Nie wściekaj się na siebie, nie złorzecz sobie, nie wymyślaj od niezdar, grubasów (chudzielców), pechowców. Przytul siebie jak najlepszą przyjaciółkę.



4. Tańcz!


Czy po prostu zorganizuj sobie swoją prywatną dyskotekę. A co! Kto bogatemu zabroni! W moim domu hitem wszelkich imprez jest dyskotekowa żarówka made in Lidl za całe 5 zeta. Urodziny dziewczynek, domowy Sylwester czy po prostu wieczór, kiedy chcemy się pobawić nie mogą obejść się bez tej extra żarówki. Jedna mała żaróweczka, a radości co nie miara. Cały pokój tonie w kolorowych kropeczkach zupełnie jak na prawdziwej imprezie. Tylko dymu i laserów brak ;) Masz wolny wieczór i wolną chatę do tego? Nie jesteś typem imprezowicza albo wręcz przeciwnie- jesteś, ale nie masz ochoty akurat dzisiaj na te wszystkie szpileczki, sukieneczki, szmineczki? Wyciągaj dobrą muzę, gaś światło i tańcz! Nikt Ciebie nie widzi, nikt nie ocenia, więc możesz tańczyć aż zakręci Ci się w głowie. Lubię bardzo :)




5. Zabierz siebie do SPA w swojej własnej łazience.


To jest zdecydowanie jedna z najprzyjemniejszych form randkowania ze sobą ;) Przynajmniej dla mnie. Nic mnie tak nie relaksuje po ciężkim dniu, jak godzina w łazience. Jeśli myślisz, że klimat prawdziwego SPA jest nie do odtworzenia we własnej łazience, to jesteś w błędzie. Jeśli myślisz również, że na organizację takiego domowego SPA musisz wydać milion monet, to ponownie jesteś w błędzie. Jak ja to robię?

Najpierw przygotowuję sobie miejsce, czyli łazienkę. Gaszę światło, zapalam pachnące świeczki. Zaczynam od nałożenia oleju na włosy. Najczęściej jest to olej kokosowy wymieszany z rycynowym. Zawijam tłuste włosy ręcznikiem i zabieram się za szczotkowania całego ciała na sucho. Mam genialną szczotkę z naturalnego włosa od Skład Prosty. Takie szczotkowanie cudownie relaksuje, poprawia ukrwienie ciała, wspomaga ruch limfy, wspiera w walce z cellulitem- same korzyści! Potem robię peeling twarzy, nakładam maseczkę i biorę prysznic. W tym czasie włosy wciągają z oleju same dobroci. Po zmyciu maseczki z twarzy, nakładam krem i robię masaż twarzy jadeitowym wałkiem ze Składu Prostego. To takie skrócone "to do".  Jeśli mam więcej czasu, robię moim dłoniom i stopom kąpiel w ciepłym olejku rycynowym.

Słowo daję, że po takiej randce czuję się co najmniej jak milion dolców w gotówce ;)







Łap dwa proste przepisy na moją ulubioną domową maseczkę na twarz:

1) 1/4 kostki drożdży wymieszaj z odrobiną ciepłego mleka tak, aby powstała gęsta papka. Nałóż ją na twarz na 20 minut. Zadziała przeciwbakteryjnie, wysuszy pryszcze i zapobiegnie powstawaniu nowych.

2) Łyżkę mielonej kawy zalej wrzątkiem tak, aby powstała papka i odstaw do ostygnięcia. Dodaj łyżeczkę miodu i nałóż na twarz na 20 minut. Maseczka usunie oznaki zmęczenia, napnie skórę, rozjaśni przebarwienia.



6. Lub zabierz siebie do prawdziwego SPA.


Jeśli weekend w hotelu z zapleczem SPA nie wchodzi w Twoim przypadku w grę (wiesz, brak czasu, brak kasy, brak opieki do dzieci...), raz na jakiś czas wybierz się na randkę do kosmetyczki, na paznokcie, do fryzjera, na masaż. Opcji jest naprawdę sporo. Łatwiej jest wygospodarować czas i pieniądze na jedno na takie wyjście niż na cały spa- weekend, a radość, relaks i poczucie zaopiekowania- ogromne. Mam mocne postanowienie, żeby od przyszłego roku właśnie w taki najbardziej kobiecy z możliwych sposób świętować dzień kobiet. Chociaż raz w roku zabrać siebie na randkę do "urodowego" fachowca ;)



7. Kup sobie kwiaty.


Lubisz dostawać kwiaty, a nie masz nikogo, kto by Co je przyniósł? Abo Twój partner nie domyśla się, że kobiecie powinno się raz na jakiś czas kupić kwiaty? Idź do kwiaciarni i kup sobie piękne tulipany lub goździki, jeśli masz taką ochotę. Kup sobie kwiaty, Kobieto!- doniczkowe, cięte, jakiekolwiek. Kup sobie kaktusa, jeśli tego właśnie chcesz. Naprawdę nie musisz czekać na księcia z bajki na białym rumaku, który przyniesie Ci bukiet róż i zaśpiewa serenadę pod oknem.





8. Zorganizuj sama dla siebie wieczór filmowy.


Skorzystaj z okazji, że masz wolny wybór i nie musisz iść za żaden kompromis. Możesz obejrzeć taki film, na jaki tylko masz ochotę. Będąc w związku (lub spędzając wieczór z partnerem) musisz często godzić się raz na męski, raz na damski wybór. Ciesz się swoim własnym towarzystwem i tym, że akurat dzisiaj wybierasz sama :)



PRZECZYTAJ -> MOJE ULUBIONE BABSKIE FILMY.



9. Zabierz siebie do kina, teatru, do muzeum, na wystawę, na koncert.


Gdzie tylko zechcesz! Ogranicza Ciebie tylko wyobraźnia i ochota. Jest tyle ciekawych miejsc wartych obejrzenia, tyle filmów i koncertów, na które warto pójść i nie daj sobie wmówić, że to słaby pomysł, aby chodzić w takie miejsca w pojedynkę. Ja na przykład uwielbiam chodzić sama do kina. Nie mam z tym najmniejszego problemu i prawdę mówiąc zupełnie nie rozumiem takich rozterek.



10. Ugotuj dla siebie coś dobrego.


Przygotuj dla siebie swoje ulubione danie, a potem podaj je tak, że Twoje oczy będą chciały je zjeść od razu! Potraktuj siebie jak najlepszego, najbardziej wyczekiwanego gościa, bo przecież naprawdę nim jesteś! Wyciągnij najładniejszą zastawę, udekoruj stół kwiatami, połóż piękną serwetkę. Jedz powoli, delektując się każdym kęsem, nie rozpraszając się w trakcie telewizją ani nie scrollując ekranu smartfona. Bądź tu i teraz, smakuj i ciesz się pysznym daniem. Jeśli nie lubisz gotować, nie masz ochoty lub zwyczajnie jesteś zmęczona- zamów jedzenie z dowozem do domu. Tak też przecież można!



PRZECZYTAJ-> 

PRZEPIS NA MIODOWY CHLEBEK BANANOWY Z CZEKOLADĄ
                             
PRZEPIS NA KOKOSOWE KULKI JAGLANE, CZYLI FIT RAFAELLO 



11. Idź na pyszne jedzenie do restauracji.


Lub na kawę do kawiarni, na lody, na ciastko, na co tylko masz ochotę.... Ubierz się ładnie, psiknij najlepszymi perfumami i idź na prawdziwa randkę sama ze sobą. Zamów to, co lubisz najbardziej i delektuj się jedzeniem we własnym towarzystwie. Możesz w spokoju przemyśleć ważne rzeczy. Możesz nie myśleć  o niczym, tylko skupić się na jedzeniu. Możesz zabrać ze sobą gazetę, książkę lub po prostu pogapić się na przechodniów za oknem. Wrzuć na luz, wypij spokojnie kawę, nie spiesz się, przecież to Twój czas. Wykorzystaj go do ostatniej sekundy.




12. Spacer z aparatem w dłoni.


Nawet nie wiesz ile frajdy daje mi samotne wyjście z domu z aparatem w dłoni! Idę przed siebie bez konkretnego celu i uważnie patrzę. Tak, patrzenie tutaj jest kluczowe, bo jak często, przyznaj, mamy otwarte oczy, niby patrzymy, ale ile tak naprawdę widzimy? Kiedy masz przy oku aparat fotograficzny, wiele rzeczy widzisz wyraźniej. Dostrzegasz szczegóły, których normalnie nie zauważasz, które mijasz w codziennym biegu. Spróbuj. Wyjdź z domu chociaż na pół godziny i przejdź się po Twojej okolicy. Jeśli nie masz profesjonalnego aparatu fotograficznego, to nic nie szkodzi- weź ze sobą telefon z aparatem. Tu nie chodzi o to, żeby robić zdjęcia na konkurs fotograficzny, tylko żeby zabawić się w uważność. I w patrzenie. Polecam :)






13. Może spacer do biblioteki?


Właściwie dlaczego nie? Uwielbiam atmosferę starych bibliotek w małych miasteczkach. Kurz unoszący się w powietrzu (chociaż potem muszę wykichać się za wszystkie czasy), zapach książek, Panią w okularach siedzącą na biurkiem i popijającą powoli kawę w szklance z koszyczkiem. W takim miejscu czas się zatrzymał. Właśnie zdałam sobie sprawę, że od dawna nie była w bibliotece. Muszę to nadrobić, a i Ciebie zachęcam do zabrania siebie na spacer do Twojej lokalnej biblioteki. Gwarantuję, że znajdziesz tam skarby, o których nawet nie śnisz. Tylko pójdź między półki i daj sobie czas na grzebanie w czeluściach półek.




14. Poćwicz.


Czyli randka w siłowni. Niee, żartuję. Przynajmniej w moim przypadku siłownia odpada, ale już taka randka na macie to już zupełnie inna sprawa. Próbowałaś kiedyś pilatesu, callaneticsu lub jogi? Nie? Uważasz, że takie statyczne ćwiczeni to nie ćwiczenia? Że jak się porządnie nie sponiewierasz, to trening nie miał sensu? W takim razie koniecznie wypróbuj mojej ulubionej power jogi, gdzie pozycje zmieniają się co kilka sekund, a po sesji masz wrażenie, że czujesz mięśnie tam, gdzie nigdy nie sądziłaś, że je masz. Albo odpal Gosię Mostowską na yt. Da Ci popalić ;)






15. Znajdź hobby...


...i codziennie poświęć mu chociaż chwilę. Jeśli nie codziennie, to chociaż co kilka dni, ale regularnie. Jeśli musisz, to wydrap pazurami ten czas dla siebie. Wiem co mówię; ja też mam dzieci, dom i trylion spraw na głowie.  Zdaję sobie sprawę, jak trudno jest znaleźć czas na hobby. W moim przypadku zaczęło się od wielkiej fascynacji rytuałem palenia świec. Później przyszła miłość do naturalnych kamieni. Skończyło się na tym, że lada moment ruszy sklep z moimi naturalnymi świecami i biżuterią mocy :) Nigdy nie wiadomo, jak daleko Cię Twoje hobby zaprowadzi.






16. ...

Tutaj jest miejsce na Twoje propozycje. Jestem ich ogromnie ciekawa! :)


Wielkanocny sernik z nerkowców- prosty, pyszny i kremowy.

Wielkanocny sernik z nerkowców- prosty, pyszny i kremowy.

Piszę bloga o slow life, a czas ostatnio tak mi przyspieszył, że aż samej mi trudno w to uwierzyć. Dzisiaj zaczął się Wielki Tydzień, a do mnie dopiero teraz dotarło, że za kilka dni będą moje ulubione święta! To nic, że z przygotowaniami jestem hen daleko w polu, że właściwie nic, poza poświęconą wczoraj palmą, nie jest gotowe, to naprawdę wszystko nic :) Po raz pierwszy nie mam ciśnienia i nawet nie wiesz jak mi z tym dobrze :) 

Im jestem starsza, tym bardziej lubię Wielkanoc i na nią czekam. Mam wrażenie, że z każdym rokiem szala "lubienia" przechyla się wręcz na stronę Wielkanocy, pozostawiając Boże Narodzenie w tyle. To nie jest tak, że nagle przestałam lubić Gwiazdkę i nie celebruję jej tak jak zawsze, nic z tych rzeczy. Nadal uważam, że grudniowe święta są przepiękne, rodzinne, ciepłe i pełne magii, ale..... No właśnie- zawsze jest to jedno "ale". Wielkanoc staje się dla mnie symbolem życia, odrodzenia i światła. Kojarzy mi się ze słońcem, radością i lekkością. Spokojnie mogę powiedzieć, że święta wielkanocne to święto nadziei, święto wiosny i nowego początku. A ja jak nikt inny na świecie uwielbiam słońce i nowe początki :) W tym roku Wielkanoc zbiega się z podjętymi przeze mnie decyzjami dotyczącymi zdrowia i spraw zawodowych, więc symboliczny nowy początek staje się dla mnie całkiem namacalnym nowym początkiem- być może właśnie dlatego czekam na tegoroczne wiosenne święta wyjątkowo mocno, jednocześnie po raz pierwszy w dorosłym życiu nie mając na nie konkretnego planu, oczekiwań ani umytych okien ;) Niech się dzieją!

Do Wielkanocy zostało jeszcze kilka dni, więc jeśli nadal wahasz się, jaki sernik w tym roku upiec, to polecam Ci mój ulubiony wegański sernik z orzechów nerkowca. Smakiem nie różni się absolutnie niczym od tego tradycyjnego, a moim skromnym zdaniem nawet go przewyższa. Nerkowce smakują jak dobrze ubita śmietanka i w zasadzie nie potrzebują już żadnych extra dodatków w postaci lukry czy polewy. Sernik jest wegański, ale nawet jeśli nie jesteś wege, to warto go przygotować, zwłaszcza jeśli dbasz o zdrowe odżywianie, masz alergię na białko lub laktozę albo po prostu masz ochotę na coś zupełnie innego :) Poza tym jego ogromnym plusem jest to, że przygotowanie jest bardzo łatwe. W zasadzie wrzucasz wszystko do jednej miski i miksujesz/ blendujesz, a potem pieczesz- łatwizna, prawda?  Takie przepisy lubimy! :) 

Smacznego!




Wegański sernik z orzechów nerkowca- prosty, pyszny i kremowy.



Potrzebujesz:



Na spód:

pół szklanki płynnego oleju kokosowego
pół szklanki mąki kokosowej
3 łyżki syropu z agawy
łyżeczkę sody oczyszczonej


Na masę:

400g orzechów nerkowca
300ml śmietanki kokosowej
6 łyżek płynnego oleju kokosowego
5 łyżek (lub mniej/ więcej, w zależności od tego, jak bardzo słodkie ciasta lubisz) syropu z agawy lub klonowego
5 łyżek soku z cytryny
2 łyżki mąki z orzechów nerkowca lub mąki kokosowej
1 łyżka namoczonego siemienia lnianego (mielonego)


Zrób tak: 


1. Orzechy nerkowca zalej wodą i odstaw na całą noc. 

2. Idź spać ;)

3. Składnik na spód wymieszaj dokładnie ze sobą, aż powstanie kula. Wylep ciastem dno tortownica. Odstaw do lodówki.

3. Orzechy nerkowca zblendować z pozostałymi składnikami na masę i wyłożyć na spód. 

4. Piecz ok. 15 minut w piekarniku nagrzanym do 190 stopni. 
Jak zacząć doceniać?

Jak zacząć doceniać?

"Ze szczęściem czasem bywa tak, jak z okularami. Szuka się ich, a one siedzą na nosie".
Phil Bosmans



Znam takich ludzi, którzy mówili, że zaczną chodzić na długie spacery, jak tylko zamieszkają w wymarzonym mieszkaniu blisko wielkiego parku. 


Teraz, wiadomo, po co chodzić po betonowej ulicy. Znam takich, którzy najładniejsze filiżanki trzymają w kartonach na strychu z obawy, że je stłuką. I używają na co dzień brzydkiej, wyszczerbionej zastawy, o tej pięknej, co na strychu leży, jedynie marząc. Znam też takich, którzy zaczną spędzać czas ze swoimi dziećmi, jak już się wyśpią, ogarną bałagan w mieszkaniu, zarobią więcej pieniędzy. Znam i takich ludzi, którzy kolekcjonują książki kucharskie, żeby gotować więcej i bardziej wymyślnie w nowym domu. Teraz nie ma po co, trzy potrawy na krzyż, nie chce się w tej ciasnej kuchni. I gotuje więcej, jak już się przeprowadzą, owszem. Gotują więcej i bardziej fikuśnie, ale... tylko przez krótką chwilę.



Czasami łapię się na tym, że odkładam rzeczy na później, aż wydarzy się odpowiedni dzień, odpowiednia chwila. 


Myślę sobie, że codziennie jadłabym śniadanie na łące, gdybym mieszkała na wsi. Że chodziłabym z dziećmi na spacery do lasy, gdybym miała dom w lesie. A przecież mam ogród, mam swój kawałek kwiecistej łąki, trawę, na której mogę rozłożyć koc i urządzać codziennie pikniki, i las niedaleko. Jak łatwo nie zauważyć możliwości, które codziennie podsuwa nam życie. Znacznie łatwiej jest skupiać się na tym, czego się nie ma niż na tym, co się ma. A zwykle ma się wiele dobrego. Tylko trzeba zechcieć to dobre zauważyć i wpuścić do swojego życia. Nie ma takiego idealnego czasu i nie ma takiego miejsca na świecie, gdzie człowiek piłby kawę na tarasie, jadł śniadania na trawie i ganiał z dziećmi w berka po łące, jeśli nie ma tej potrzeby w środku. To w sobie trzeba najpierw poszukać, nie w okolicznościach.


Nie wystarczy sobie tego postanowić, że od dzisiaj (od jutra, od poniedziałku itd.) będziesz doceniać to co masz i cieszyć się dniem dzisiejszym. 


Tak samo jak nie da się powiedzieć sobie, że oto przestajesz się stresować, przejmować błahymi sprawami i rozpamiętywać przeszłość. Takie działania wymagają ćwiczeń. Treningu. Codziennego, regularnego treningu uważności i wdzięczności. Jeśli myślisz sobie, że to nie dla Ciebie ta cała uważność, docenianie i cieszenie się z każdego drobiazgu. Że jesteś zbyt praktyczny, zbyt mocno stąpasz po ziemi, zbyt dużo spraw na głowie i generalnie.... nie umiesz w to grać. Jeśli wydaje Ci się, że, owszem, dobrze się o tym czyta, ale nie, dzięki, ja postoję, to wyobraź sobie, że wdzięczność to taki mięsień, który rośnie, kiedy go trenujemy. Tak jak chodzisz na siłownię, aby wytrenować biceps, tak trenuj codziennie wdzięczność. Jak to zrobić? Na początku wystarczy chcieć, sposób znajdzie się sam. Za kilka chwil dowiesz się, jaki jest mój ulubiony sposób na trenowanie wdzięczności. Ulubiony i najprostszy, nie wymagający żadnych wyjazdów, warsztatów ani spotkań z coachem.



Żyjemy w ciągłym biegu. Wszyscy wokół dokądś się spieszą, a Ty, nawet jeśli tego nie chcesz, od czasu do czasu zostajesz wciągnięty w tę gonitwę. 


Takie czasy, taki świat. Ścigamy się więc z czasem próbując zrobić wszystko szybciej; robimy kilka rzeczy jednocześnie, wierząc, że tylko wielozadaniowość pozwoli na zaoszczędzenie czasu. Tymczasem pędząc tak na łeb na szyję powodujemy, że on ucieka nam jeszcze szybciej. Czasu nie da się zatrzymać. Przecieka nam przez palce niczym woda z kranu, którą próbujemy łapczywie zacisnąć w pięści. Teorię znamy doskonale- zewsząd słychać głosy, że warto zwolnić, że liczy się tylko tu i teraz, że to, za czym tak uparcie gonimy, nie ma większego znaczenia, kiedy przychodzi nam rozliczyć się z życiem. Niby wiemy, że żaden dzień się nie powtórzy, że dzieci rosną, szanse pojawiają się tylko raz... ale czy potrafimy tę wiedzę wykorzystać w praktyce? Potrafimy zatrzymać się i być w tym właśnie momencie, z tymi najważniejszymi ludźmi, nie rozmyślając o przeszłości ani nie planując przyszłości? Czy potrafimy odłożyć na bok telefon, położyć się na dywanie i zagrać z dzieckiem w chińczyka? Przyznam, że często miewam z tym problem... Każdego dnia od nowa uczę się jak być w chwili obecnej i skupić się na czynności, którą aktualnie wykonuję, nie wybiegać myślami w przyszłość, nie myśleć o tym ile mam jeszcze do zrobienia. To powinno być takie proste- być tu i teraz- a wydaje się najtrudniejszą rzeczą na świecie.



--> PRZECZYTAJ: W życiu chodzi o to, żeby się jarać.




Wdzięczność jest kwintesencją naszego życia. Bez wdzięczności nic nie ma sensu. 


Życie staje się puste; staje się tylko pogonią za nieuchwytnymi celami, za czymś co jest ulotne, niestałe i nie wiadomo czy w ogóle się wydarzy. Zamiast mówić: daj mi, należy mi się, potrzebuję chcę, spróbuj powiedzieć: poproszę, dziękuję. Zwłaszcza dziękuję ma wielką moc. Kiedy mocniej przywrzesz do teraźniejszości i zaczniesz dziękować na najprostsze rzeczy, cuda same zadzieją się w Twoim życiu. Nie, ono nie zmieni się jak za dotknięciem czarodziejskiej różdżki, ale nagle Twoje oczy otworzą się szerzej i zauważysz rzeczy, które wcześniej pomijałeś nie zaszczyciwszy nawet spojrzeniem. Twoje życie stanie się bogatsze o cuda, które były w nim od zawsze. To właśnie one, te wszystkie drobiazgi, stanowią o tym, czy życie można nazwać szczęśliwym, a Ciebie spełnionym.


Od początku tego roku podjęłam się wyzwania- codziennie wieczorem w moim plannerze zapisuję jedną dobrą rzecz, która wydarzyła się tego dnia i za którą jestem wdzięczna. Nawet po wyjątkowo ciężkim dniu, próbuję znaleźć coś, za co mogę podziękować. Na początku było mi trudno, bo wydawało mi się, że niewiele takich rzeczy się dzieje. Później przychodziło mi to z coraz większą łatwością. A teraz potrafię wymienić nie jedną, nie dwie, ale kilka rzeczy, ludzi, wydarzeń, za które z całego serca dziękuję. To jest właśnie ten trening; to ćwiczenie "mięśnia" wdzięczności. Nawet, jeżeli w tej chwili moja metoda wydaje Ci się dziwna i zupełnie nie pasująca do Ciebie, spróbuj. Mimo wszystko spróbuj, proszę. Nic Cię to nie kosztuje, a efekty mogą przerosnąć Twoje oczekiwania.



Wielkimi krokami zbliżam się do 36-tych urodzin i w zasadzie dopiero teraz mogę powiedzieć "tak, doceniam, dziękuję". 


W moim życiu raz na jakiś czas, zazwyczaj co kilka lat, następowało wielkie pierdolnięcie. Zwarcie systemu. Przebiegunowanie. Jak zwal tak zwał, wiadomo o co chodzi. Jeśli na jakiś czas się zapominałam, los szyje mi na miarę sytuacja, która kolokwialnie mówiąc ma mnie kopnąć w dupę. Ostatnia taka sytuacja miała miejsce kilka tygodni temu i niestety nie podzielę się nią z Tobą na blogu, ale uwierz mi, że postanowiła mnie na równe nogi. Miała za zadanie tak mną wstrząsnąć, aby całe życie przeleciało mi przed oczami i zatrzymało się na chwilę bez ruchu. Żadne wcześniejsze pieprznięcie nie było w stanie tak bardzo mnie obudzić jak to ostatnie. Zmusiło mnie do podjęcia ważnych decyzji dotyczących zdrowia, pracy, dalszego życia. Pokazało mi, że mam bardzo, bardzo dużo, więcej niż sądziłam, że mam, i że wystarczy chwila, abym to straciła. I teraz powiedz mi, ale tak szczerze z ręką na sercu, czy naprawdę potrzebujesz pierdolnięcia, żeby zacząć doceniać swoje życie? Potrzebujesz szokującej diagnozy, zagrożenia życia, wypadku, rozwodu, choroby dziecka, straty dachu nad głową, żeby powiedzieć "cholera, ile bym dała, żeby wróciło moje stare życie..."? Czy naprawdę najważniejsze dla Ciebie są te codziennie pierdoły, którymi zaprzątasz sobie głowę i które urastają do rangi barier nie do przeskoczenia?  Czy może wybierasz fajne, szczęśliwe, radosne życie już teraz, dzisiaj, bez czekania na pobudkę, jaką zafunduje Ci wielkie zwarcie systemu?








Ogarnij się. To od Ciebie zależy czy widzisz szklankę do połowy pełną i powiesz "dziękuję, że mam pół szklanki wody" czy widzisz ją do połowy pustą i będziesz narzekać "szlag, dlaczego nie mam całej szklanki wody?!".



To może trzecie, czyli do czego właściwie potrzebne nam są dzieci?

To może trzecie, czyli do czego właściwie potrzebne nam są dzieci?

Niedzielny wieczór. Późny dość jak na moje standardy. Zaczynam pisać tego posta. Chwilę temu dosłownie ogarnęłam pokój dziewczynek, wyniosłam do kuchni stertę brudnych talerzy, miseczek i kubeczków, po drodze zgarniając z podłogi pogubione w dziwny sposób części garderoby. W drodze do kuchni udało mi się kilka razy stanąć bosą stopą na najostrzejszy klocek lego (i nie było to duplo niestety), rozlać resztę soku z kubka Małej (bananowego, co by bardziej lepkie było i żebym musiała szorować schody na kolanach) i nadepnąć kotu na ogon, co spowodowało dziki koci wrzask, niosący się echem po całym domu, ogrodzie i okolicy. Także jakbyś za kilka dni przeczytała w Fakcie o dręczycielce szarych dachowców, to ja będę. Trochę przeraża mnie wizja ukazania się mojej mordy na rozkładówce Faktu, bo jak mniemam gnidy nawet nosa nie pozwolą mi przypudrować przed wykonaniem tegoż. No ale cóż... jaka zasługa, taka rozkładówka. Mnie ino Fakt pozostał... Kot przeżył, proszę ja Ciebie, chociaż obrażony na mnie wielce postanowił nasikać centralnie na środku kuchni, olewając przy tym całkowicie fakt posiadania nowej kuwety z jeszcze nowszym, świeżo nabytym żwirkiem marki Tesco. I patrzył się na mnie jak sikał, ten kot znaczy się, prosto w oczy mi patrzył z dziką satysfakcją- jak ty mnie depczesz po ogonie, to ja ci zleję kuchnię. Ogon ważna rzecz, zwłaszcza dla kota, więc poniekąd rozumiem. Pokornie wytarłam szmatą najpierw sok bananowy ze schodów, potem kocie siki. Wzięłam dwie różne szmaty, jakby ktoś pytał, nie że jechałam wszystko jedną... 

Kiedy już usiadłam na tyłku (podejrzewam, że pierwszy raz tego dnia, bo jakoś nie pamiętam, żebym wcześniej siedziała), to zaczęłam myśleć. Nie żeby proces myślowy odbywał się u mnie tylko na okoliczność siedzenia na tyłku ani w ogóle siedzenia na czymkolwiek, po prostu do myślenia potrzebny jest spokój, a mnie go ostatnio ewidentnie brakuje. Czuję się jak ten chomiczek w kołowrotku, co to przebiera tymi swoimi krótkimi nóziami jak głupi i leeeeci w kółko coraz szybciej i szybciej, sam nie wie po co, a jak już skończy, to włazi do kółka i apiać od nowa zapiernicza. Spieszę Cię poinformować, że córki moje dwie postanowiły wejść w bunt jednocześnie. To znaczy każda w swój bunt, bo sorry, ale 12-latka i 4-latka buntują się zupełnie inaczej, aczkolwiek z równą intensywnością. Bunt jednej może bym przeżyła, ale obie flądry zachowujące się tak, jakby były chore na ciężką nieuleczalną schizofrenię to trochę za dużo jak dla jednej matki. Zwłaszcza że ja sama dzisiaj z nimi cały dzień, sama, samiutka... Pan mąż był uprzejmy udać się na cały dzień do pracy. Zaraz wejdzie z uśmiechem od ucha do ucha i zapyta- a co ty kochanie robiłaś cały dzień? SIEDZIAŁAŚ  z dziećmi w domu?? Taaaa, kotek, bo ja z dwiema zafiksowanymi dziewojami to przecież tylko siedzę, co mam innego do roboty... 

No. To ja już się tak nasiedziałam cały dzień, to na koniec postanowiłam napisać, że zupełnie nie rozumiem jak to się dzieje, że ludzie tak się intensywnie rozmnażają. Serio, jak to możliwe, że cywilizowany świat bajecznie bogatego Zachodu jeszcze nie wymarł, mając taką wiedzę, takie możliwości i takie doświadczenie w temacie rodzicielstwa? Jak to, do ciężkiej cholery, jest, że na ulicy nadal widuję kobiety z wielkimi jak piłka do kosza brzuchami, pchające wózki głębokie, sportowe, bliźniacze, takie, siakie, owakie? Jak to jest, że kobiety z wielki, maślanymi oczami a'la kot ze Shreka wpatrują się w nowo narodzone pomarszczone potomstwo swoich przyjaciółek i marzą, że one też, że jeszcze jedno, trzecie, piąte... ? Sama będąc matką od lat 12 (dżizas, to już tyle??) wiem, że dzieci to kupa roboty, kupa zmartwień, kupa hajsu i dużo kupy generalnie. Jakoś wcześniej, zanim zostałam matką, nie zdawałam sobie sprawy z tego, że dzieci robią kupy. Czasami dużo kupy. Bardzo dużo. Dzieci brudzą, bałaganią, syfią, wrzeszczą, gryzą, drapią, malują pisakami po ścianach, ciągną kota za wąsy, szarpią matkę za włosy, nie słuchają jedne mniej, inne bardziej, a już na pewno wszystkie robią kupę. Rozsypują klocki lego na schodach, malują po lustrze najnowszą szminką od Channel i wymagają 24-godzinnej atencji. Wymagają też zabawiania, adorowania i opatrywania ran. Karmienia w równych odstępach czasu i tylko zdrowym jedzeniem, chodzenia na bilanse, do ortodonty i na basen. Dzieci odbierają nam wolność, ograniczają w dość drastyczny sposób weekendowe szlajanie się po knajpach oraz utrudniają jak mogą spontaniczne wypady nad morze. 

Dzieci dają nam w dupę już od chwili pojawienia się na tym świecie. Jeśli nie masz dzieci, to wyobraź sobie, że oto próbujesz przecisnąć arbuza przez otwór wielkości pomarańczy. Bez znieczulenia, jak to ja miałam okazję się pobawić. Ubaw po pachy, mówię Ci. Poród to jak noc i dzień, koniec i początek, umieranie i zmartwychwstanie. Każda z matek nosi w sobie większy lub mniejszy dramacik związany z tym wiekopomnym wydarzeniem. Rodzi się dziecko i w tej samej chwili rodzi się matka. Leżysz wypluta niczym przeżuty i zwrócony kawał mięsa, nadżarty już odrobinę sokami trawiennymi, a obok Ciebie leży takie małe toto, łyse (zazwyczaj), pomarańczowo- sine (albo różowe, jeśli masz szczęście), pomarszczone, z wydłużoną niczym u Obcego czachą. Leży i ryczy. Albo się na Ciebie pytająco gapi, ale raczej ryczy. Musisz wiedzieć, że na filmach ściemę walą, bo pokazują noworodki, które tylko leżą i się gapią, a noworodki ryczą! W tych filmach również matki są od razu szczupłe, promienne i ze sterczącymi cyckami. Wiedzą jak karmić, jak kąpać i jak przewijać. Pięknie łączą wiele ról, wracają do pracy zawodowej już na drugi miesiąc po porodzie i jeszcze biegają na fitness. Nie mają depresji poporodowej, rozstępów ani podkrążonych oczu. Nie rzucają w męża butelką z na wpół wypitym mlekiem, nie noszą bawełnianych gaci i nie chodzą po domu w dresie. O nie! Tymczasem poród to ogromny gwałt na kobiecej tożsamości, tak sądzę. Niby masz te 9 miesięcy, żeby temat ogarnąć, wybierasz słodkie malutkie śpioszki, gonisz męża do składania kołyski, piszesz plan porodu, gadasz do brzucha... ale poród to szok, zawsze, i nie da się do niego przygotować. Patrzysz na siebie w lustrze i nie poznajesz, pytasz- kim jesteś kobieto? Dotykasz smutno zwisającego pustego brzucha, w którym jeszcze niedawno było toto pomarszczone i nie wiesz, jak masz poskładać w nowy obrazek te puzzle, których nagle jest jakby trochę za dużo.

Tak, dzieci to niezły życiowy armagedon. Te wszystkie kupy, gile, wykrzywione fochem buzie, potargane włosy, uwalone dżemem spodenki są mało efektowne, no chyba że na insta to co innego... tam wszystkie dzieci są więcej niż efektowne, chyba pochodzą z innej planety. Powiem Ci teraz, do czego są mi potrzebne moje dzieci. Otóż potrzebuję ich do budzenia mnie mokrymi buziakami o 6 rano, do "kosiam mamę" powtarzanego sto razy na dobę, do gilgotek i przytulania, trzymania za rękę na spacerze. Do berka, rzucania piłki i lepienia razem pierogów. Do gonienia za motylami, rysowania mamy z wielką głową, jedzenia chleba bez skórki i do czytania bajek przed snem. Do znajdowania ptasich gniazd, wąchania kwiatków, zabawy w dom i robienia bazy z koca. Do głaskania po głowie, całowania, chichotania i śpiewania kołysanek. Do zadawania trudnych pytań, zrywania truskawek, chodzenia na lody i skakania na trampolinie. Do pieczenia ciasteczek, wyjadania rodzynek z sernika, zachwycania się małymi kotkami i do bitwy na śnieżki. Do biegania boso po trawie, śpiewania piosenek, miziania po małych stopach i przytulania misia. Do kochania ich potrzebuję, no. Największą zagadką jest to, że wpadły w moje życie jak dwie bomby z opóźnionym zapłonem i rozwaliły wszystko w pył, a są najlepszym co mnie w życiu spotkało. Taki paradoks.


To może trzecie, hę?





ps. Post ten należy przyjąć z odpowiednią dawką dystansu oraz ironii. Kto nie posiada tychże, może doznać trwałego uszczerbku na zdrowiu emocjonalnym i patrzeć z odrazą na nieletnich.

ps2. Urodę Życia kwietniową należy nabyć. Leśne zdjęcia mojego autorstwa się tam znajdą. Howgh!