Jestem empatą. Sprawdź, czy Ty też nim jesteś.

Jestem empatą. Sprawdź, czy Ty też nim jesteś.

Nawet, jeżeli nie wiesz, kim jest empata. Nawet, jeżeli trafiłaś tu zupełnym przypadkiem. Nawet, jeżeli uważasz, że ten tekst z całą pewnością nie jest dla Ciebie. Nawet wtedy przeczytaj go uważnie do samego końca, bo wielu ludzi nie zdaje sobie sprawy, kim są. 

Nie zdają sobie sprawy, jakie są przyczyny ich zmiennych nastrojów, problemów z bezsennością, z bólami głowy czy depresją. Niektórzy uważają, że "tak po prostu mają", że są wrażliwsi niż inni, mniej odporni psychicznie, podatni na krytykę, nie potrafią się obronić. Wydaje im się, że te wszystkie rzeczy wynikają z ich cech charakteru i tak już musi być. Jeżeli kiedykolwiek zastanawiałaś się, dlaczego ludzie traktują Ciebie jak konfesjonał, zwierzają Ci się bez specjalnej zachęty z Twojej strony, bez skrępowania otwierają się przed Tobą i opowiadają o swoim życiu; jeżeli zdarza Ci się "zarazić" cudzymi emocjami i przejąć czyjś smutek lub złość, a potem długo nosić je w sobie niczym zbędny ciężar; jeżeli masz doskonale rozwiniętą intuicję, tak zwany szósty zmysł, i zazwyczaj Twój pierwszy osąd co do nowo poznanej osoby jest właściwy, mimo że całe otoczenie próbuje Ci wmówić, że się mylisz; jeżeli masz piękny, intensywny kontakt ze zwierzętami; jeżeli przytłacza Cię nadmiar negatywnych informacji w mediach; jeżeli bez problemu umiesz wczuć się w sytuację drugiego człowieka i wyobrazić sobie, co on czuje w konkretnej sytuacji; jeżeli często czujesz się zmęczona, mimo że dobrze sypiasz, nie przemęczasz się i dbasz o sobie, to koniecznie rozważ czy nie jesteś empatą, nawet jeśli to słowo znasz tylko z filmów science- fiction.




Jestem empatką. Mówię tak o sobie od niedawna, w zasadzie dopiero od kilku miesięcy. Od momentu, kiedy pewna zaprzyjaźniona naturopatka zapytała mnie, jak sobie radzę z moim darem. 

Darem? Jakim darem?- pomyślałam. Tak, jestem nadwrażliwa, emocjonalna, mam mocno rozwiniętą intuicję, bezbłędnie "czytam" ludzi i zazwyczaj wiem, patrząc na ich twarz lub przebywając z nimi dłużej, jakimi ludźmi są, jakie są ich wady, zalety... ale dar? Nigdy nie traktowałam tego w kategorii daru, raczej myślałam, że taka już jestem, urodziłam się wrażliwcem, który musiał dostać kilka razy mocno po tyłku, żeby stwardniała mu skóra na tyle, aby normalnie funkcjonować wśród ludzi. Czasami wręcz pełna złości myślałam, że to raczej klątwa niż dar, bo chłonąc ludzkie emocje niczym gąbka, trudno odnaleźć w sobie swoje własne emocje. To nie jest łatwe. Często trudno jest poradzić sobie z własnymi emocjami, a co dopiero dźwigać do tego jeszcze te cudze. Do tego doskonale zdaję sobie sprawę z tego, że mam tendencję do uzależnień; nigdy nie byłam od niczego uzależniona, zawsze na szczęście potrafiłam powiedzieć w odpowiednim momencie stop, ale wiem, że pięknie wpadłabym w jakiekolwiek uzależnienie, tłumiące emocje. Dlatego właśnie nie piję alkoholu, nie palę, jem zdrowo i praktykuję jogę. Muszę prowadzić higieniczny tryb życia, bo inaczej szukałabym wytłumiaczy emocji. Dopiero po 35-ciu latach życia z darem empatii, przekonana, że jestem osobą zwyczajnie wrażliwą, dowiedziałam się, że to coś dużo więcej niż tylko wrażliwość. I tak naprawdę dopiero wtedy, kiedy nazwałam to, kim jestem i jaka jestem, zaczęła się prawdziwa praca nad własnymi (i nie tylko własnymi) emocjami. Widzę u Zu wiele moich cech, chociaż nie w tak dużym natężeniu, ale jednak. Właśnie dlatego nosi na nadgarstku bransoletkę z czarny turmalinem. Turmalin to taki kamień, który działa jak tarcza ochronna na negatywne energie. Jeszcze o tym napiszę szerzej.


W Polsce nie mówi się jeszcze zbyt dużo na temat empatów. Mnie bardzo długo empata kojarzył się z postacią fajtłapowatego ducha z serialu "Czarodziejki" z lat 90. ;) 

Kto oglądał, ten wie :) Wtedy nawet przez ułamek sekundy nie sądziłam, że kiedyś sama zostanę nazwana empatą. Na szczęście, w przeciwieństwie do postaci z serialu, nie straciłam zmysłów i nie siedzę przerażona w zamkniętym pokoju. Daleko mi do tej [przerysowanej postaci ;) Temat ludzi, którzy czują bardziej staje się coraz częściej podnoszonym tematem na świecie, mimo wszystko w Polsce ludzie, którzy szukają odpowiedzi "co ze mną jest nie tak" nie mają łatwej drogi. Być może wynika to z faktu, że empatia nadal uważana jest bardziej za przejaw frajerstwa niż dar, który można pozytywnie wykorzystać. Na porządku dziennymi są teksty w stylu " jeśli masz miękkie serce, musisz mieć twardą dupę" i tym podobne. Nie trudno się domyślać, że przyznanie się do bycia nadwrażliwcem jest trudne i, co tu dużo mówić, niemodne. W dzisiejszym świecie modne jest rozpychanie się łokciami, walka o swoje i niesienie sztandarów w pierwszym rzędzie z wrzaskiem na ustach. Jeśli powiesz głośno- jestem wrażliwa/y, wiem o czym myślisz, czuję cię... - możesz zostać nazwany w najlepszym wypadku mięczakiem. Kto tego chce? Nikt. Ja również. Z własnego doświadczenia mogę Ci powiedzieć, że bycie empatą nie ma nic wspólnego z byciem mięczakiem, frajerem czy innym ciamajdą. Wręcz przeciwnie, empaci muszą być silni, asertywni i pewni siebie, muszą jasno i stanowczo stawiać granice, bo inaczej zwariowaliby...


Kto to właściwie jest empata? Nie jest to ani temperament, ani osobowość, ani jeden z psychologicznych podziałów. 

Nazwa powstała od jako połączenie słów empathetic i telepath- oznacza kogoś, kto posiada niemal telepatyczną zdolność odczytywania cudzych myśli. Naukowcy udowodnili, że u empaty przepływa więcej krwi w mózgu właśnie w tych rejonach, które odpowiadają się odczuwanie emocji i empatii. Taka mała rzecz, a tak bardzo zmienia życie. Empata to osoba o wielkiej wrażliwości, znaczenie przekraczającej przeciętną ludzką wrażliwość, która potrafi pochylić się nie tylko nad człowiekiem, ale również nad zwierzęciem i światem przyrody. Dostrzega rzeczy niedostrzegalne dla przeciętnego człowieka, widzi świat głębiej, nie tylko ten namacalny. Często wyczuwa ludzkie emocje, bez problemu potrafi spojrzeń w głąb człowieka i odkryć co przeżywa. Niestety minusem jest wyłapywanie wszystkich emocji, nie tylko tych pozytywnych. Empata bierze na swoje barki ogromny ładunek emocjonalny, który bardzo go obciąża. Nie godzi się z bezmyślnym czynieniem zła, nie pociągają go okrutne filmy, horrory czy depresyjna muzyka. Jego zdolności stoją w niejakiej opozycji do współczesnego stylu życia. Bezrefleksyjne gromadzenie dóbr, bieg w wyścigu szczurów czy spędzenie życia na wspinaniu się po korporacyjnych szczeblach kariery zupełnie go nie interesuje- woli prowadzić spokojne, harmonijne życie, często blisko przyrody. Najlepiej czuje się wykonując wolne zawody, jest wolnymi strzelcem, np. pisarzami, fotografami, dziennikarzami, blogerami ;) 



Jeśli wydaje Ci się, że jesteś wrażliwsza niż inni, przeczytaj, jakie są najważniejsze cechy empaty. Ponad połowa pasujących do Ciebie cech może oznaczać, że i Ty masz ten dar.



1. Wyczuwasz emocje innych ludzi, zanim jeszcze Ci o nich powiedzą. Wiesz, w jakim są stanie emocjonalnym, nawet jeżeli ich mimika i zachowanie wskazuje na coś innego. 

2. Wiedza. Po prostu wiesz pewne rzeczy i żadne próby racjonalnego wyjaśnienia tego faktu nie mają racji bytu.

3. Muzyka to nieodłączna część Twojego życia. Możesz mieć trudności w słuchaniu jej i robieniu jednocześnie czegoś innego. Zatracasz się w niej i słuchasz, odpływając myślami daleko.

4. Przebywanie przez dłuższy czas w zatłoczonych miejscach może być dla Ciebie przytłaczające. Zewsząd atakujące Ciebie emocje i gwar działają obciążająco na empatę.

5. Czujesz pociąg do naturalnych metod leczenia, chętnie sięgasz po zioła, może nawet próbowałaś swoich sił w bioenergoterapii.

6. Po rozmowie z kimś, kto przeżywa trudny czas w życiu, nie potrafisz oddzielić swoich emocji od emocji tej osoby. Długo jesteś przybita, ciężko Ci na sercu i nie możesz zasnąć.

7. Możesz wydawać się nieśmiała lub wycofana. Czasami odsuwasz się od ludzi, żeby po prostu od nich odpocząć. 

8. Rzadko oglądasz Wiadomości w telewizji i czytasz gazety. Nadmiar negatywnych informacji Cię przytłacza. Z tego samego powodu nie lubisz brutalnych filmów oraz książek.

9. Nie lubisz bałaganu, zagraconych przestrzeni, masz pociąg do minimalizmu.

10. Wiesz, kiedy ktoś nie jest szczery. Wyczuwasz kłamstwo przez skórę. Wiesz też, kiedy ktoś mówi jedno, a myśli drugie.

11. Jesteś podatna na nałogi i uzależnienia. Alkoholem lub słodyczami pożeranymi w dużej ilości przykrywasz nadmiar emocji, które czujesz.

12. Często jesteś zmęczona, nawet jeśli jesteś wyspana i nie pracowałaś ciężko. To dlatego, bo przejmujesz emocje innych, co jest bardzo wyczerpujące.

13. Przenosisz emocje na ciało, czyli krótko mówiąc chorujesz w stresie. Masz katar, boli Cię gardło, głowa, masz gorączkę.

14. Nie umiesz ukryć, kiedy jesteś nieszczęśliwa. Emocje są wypisane na Twojej twarzy.

15. Czujesz energię jedzenia. Wielu empatów nie może jeść mięsa, bo źle się po nim czuje, zwłaszcza jeśli zwierzę przed śmiercią cierpiało.

16. Antyki i przedmioty z drugiej ręki to temat, na który empaci reagują dwojako- albo przeszkadza im energia poprzednich właścicieli, albo wręcz przeciwnie, lubią ją.

17. Jesteś uczulona na egoistów kłamców, zazdrośników, osoby fałszywe i oceniające, empaci nie znoszą takich zachowań.

18. Lubisz samotność i ciągle jej poszukujesz. Jak powietrza potrzebujesz kilka chwil w ciszy sam na sam ze sobą. Nawet będąc w udanym związku, musisz od czasu do czasu uciec.

19. Lubisz przygody, wolność i podróże. Empaci są wolnymi duchami, ciągle ich gna w świat.

20. Jesteś doskonałym słuchaczem, a ludzie często traktują Cię jak konfesjonał. Lubią Ci się zwierzać, proszę o rady, które praktycznie zawsze są celne i przydatne dla nich.

21. Masz skłonności do tycia, nawet bez nadmiernego przejadania się. Nie musisz mieć nadwagi, bo pilnujesz tego, co jesz, ale masz świadomość, że tyjesz od przysłowiowego "powietrza".

22. Jesteś głodna wiedzy, Lubisz się uczyć, dowiadywać nowych rzeczy. Jeśli interesuje Cię jakiś temat, drążysz go bez końca. Stawiasz pytania i szukasz na nie odpowiedzi. Nie zadowala Cię odrobina podstawowej wiedzy; lubisz być ekspertem w dziedzinie, która Cię pasjonuje,

23. Jesteś kreatywna i lubisz żyć na full, zwłaszcza na co dzień. Potrafisz zaczarować zwykły dzień, z pójścia z dziećmi do lasu robisz event, a wieczorne oglądanie filmu na kanapie z mężem zamieniasz w randkę wszech czasów. Doceniasz momenty i kolorujesz je.

24. Możesz mieć problemy z trawieniem i dolnym odcinkiem kręgosłupa. Środek brzucha to siedziba emocji. To właśnie tutaj empaci odczuwają nadchodzące emocje innych. Problemy z kręgosłupem na początku wydają się zupełnie nieuzasadnione, zwłaszcza jeśli nie wiesz, że jesteś empatą. Czujesz ból, ale żaden lekarz nie wie co Ci dolega.

25. Wyczuwasz energię miejsc. W domu cioci Ewy czujesz się fantastycznie i bezpiecznie, ale już w domu cioci Kasi jest Ci zimno, czujesz się zmęczona i chcesz szybko stamtąd wyjść.


Ile cech empaty znalazłaś u siebie?




Bycie empatą nie oznacza, że każdy posiada dokładnie ten sam zestaw cech. Ludzie są różni, mają różne charaktery i różne historie za sobą, więc wyszczególniono pięć empatycznych typów. Niektórzy reprezentują tylko jeden typ, inni łączą dwa lub trzy, a ci najbardziej hardcorowi biorą wszystko ;)



Pięć rodzajów empatii.



1. Empatia emocjonalna.


Jest to najbardziej powszechny typ empatii. Emocjonalny empata jest bardzo otwarty na ludzi, ale czuje się źle w towarzystwie tzw. wampirów energetycznych, narcyzów, egocentryków, zazdrośników, osób przemądrzałych i wiecznie narzekających. Wyczuwa emocje innych ludzi, bez problemu wczuwa się w ich położenie, jest doskonałym słuchaczem.

2. Empatia przyrodnicza.


Drugi z kolei pod względem częstotliwości występowania rodzaj empatii, Empata ma bardzo dobry kontakt ze zwierzętami, wyczuwa ich nastroje, często potrafi oswoić nawet najdziksze, najbardziej nieufne zwierzę. Zwierzęta go lubią, ufają mu, chcą przebywać w jego towarzystwie. Taki empata kocha przyrodę, lasy, łąki, jeziora. Najlepiej odpoczywa na łonie natury.

3. Empatia miejsc.


Empata wyczuwa energię miejsc, państw, miast, domów, ulic, starych ruin, ale również rzeczy z drugiej ręki. Jedni lubię tę starą energię, inni przed nią uciekają i nawet nie wchodzą do antykwariatów czy lumpeksów, bo nadmiar energii poprzednich właścicieli jest dla nich zbyt przytłaczający.

4. Empatia intelektualna.


Empata intelektualny jest wyjątkowo wrażliwy na wiedzę, książki, lubi się uczyć. Podczas zagłębiania się w świat nauki, zapomina o otoczeniu i skupia się na swoich odczuciach dotyczących całego procesu poznawczego. Dosłownie wtapia się w naukę,

5. Empatia medyczna.


Jest to najbardziej specyficzny rodzaj empatii i  jednocześnie najgłębszy, gdyż empata potrafi wyczuć nie tyle stan emocjonalny człowieka, ale jego stan zdrowotny. W ekstremalnych przypadkach empata przechwyca chorobę bliskiej osoby i sam zaczyna chorować.




Wbrew pozorom bycia empatą lub jedynie posiadanie kilku jego cech nie musi oznaczać problemów w życiu. Empatia to dar i tak należy o tym myśleć. Podstawą jest praca z emocjami własnymi oraz z emocjami cudzymi, które do empaty przychodzą. Bardzo ważna, jak nie najważniejsza w tym wszystkim, jest ochrona siebie i jasne stawianie granic. Jest to temat na zupełnie inny artykuł, który z całą pewnością za jakiś czas się tutaj pojawi :) 




....


Jeśli mój artykuł Ci się spodobał lub uważasz go za wartościowy materiał, proszę, puść go dalej w świat! Dziękuję :)
Wdech. Wydech. "Kobieta w związku z naturą" Anny Ras- Menet.

Wdech. Wydech. "Kobieta w związku z naturą" Anny Ras- Menet.

Wdech. Wydech. Wdech. Wydech. Od niedawna dopiero wiem, jak się to robi. Od niedawna dopiero oddycham całą sobą. Oddycham, a nie biorę krótkich, łapczywych westchnień jak ryba wyrzucona z wody. Oddech mnie ratuje. Oddech uspokaja myśli, spowalnia kołaczące się w piersi serce, ugruntowuje mnie w codzienności, żebym nie odleciała za daleko. Wdech. Głęboki aż do brzucha. Wydech. Do samego końca. Wdech. Zrzucam z siebie kołdrę. Siłą woli otrzepuję z powiek ostatnie okruchy snu. Wydech. Staję bosymi stopami na zimnych deskach. Powinnam założyć kapcie, ale nie wiem gdzie są. Wdech. Podbiegam szybko do okna, tam gdzie leży puchaty dywan, i otwieram je szeroko. Uderza mnie boleśnie w twarz lodowate lutowe powietrze. Poranki nadal są mroźne, chociaż w ciągu dnia coraz częściej pojawia się przyjemne słońce. Wydech. Słońce jeszcze nie wzeszło. Poranna zimowa szarość powoli wkrada się do pokoju. Wdech. Zamykam oczy. Zimno. Powoli się budzę. Wydech. Jestem dokładnie w tym miejscu, w jakim powinnam być. Wdech. Jestem dokładnie taka, jaka powinnam być. Ani lepsza, ani gorsza od innych. Wydech. Jedyne, co mam, to chwila obecna. Przeszłości już nie ma, przyszłość jeszcze nie nadeszła. Wdech. Teraźniejszość jest dobra. Mam wszystko, czego potrzebuję. A jeśli tego nie mam, to znajdę sposób, żeby to zdobyć. Wydech. Jest tak, jak powinno być. Wdech. Wypełniam się jasnym światłem. Od czubka głowy aż po koniuszki palców u stóp. Wydech. Wydycham smugę czarnego dymu. Złość, strach, niepewność, żal, zmęczenie, zazdrość. Niech idą ode mnie jak najdalej. Wdech. Najgłębszy, jaki potrafię zrobić. Zatrzymuję go w sobie. Niech świeci. Otwieram oczy. Nowe. Zaczyna się nowe. Otwieram się na nowe we mnie i dookoła mnie. Nadzieje, szanse i możliwości. Weszłam już na drogę i, chociaż nie widzę co jest dalej, nie mogę już się cofnąć. Nie wiem, dokąd mnie zaprowadzi, ale idę, krok za krokiem. Są takie drogi, z których już nie ma odwrotu. Wdech, wydech. Trust the process.




Ostatnie lata pokazały mi, że w życiu nie ma przypadków. Najbardziej przypadkowe spotkanie ma najmniej wspólnego z przypadkiem- dawno, dawno temu przeczytałam to zdanie w jakiejś babskiej gazecie, niestety zupełnie nie pamiętam w jakiej, i tak siedziało mi w głowie od tamtego czasu. Przez wiele lat zupełnie go nie rozumiałam. W zasadzie dopiero po urodzeniu Mimi, kiedy mój świat stanął na głowie, kiedy z wielu powodów zakwestionowałam moją kobiecość, drogę, którą do tej pory szłam, okazało się, że to prawda. Urodzenie dziecka, trudnego dziecka o czym pisałam już wcześniej, stało się punktem zwrotnym w moim życiu. Katalizatorem emocji, początkiem zadawania sobie pytań i szukania na nie odpowiedzi. Przeżyłam mocne osobiste doświadczenie, kurtyna opadła. W życiu naprawdę nie ma przypadków. Wszystko, co się w moim życiu działo i dzieje, było po coś, wydarzyło się, abym dotarła w konkretne miejsce, przerobiła swoje lekcje i odnalazła właściwą ścieżkę. Specjalnie piszę ścieżkę, bo od lat ciągnie mnie w stronę mało uczęszczanych ścieżek, chociaż próbowałam iść za tłumem tymi najpopularniejszymi, najszerszymi i najbardziej wydeptanymi autostradami. Kto nigdy tego nie uczynił, niech podniesie rękę w górę... Ostatnio na mojej ścieżynce pojawia się coraz więcej dobrych rzeczy. Przychodzą do mnie dobrzy ludzie, od których wiele się uczę, przychodzą dobre przedmioty, zapachy i książki. Jakby wszystko dookoła mnie uznało, że jestem gotowa i czas zacząć stawiać przede mną znaki. Jedną z tych dobrych książek, które niedawno do mnie przyszły, jest książka pt. "Kobieta w związku z naturą" Anny Ras- Menet. 



Autorka, spisując myśli w kolejnych tygodniach roku, zauważyła zachodzące w świecie natury zmiany, które inspirowały Ją do przyjrzenia się sobie jako kobiecie. Kolejny tydzień pełnego cyklu roku przeżywała uważnie, wyciągając z niego esencje. Wybierała myśli, skupiała się na odczuciach i ubierała je w słowa. W tej niewielkiej książeczce znajduje się tydzień z wewnętrznym dzieckiem, seksualnością, oddechem, świadomym odżywianiem i dbaniem o zdrowie. Jest miłość, śmierć i odpuszczanie. Jest magia, mistycyzm i wybaczanie. Książka została podzielona na miesiące, a miesiące na tygodnie. Po każdym pełnym miesiącu znajdziesz miejsce na własne notatki, przemyślenia i wnioski.



Ania z zawodu jest naturopatą dietetykiem, co już samo w sobie przyciągnęło mnie do tej książki. Pracuje z ciałem, pisze i tańczy. Zajmuje się promowaniem zdrowego, naturalnego stylu życia, wydobyciem bezgranicznej ludzkiej potencji. Prowadzi warsztaty pracy z ciałem, podczas których uwalniają się energie sił życiowych. Maluje obrazy słowami i robi to doskonale. Pomaga ludziom od duszy po ciało, by malowali swój najpiękniejszy obraz siebie. Ania to piękno samo w sobie, a każde Jej słowo zawarte w książce budzi piękno uśpione w każdej kobiecie. Współczesne czasy skutecznie zabijają w kobietach magię, wrażliwość i mistycyzm, które muszą zostać na nowo przebudzone, aby lśniły jasnym blaskiem. Ta książka to piękny przewodnik na drodze do odkrywania samej siebie. Nie, nie jest to żaden poradnik motywacyjny ani książka ze zdrowymi przepisami. Nie znajdziesz tutaj porad dla idealnej pani domu ani receptur na zrzucenie zbędnych kilogramów. Nie dowiesz się jak być wiecznie młodą, piękną i bogatą. Nie przeczytasz też o tym, jak zostać królową balu, własnego biznesu ani sypialni. Nic z tych rzeczy. 

"Szczęście to odrobiny. Zlizywanie życia opuszkami palców"

Tak mówi Ania i już wiem, że kupiła mnie tym zdaniem. Tak właśnie uważam. Tak właśnie od pewnego czasu żyję. Ta niewielka, pełna magii książeczka jest właśnie tym, czego w tym momencie mojego życia potrzebuję.



Łakniemy kontaktu z naturą, to nasz pierwotny, wrodzony instynkt. Tacy jesteśmy, potrzebujemy słońca, wiatru, deszczu, drzew. Zachwycamy się wschodami i zachodami słońca, inspiruje nas piękno krajobrazu, szum morza koi. Bardzo daleko odeszliśmy od naszych korzeni, wmawiając sobie, że środowiskiem naturalnym współczesnego człowieka jest beton, nieodłączny smartfon w dłoni i płaszcz z metką Gucci na ramionach. Coraz częściej czujemy się niepełni, jest nam smutno niby bez powodu, gonimy za sukcesami nie ciesząc się z nich w ogóle. W efekcie lądujemy w gabinecie psychologa, biegniemy do apteki po małe kolorowe pigułki, które mają zastąpić nam szczęście. Na prawdziwy, pełny kontakt ze źródłem nie mamy czasu, nie chce nam się, pozwoliliśmy sobie wmówić, że to nie dla nas. Wycinamy kolejne drzewa, zaśmiecamy rzeki, naturalną ciszę zastępujemy telewizorem odpalonym non stop. Smutny jawi się obraz człowieka nowoczesnego. Człowieka z XXI wieku. Tymczasem wszyscy, nie tylko kobiety, chociaż książka skierowana jest do kobiet, pozostajemy w związku z naturą. Ba, my jesteśmy naturą. Jesteśmy ogromną jej częścią i tylko totalna ignorancja i nieznajomość tematu pozwala ludziom sądzić inaczej. Jeśli świadomie odcinasz się od źródła, odcinasz się sama od siebie, od swoich emocji, uczuć, przeznaczenia. Natura to mądry nauczyciel, niesie ze sobą informacje i przekazy, jak zniwelować ból, jak zharmonizować nierównowagę w ciele fizycznym. Natura to bogactwo roślin, zwierząt, kamieni, miejsc mocy, lasów, gór, mórz i oceanów- to wszystko zostało stworzone dla naszego najlepszego dobra. 




Książka jest dla kobiet, które są gotowe wyruszyć na poszukiwanie siebie. Tego kim są, do czego wyrywają się ich serca, ale może wciąż nie mają odwagi, boją się, zastanawiają się co ludzie powiedzą.... Czują, że muszą iść wydeptaną szeroką drogą, bo tam idzie większość, gdy tymczasem one wolałyby podążyć tę wąską zarośniętą ścieżynką. Tylko odwagi brak i wiary w siebie. Ta książka jest dla kobiet, które w pędzie współczesnego świata zatraciły gdzieś swoją kobiecość, pozwoliły ją stłumić, zawstydzić, przyodziać w mentalne spodnie. Ani kobietom, ani mężczyznom niczego nie brakuje. To nasz wewnętrzny krytyk zmusza nas do takiego myślenia. Najwyższy czas go odłączyć. 






Książka do kupienia tutaj .


Sssanie oleju- sposób na totalną detoksykację, zdrowie i śnieżnobiałe zęby.

Sssanie oleju- sposób na totalną detoksykację, zdrowie i śnieżnobiałe zęby.

O płukaniu ust olejem czy też o ssaniu oleju pierwszy raz usłyszałam wiele lat tamu i wydało mi się to tak dziwnym, absurdalnym pomysłem, że nie zawracałam sobie zbytnio tym głowy. Kto to widział ssać olej? Fuj. 



Tę informację potraktowałam na zasadzie ciekawostki, "co też ludzie nie wymyślą"- machnęłam lekceważąco ręką i masowo łykałam kolejne gripexy i inne aspiryny na przeziębienie. Wtedy jeszcze święcie wierzyłam, że każdy katar i gorączka to zło, które trzeba jak najszybciej przegonić, a najlepiej zdusić w zarodku, jeszcze zanim się na dobre rozwinie. Nie rozumiałam istoty chorób, nie miałam pojęcia, że katar to w zasadzie dobre zjawisko, bo dzięki niemu wychodzi z ciała wszelka wilgoć. Nie pozwalałam sobie na gorączkowanie, które przecież stanowi pełną mobilizację organizmu do walki z chorobą, zbijając nawet lekki stan podgorączkowy. Byłam wege, ćwiczyłam, odżywiałam się zdrowo, ale miałam nikłe pojęcie o szkodliwości nadużywania leków i o przyczynach chorób. Tkwiłam w wirze pracy, wychowywałam samotnie małą Zu i ostatnie, na co miałam czas i ochotę, to leżenie w łóżku z gorączką i... ssanie oleju ;) Zależało mi na tym, żeby jak najszybciej wyzdrowieć, za wszelką cenę. Tak wtedy myślałam, teraz wiem, że to było błędne myślenie- bo jeżeli poświęcisz codziennie kilka chwila na zadbanie o siebie, jeżeli poświęcisz czas na zgłębienie zasad funkcjonowania organizmu, to nie będziesz musiała tracić czasu na chorobę. Bo tej choroby zwyczajnie nie będzie.


Metoda ssania oleju wróciła do mnie sześć lat temu, kiedy Zu zachorowała na niedoczynność tarczycy, a ja, kiedy chemiczne leki zawodziły, zaczęłam szukać alternatywnych metod leczenia. 

Jednak nie od razu postanowiłam wprowadzić tę praktykę w życie. Wracała do mnie jak bumerang, ale najpierw pojawiła się moja fascynacja Ajurwedą. Ajurweda to nie są żadne czary- mary ani zabobony, chociaż wiem, że wiele osób tak sądzi. Jest to starożytna wiedza, która została naukowo zbadana, a jej skuteczność jest potwierdzona wieloma badaniami akademickimi.  W Kanadzie uznawana jest za równorzędną z z medycyną klasyczną gałąź nauki. Współcześni ludzie, po wieloletnim zachłyśnięciu się antybiotykami, szczepionkami na absolutnie wszystko oraz chemicznymi lekami, powoli zaczynają zwracać się w stronę źródła, czyli natury. Ajurweda oznacza "wiedzę o życiu" i wywodzi się ze starej kultury wedyjskiej. Traktuje człowieka holistycznie, nie leczy poszczególnych organów, lecz cały organizm. 


Bardzo trafia do mnie ta filozofia, szukanie przyczyn chorób i leczenie ich, zamiast skupianie się tylko na objawach choroby. 

Przykład- ból głowy. Współczesny człowiek łyka tabletkę przeciwbólową i leci dalej. Ajurweda najpierw poszuka przyczyny bólu i usunie ją, korzystając z naturalnych metod. Wiele razy pisałam, że nie jestem przeciwna chemicznym lekom, ale najpierw ZAWSZE próbuję naturalnego leczenia, a przede wszystkim szukam przyczyny choroby. Właśnie dlatego tak bardzo zainteresowałam się Ajurwedą. Jakież było moje zdziwienie, kiedy w jednej z książek mistrza Ajurwedy Deepaka Chopry przeczytałam o płukaniu ust olejem kokosowym. Okazało się, że jest to praktyka znana od 5000 lat i że to nie jest żaden wymysł dzisiejszych czasów. Ajurweda zaleca płukanie ust olejem kokosowym, gdyż jest to jedna z najsilniejszych detoksykacji organizmu, a to właśnie w ustach, według tej filozofii, ma swój początek większość chorób narządów wewnętrznych. Tymczasem podczas standardowego szczotkowania ust usuwamy zaledwie 10% bakterii, przy czym płukanie oleju usuwa ich aż 60%. W naszych ustach żyje mnóstwo szkodliwych bakterii, drobnoustrojów czy pasożytów, które są odpowiedzialne nie tylko za rozwój próchnicy, ale również za choroby gardła, zatok, uszu, zapalenie stawów, łuszczycę i choroby serca. 


Już kilka tysięcy lat temu ajurwedyjscy lekarze odkryli, że płukanie ust olejem "wymiata" toksyny, wpływając na ogólny stan organizmu. W Ajurwedzie stosuje się olej kokosowy lub sezamowy, które mają właściwości oczyszczające, rozgrzewające, nawilżające i detoksykujące.


Jak płukać usta olejem i który olej wybrać?


Według mnie najlepiej sprawdza się olej kokosowy. Ma przyjemny smak, kremową konsystencję, właściwości antybakteryjne i silne działanie detoksykujące. Poza tym, co jest wyjątkiem wśród olei, wybiela zęby i zapobiega rozwojowi próchnicy. W połączeniu z żywokostem potrafi wręcz cofnąć próchnicę w początkowym stadium. Jednak olej kokosowy nie jest jedynym wyborem; możesz również użyć oleju sezamowego, słonecznikowego lub oliwę z oliwek. Ważne, żeby olej był dobrej jakości, najlepiej organiczny i pochodził z certyfikowanej uprawy. Płukanie ust olejową podróbą mija się z celem.

Rano, na czczo weź łyżeczkę oleju do ust i przez około 20 minut płucz nim zęby, dziąsła, gardło i migdałki, miejsca między zębami, pamiętając jednocześnie, żeby oleju nie połykać. To jest bardzo ważne, bo olej, którym płuczesz zęby, zawiera w sobie mnóstwo toksyn, których przecież chcesz się pozbyć. W tym czasie możesz robić inne czynności, nie wymagające mówienia, np. wziąć prysznic , nastawić wodę na herbatę czy przygotować dzieciom śniadanie. Po dwudziestu minutach wypluj olej, przepłucz usta wodą i dokładnie wyszoruj zęby i język. Postaraj się, aby w ustach nie zostały resztki oleju. 


Co dobrego daje płukanie ust olejem?


Oczyszczenie zatok, zdrowe gardło, gładka skóra, piękne włosy, wysoka odporność i totalna detoksykacja... ssanie oleju potrafi zdziałać cuda.


- lipidy zawarte w oleju wyciągają bakterie za zewnątrz, ale również zapobiegają przywieraniu zarazków do ścian jamy ustnej

- wzmacnia zęby i dziąsła, zapobiega próchnicy i krwawieniu dziąseł, przeciwdziała paradontozie

- pomaga w pozbyciu się nieprzyjemnego oddechu, działa jak drogeryjny płyn do płukania jamy ustnej, ale jest w pełni naturalny

- wybiela zęby (jeśli nie wierzysz, spójrz na Gwyneth Paltrow- ona od wielu lat płucze usta olejem i ma piękne białe zęby ;) )

- zapobiega suchości gardła, warg i jamy ustnej, leczy tzw. "zajady" w kącikach ust

- poprzez swoje właściwości nawilżające usuwa uporczywą chrypkę

- zmniejsza ból głowy lub wręcz usuwa go całkowicie (oczywiście nie po jednorazowym płukaniu, na efekty trzeba poczekać co najmniej kilka tygodni))

- leczy choroby i bóle zatok, również przewlekłe, odporne na atybiotyki nieżyty

- leczy anginę, choroby migdałków, uszu, ból gardła, ropnie migdałkowe

- skraca zapalenie oskrzeli i płuc

- wspomaga leczenie w zapaleniu stawów

- usuwa refluks, zgagę i niestrawność

- zwiększa energię, przeciwdziała depresji i spadkom nastroju

- oczyszcza z toksyn

- wspomaga równowagę hormonalną

- oczyszcza skórę, usuwa trądzik

- wzmacnia odporność


Co płukanie ust olejem dało mnie i Zu?


Po miesiącu płukania ust olejem kokosowym moje zęby stały się bielsze, dziąsła mocniejsze. Po kolejnym miesiącu skóra stała się gładsza, włosy bardziej błyszczące, paznokcie twardsze. Skończyły się moje problemy z poranną chrypką i suchością w gardle. Moja odporność jest znacznie większa, chociaż nie wiem na ile odpowiada za to olej kokosowy, a na ile cała reszta rzeczy, które robię, aby być zdrową. A co najważniejsze- moja co roczna styczniowa chandra nie daje mi się tak we znaki ;) Jestem ogromnie ciekawa jakie efekty będę miała po kolejnym miesiącu. Zu płucze usta olejem od miesiąca. Liczę na to, że pomoże jej to w walce w niedoczynnością tarczycy, Na chwile obecną widzę zdecydowaną poprawę w kondycji zatok- Zu miała problem z wiecznie zapchanym nosem- teraz jest o wiele, wiele lepiej.




Podsumowując- to działa! Nawet, jeżeli uważasz tę praktykę za dziwne czary mary, to chociaż spróbuj. Co Ci szkodzi? Ja u siebie zauważyłam spore zmiany, więc zamierzam kontynuować mój poranny rytuał. Napisz mi koniecznie co o tym sądzisz i czy kiedykolwiek próbowałaś płukania ust olejem?
Perełki stycznia.

Perełki stycznia.

Po dwóch miesiącach przerwy powracam z perełkami. Dlaczego nie z ulubieńcami? Perełki to coś więcej niż ulubieńcy. Perełki to najlepsze rzeczy, kosmetyki, książki, filmy, artykuły, inspiracje, jakie przyszły do mnie w mijającym miesiącu. Takie najlepsze z najlepszych. Coś, co sama sprawdziłam i chciałabym Ci polecić. Zapraszam na osiem perełek, które zachwyciły mnie w styczniu.



PEREŁKI STYCZNIA.





1. Naturalny peeling do twarzy i serum Asoa.


Coraz mocniej wsiąkam w świat naturalnych kosmetyków. Zauważyłam, że moja skóra pięknie mi się odwdzięcza za taką pielęgnację. Mam prawie 36 lat i z pełną odpowiedzialnością mogę napisać, że odkąd odstawiłam większość drogeryjnych kosmetyków i zaczęłam bazować na tych naturalnych, z krótkim, naturalnym składem- moja skóra odmłodniała o dobrych kilka lat. Czy można cofnąć zegar biologiczny? Można. Czy można odwrócić efekty starzenia? Można. Temat do kolejnego posta, tak myślę :) Po raz kolejny dochodzę do wniosku, że jednak to co naturalne, jest dla mnie najlepsze. W styczniu przyszły do mnie dwa kosmetyki marki Asoa. Ziarnisty peeling do twarzy i serum anti- age pod oczy z koenzymem Q10, baobabem i dziką różą. Oba kosmetyki pachną owocowo- ziołowo, czyli tak jak lubię. Peeling jest bardzo wydajny, wystarczy odrobina, aby poryć całą twarz, tak samo zresztą serum. Cząsteczki ścieralne w peelingu to pestki aronii, czarnej porzeczki oraz moreli, dodatek oleju kokosowego, arganowego, z awokado i pestek moreli sprawia, że peeling nie tylko ściera, ale również pielęgnuje skórę. Serum pokochałam od pierwszego użycia. Wystarczą dosłownie dwie krople na całą twarz i jedna na szyję. Szybko się wchłania, odżywia, nawilża, ujędrnia, nie pozostawia tłustej warstwy- dla mnie super. Oprócz olejów z baobaby i dzikiej róży zawiera również retinol, koenzym Q10 oraz witaminę C. Po wykonaniu peelingu i nałożeniu serum nie mam nawet ochoty przykrywać buzi makijażem, taka jest gładka i promienna. Hity stycznia!







2. Szałwiowy krem do rąk z dodatkiem zielonego kawioru Yope.


Moje dłonie zimą bardzo cierpią. Są suche, zaczerwienione, czasami nawet pękają. Zimą porządny , bogaty krem do rąk to podstawa. Odkąd używam szałwiowego kremu do rąk Yope, moje dłonie są w dużo lepszej kondycji. Jeszcze nie jest idealnie, ale jest to zdecydowanie najlepszy krem do rąk, jaki używałam tej zimy. Zapach szałwii jest specyficzny, mocno ziołowy, nie każdemu może się podobać, mnie bardzo pasuje. Plus za opakowanie w postaci tubki- na końcu spokojnie można tubkę rozciąć i wygrzebać końcówkę kremu.






3. EstroVita Skin na piękną cerę i EstroVita kids na odporność dla dzieci.


O Estrovicie pisałam już tutaj jako o jednej z tych rzeczy, które dbają o moja odporność zimą. Jestem w trakcie picia trzeciej buteleczki, więc spokojnie mogę ją nazwać perełką całej zimy, nie tylko stycznia. Nie do końca wierzyłam w jej cudowną moc odmładzająca i uodparniającą, ale po skończeniu pierwszej buteleczki zauważyłam kolosalną różnicę w mojej skórze. Nie pojawiają już mi się żadne niedoskonałości, a miało to zawsze miejsce przed miesiączką, skóra jest dobrze odżywiona, nawilżona, promienna. Drobne zmarszczki wygładziły się. Wszystko to za sprawą dużej ilości zdrowych kwasów tłuszczowych, kolagenu i koenzymu Q10. Nie wierzę z zasady w specyfiki, które mają nas odmłodzić, odchudzić itd., ale w tym wypadku Estrovita dzięki swojemu super składowi działa cuda. Zu i Mimi codziennie przyjmują EstroVitę Kids- witaminę D z kwasami omega- na odporność. 



4. Książki w duchu slow- "Trening w rytmie slow", "Holistyczne ścieżki zdrowia" i "Kobieta w związku z naturą".


W styczniu w mojej biblioteczce pojawiło się sporo książkowych nowości. Teraz już mogę powiedzieć, że tworzy się moja całkiem pokaźnych rozmiarów slow biblioteczka pełna inspirujących tytułów. Te trzy towarzyszyły mi przez cały styczeń. 

- "Trening w rytmie slow." Katarzyny Grządki- książka o indywidualnym podejściu do aktywności fizycznej, bez spiny, bez presji, z szacunkiem do samego siebie. Pozycja, która raczej nie przyda się osobie zajmującej się sportem zawodowo czy mocno osadzonej w sportowym świecie, ale dla każdego, kto dopiero stawia pierwsze kroki na macie lub nieco zagubił się w czasami nierealnych oczekiwaniach świata, wymaga od siebie zbyt wiele i źle się z tym czuje- będzie świetna. U mnie stoi na półce w charakterze "przypominajki", będę do niej zaglądać za każdym razem, kiedy zapomnę, że ruch to radość :) Szersza recenzja tutaj.

- "Holistyczne ścieżki zdrowia" Oriny Krajewskiej- kurczę no.... byłam pewna, że "połknę" tę książkę w dwa dni, że to taka lekka, łatwa i przyjemna lektura, a tu zonk. Książka jest tak naładowana informacjami, wiadomościami i dobrą, porządną wiedzą, że nie da się przeczytać jej szybko. Dawkuję ją sobie po kilka stron dziennie zazwyczaj przed snem, odkładam, żeby te wszystkie informacje mogły się we mnie "uleżeć". Książka została napisana w formie wywiadów z lekarzami reprezentującymi różne dziedziny związane ze zdrowiem człowieka. To przewodnik dla tych, którzy chcą zadbać o swoje zdrowie holistycznie, czyli leczyć całość, a nie tylko poszczególne choroby.

- "Kobieta w związku z naturą" Anny Ras Menet- magiczna książeczka :) niezależnie od tego, na której stronie otworzysz tę małą książeczkę, możesz zacząć czytać właśnie w tym miejscu, chociaż warto zachować pierwotny pomysł czytania jej według miesięcy- bo tak jest podzielona. Na każdy miesiąc przypada po kilka rozdziałów, a po każdym rozdziale jest miejsce na własne notatki. Książka została napisana w postaci krótkich przemyśleń na temat kobiecości jako takiej, związków kobiety z naturą, z cyklami Księżyca itd. 



5. Planner na 2019 rok "Powidoki".


Planner, na który czaiłam się od dwóch lat, nareszcie trafił w moje ręce. W poprzednim wpisie wspominałam, że jestem maniaczką wszelkich notesów, zeszytów i kalendarzy, i że zawsze miałam ich nadmiar. Od kilku lat dbam o to, żeby mieć jeden kalendarz, ale za to porządny. Stawiam na plannery. Wybór kalendarza- plannera to poważna sprawa, bo wiem, że ma towarzyszyć mi codziennie przez kolejne dwanaście miesięcy. Musi być dobrze wykonany, solidny, z dużą ilością miejsc na notatki. No i ładny. Jeśli mam z czegoś korzystać przez ponad 300 dni dzień w dzień, to zdecydowanie musi to być miła dla oka rzecz. Planner Powidoki jest najładniejszym plannerem, z jakim do tej pory się spotkałam. W 100% odpowiada mojemu gustowi. Piękna, marmurkowa okładka ze złotymi okuciami przyciąga wzrok- wybrałam wersję czarną, na stronie można kupić również białą i różową. Ładna czcionka, którą wypisane są dni tygodnia, cytaty na każdy dzień, trzy zakładki, a do tego każdy dzień na osobnej stronie. Gdybym mogła coś zmienić, to dodałabym więcej miejsca na notatki na końcu. 






6. Miseczka kokosowa, bambusowa słomka i drewniana łyżeczka.


Zestaw od CocoBowls Warsaw oczarował mnie od pierwszej chwili. Miseczka z kokosa od dawna była moim marzeniem, oczyma wyobraźni widziałam ją napełnioną owocami, musami owocowymi, smoothie... Kiedy dostałam przesyłkę od CocoBowls, zwariowałam! Oczywiście używam jej codziennie, napełniam sałatkami, owocami, szejkami i czuję się jak na tropikalnej wyspie co najmniej ;) Mam również bambusową słomkę i drewnianą łyżeczkę, z których korzystam równie intensywnie. Taka słomka to super alternatywa dla plastikowych, szkodliwych słomek. Słomka z bambusa jest wielorazowego użytku, a jeśli ją wyrzucisz, to szybko się rozłoży, nie zatruwając przy tym środowiska. Już nie mogę się doczekać lata i tych wszystkich smoothie bowls, jakie będę sobie serwowała na śniadania :)




7. Poranny napój zamiast kawy.


Nadejszła wiekopomna chwila.... jakby to rzekł Pawlak (czy może Kargul? mniejsza z tym). Po wielu, wielu, naprawdę wieeeeeelu latach codziennego picia kawy, postanowiłam z dnia na dzień ją rzucić. Dlaczego? Ponieważ mi szkodzi. Odpowiedź jest banalnie prosta, nie idzie za tą decyzją żadna większa idea, po prostu mój brzuch nie współpracuję dobrze z kofeiną. Oszczędzę Ci opisu rewelacji, jakie zaczęły się dział po wypiciu małej czarnej... Od dwóch tygodni nie piję kawy, a zamiast niej serwuję sobie napój z imbirem i cytryną. Jak go przygotowuję? Do słoika wlewam sok wyciśnięty z jednej cytryny i z jednej pomarańczy, dodaję kilka plasterków świeżego imbiru i zalewam gorąca wodą. Kiedy przestygnie, dodaję łyżeczkę miodu. Pierwsze kilka dni bez kawy były koszmarne.... Bolała mnie głowa, całe ciało krzyczało- daj mi, babo, kawy, kawusi!! Od tygodnia nic, zero objawów, za to okazało się, że bez kawy się da. Czuję się lepiej, a poranny napój smakuje mi zdecydowanie bardziej niż kawa. Jestem we wielkim szoku, że tak łatwo i tak szybko przyszło mi zrezygnować z kawy.


8. Ulubione konto na IG.


Ellen Fisher :) Mama trójki dzieci, która mieszka na Hawajach, żyje w zgodzie z naturą i żywi swoją rodzinę wegańsko. Mnóstwo inspiracji nie tylko kulinarnych, ale również parentingowych, do tego te przepiękne widoki...<3 nbsp="" p="">








Tutaj możesz obejrzeć poprzednie perełki: KLIK



Tego już nie kupuję! Czyli z czego zrezygnowałam całkowicie, co ograniczyłam i dlaczego żyje mi się dzięki temu łatwiej.

Tego już nie kupuję! Czyli z czego zrezygnowałam całkowicie, co ograniczyłam i dlaczego żyje mi się dzięki temu łatwiej.

Konsumpcjonizm opanował świat. Ludzie kupują coraz więcej, ścigają się w zdobywaniu przedmiotów, zupełnie jakby brali udział w konkursie na największą ilość posiadanych rzeczy. Najnowszy model IPhone, najdroższa szminka, osobna garderoba na buty, osobna na torebki, niedzielny obiad w najdroższej restauracji, wakacje w tropikach all inclusive oczywiście, wózek dla dziecka z najwyższej półki... i to wszystko obfotografować, wrzucić do sieci, pochwalić się, zebrać jak najwięcej lajków i szerów. Jeśli ktoś tak lubi, to ok. Jeśli potrafi znaleźć w tym wszystkim zdrowy balans, też ok. Szkoda tylko, że tak wielu ludzi kolekcjonuje rzeczy, goniąc wciąż za nowym, większym, lepszym, zamiast kolekcjonować przeżycia, doświadczenia, wspomnienia... Co się będzie liczyło tego ostatniego dnia Twojego życia- to, że miałeś czy to, że byłeś?  




Tak sobie myślę, że hasło "mniej, ale lepiej" powinno być właściwie hasłem przewodnim tego bloga bo powtarzam je bardzo często, wręcz do znudzenia. To prawda. Mniej, ale lepiej- towarzyszy mi już od kilku lat niemal w każdej dziedzinie życia. Najbardziej uwidacznia się we wszelkiego rodzaju zakupach, ale również w jedzeniu i kosmetykach, które mam na półce w łazience. Nie cierpię bylejakości, zwracam uwagę na to, z czego dana rzecz została wykonana, kto ją zrobił i w jakich warunkach. Z całego serca popieram ideę fair trade. Jestem estetką, kocham piękne przedmioty, więc całkowita rezygnacja z posiadania jest dla mnie niemożliwa. Nie odbiorę sobie przyjemności bycia właścicielką pięknych rzeczy, nie ma takiej opcji. Żadna tam ze mnie ascetka, skrajny minimalizm też nie jest dla mnie. Mimo wszystko ciągle konsekwentnie dążę do redukcji posiadanych przeze mnie przedmiotów, marzy mi się dom wypełniony rzeczami, których naprawdę potrzebujemy i które mają dla nas znaczenie. Wciąż uczę się jak kupować mniej, ale za to mądrze. Patrząc na samą siebie sprzed 5-10 lat, czuję wielką dumę, bo udało mi się znacząco zmienić sposób postrzegania przedmiotów. Z niektórych rzeczy zrezygnowałam całkowicie, kupowanie innych mocno ograniczyłam. I jest mi z tym dużo lepiej :) 



1. Przetworzone jedzenie, gotowe dania, słodkie napoje, przekąski.


Nawet nie wiesz jak często słyszę lub czytam: "jadłabym zdrowiej, ale nie mam na to pieniędzy", "nie stać mnie na zdrową dietę", "weganizm jest drogi!", "jem tak jak jem (czyt. niezdrowo), bo muszę oszczędzać" itd. itp. Nie rozumiem skąd wziął się powszechny pogląd, że zdrowe jedzenie jest drogie. Owszem, jeśli zamierzasz bazować tylko na modnych ostatnio zagranicznych superfoods, na egzotycznych owocach, obcobrzmiących olejach czy suplementach, nie wyrobisz finansowo na zakrętach. I szybko się zniechęcisz- fakt. Tymczasem prawdziwa, zdrowa wege dieta jest jedną z najtańszych diet, jak znam. Odkąd bazuję na warzywach, sezonowych owocach, kaszach, soczewicy i dobrej jakości olejach, gotowanie stało się i prostsze, i tańsze. Np. gotując zupę na bazie warzyw z dodatkiem kaszy i dobrej jakości oleju masz danie, którym naje się cała Twoja rodzina, a zapłacisz za nie kilkanaście złotych. W mojej spiżarni nie ma miejsca na chipsy, gotowe dania, ociekające cukrem soki czy kiepskiej jakości słodycze. Raz na jakiś czas dzieciaki jedzą takie rzeczy, wiadomo, ale jest to raczej traktowane w kategorii "cheat meal", a nie codziennej diety.


2. Pamiątki z wakacji.


Każdy rodzic to zna- nadmorski deptak (lub zakopiańskie Krupówki, ewentualnie ulica pod ciechocińskimi tężniami) pełen straganów z kolorowym badziewiem, a przy każdym straganie co najmniej kilkoro maluchów rozpaczających wniebogłosy, bo nie dostały kolejnego balona, samochodziku czy ciupagi (ciupagi nad morzem to hit hitów, nie sądzisz? ;) ). Kiedy Zu była mała, ulegałam temu wakacyjnemu szałowi zakupowemu, a potem przywoziłam do domu stertę niepotrzebnego plastiku, którym Zu pobawiła się chwile i rzuciła w kąt. Takie wakacyjne pamiątki służą jedynie wyciąganiu kasy od turystów- rodziców, bo nie wierzę w to, że wymarzoną pamiątką z Sopotu jest dla kogo ciupaga albo plastikowy gwizdek? Trochę to trwało, ale nauczyliśmy córki, że z wyjazdu (niezależnie od tego czy wyjeżdżamy na weekend, czy na dwa tygodnie, czy na miesiąc) mogą sobie przywieźć jedną pamiątkę. Jedną. Z wielką radością zauważyłam, że kiedy wiedzą, że pamiątka będzie jedna, wybierają ją staranniej i ta rzecz jest zwyczajnie lepszej jakości. Zwłaszcza Zu zaskakuje mnie w tym temacie. Cudownie jest obserwować, jak doceniają proste pamiątki typu szyszki, bursztyny, kamyczki czy kwiaty, które potem Zu zasusza w notesie. Ja natomiast ze wszelkich wyjazdów lubię przywozić przepisy, lokalne produkty typu przyprawy, wino, no i masę zdjęć, czyli takie rzeczy, których nie kupię lokalnie, a które wiem, że mi się przydadzą.


3. Ozdoby, czyli tak zwane durnostojki.


Vel kurzołapki. Wiesz o co chodzi, prawda? To ta cała masa pierdółek, figurek wszelkiej maści i rodzaju, które stoją na półkach i poza zbieraniem kurzu niczego nie wnoszą. Nigdy ich nie lubiłam, niektóre trzymałam z sentymentu, bo kiedyś od kogoś dostałam, niektórych szkoda mi było wyrzucić... Doszło do tego, że miałam półki zawalone figurkami, które nawet mi się nie podobały i które były koszmarnie upierdliwe w czyszczeniu. Kilka lat temu oddałam wszystkie. W tej chwili mam na półce jednego, kryształowego anioła, którego dostałam od mojej córki Zu, ale zupełnie nie traktuję go w kategoriach durnostojki :) To jest jedna z tych ważnych rzeczy, którymi chcę wypełnić dom.


4. Notesy, zeszyty, bruliony, zapas kalendarzy.


Jestem maniaczką notesów! Naprawdę podejrzewam siebie o jakieś zboczenie w tej materii, na szczęście w tej chwili już jako tako nad tym panuję ;) Uwielbiam piękne kalendarze, kolorowe notesy, zeszyty w wypisanymi na pierwszej stronie hasłami motywacyjnymi, plannery, samoprzylepne karteczki.... I wszystko byłoby w porządku, gdybym kupowałam tego tyle, ile naprawdę potrzebuję. Niestety latami gromadziłam wszelkie papiernicze cudeńka- jak jakiś chomik normalnie. Aż w końcu miałam całą szufladę czystych, niezapisanych zeszytów, a mimo to kupowałam nowe. Po wejściu do TK Max'a, Empiku lub innego sklepu z działem papierniczym zachowywałam się jak jakiś głupek, biegając od półki do półki i zapełniając kosz na zakupy kolejnymi notesami. W końcu powiedziałam stop. Teraz na bieżąco zużywam moje zapasy, dokupując tylko to, czego potrzebuję. Ograniczam się do jednego kalendarza, ale za to porządnego, który pomieści wszystkie moje plany i ważne daty. Na ten rok mam planner idealny! Nareszcie na taki trafiłam. Niebawem o nim napiszę, bo jest warty polecenia!


5. Suplementy, lekarstwa.


Zanim pomyślisz sobie, że oszalałam, pozwól, że się wytłumaczę. My, jako Polacy, mamy skłonność do lekomanii. Piszę to w pełni świadomie, uzbrojona w wyniki najnowszych badań. Jesteśmy w niechlubnej europejskiej czołówce krajów kupujących największą ilość leków. Masowo kupujemy suplementy i leki bez recepty, wierząc, że chemiczne kolorowe pigułki zapewnią nam zdrowie, urodę i szczupłą sylwetkę. Łykamy więc suplementy odchudzające, na sen, na porost włosów, na lepszy nastrój... Zdarza nam się zażywać środki przeciwbólowe profilaktycznie (!!) jeszcze zanim pojawi się ból lub kiedy jest delikatny. Jestem totalnie przeciwna masowemu przyjmowaniu witamin "na wszystko", wszelkich środków poprawiających sztucznie samopoczucie czy nasennych, a łykanie przeciwbóli jak cukierków to już w ogóle całkowite bajlando jak dla mnie. W mojej apteczce znajdziesz tylko niezbędne leki (np. na tarczycę dla Zu), a z suplementów witaminę D plus kwasy omega 3-6-9 dla mnie i dla dzieci. M. z kolei jest wierny swojemu tranowi. I to wszystko. Jestem zwolenniczką naturalnych metod leczenia w pierwszej kolejności, a dopiero kiedy one sobie nie radzą, sięgania po chemiczne środki. Póki co- to działa.


6. Kosmetyki.


Nawet nie wiesz ile ja kiedyś miałam błyszczyków... Walały się wszędzie, po szufladach, w torebkach, kieszeniach, a ja wciąż kupowałam nowe. Tak samo z lakierami do paznokci, cieniami do powiek i balsamami do ciała. Bo nowy ocień, malinowy zapach, bo obniżka, bo okazja, bo to, bo tamto. Spokojnie moimi kosmetykami mogłabym obdzielić połowę drogerii. Chyba nie muszę pisać, że większości z tych kosmetyków nigdy nie użyłam? Części nie zdążyłam, bo się przeterminowała, część kompletnie do mnie nie pasowała np. brokatowy niebieski cień do powiek... Pewnego dnia trafił mnie przysłowiowy szlag i wywaliłam 99% zawartości łazienkowych półek. Teraz mam niewiele kosmetyków zarówno kolorowych, jak i pielęgnacyjnych, ale są to kosmetyki z dobrym składem, świetnej jakości, całkowicie to mnie pasujące. Wiem w jakim makijażu wyglądam dobrze i nawet nie patrzę w stronę brokatu, niebieskiego koloru czy neonowych lakierów do paznokci. Kupuję jeden- dwa kosmetyki na miesiąc, ale są to przemyślane zakupy. Wolę wydać więcej, ale mieć pewność, że ten jeden kosmetyk zrobi mi dobrze.


7. Buty, torebki, paski, dodatki.


Jestem typową kobietą, uwielbiam piękne buty i torebki. Kiedyś moje uwielbienie do nich oznaczało kupowanie każdej torebki i każdej pary butów, jakie tylko mi się spodobały. Efekt? Pięć par identycznych szpilek różniących się tylko kolorem. Sześć par czarnych kozaków. I tak dalej, i tak dalej... W okresie, kiedy nie zwracałam uwagi na jakość rzeczy, które kupuję i noszę, jedynym kryterium było moje "podobanie się". Podoba mi się? No to dawaj do kasy! Jakość? Eee tam, mniejsza z nią. Tym sposobem wciąż kupowałam, używałam i wyrzucałam, następnie kupowałam nowe... Z chwilą, gdy zaczęłam zwracać uwagę na jakość oraz na ponadczasowe style, zakupowe szaleństwo znacząco się zmniejszyło. Okazało się, że kupując jedną, porządną parę butów, nie muszę kupować kolejnej, bo zwyczajnie dobre buty nie niszczą się i zawsze ładnie się prezentują. Ta zasada dotyczy również torebek i wszelkich dodatków typu paski, czapki, apaszki itd. Naprawdę nie potrzebujemy dodatków we wszystkich kolorach tęczy, wystarczy mieć ich kilka, ale za to porządnych, klasycznych, pasujących do wielu zestawów.




8. Biżuteria.


Kojarzysz może te stanowiska przy kasach w sieciówkach pełne biżuterii i zegarków za kilka złotych? Tak, mam za sobą etap masowego kupowania takich pierdółek. Raz- szybko się niszczyły. Dwa- wyglądały tandetnie. Trzy- miałam tego tyle, że wysypywały mi się z koszyczka, tworząc niezły chaos. Teraz mam niewiele biżuterii i jeden zegarek, który dostałam od M. kilka lat temu. Mam jedne kolczyki "imprezowe" i dwie pary kolczyków codziennych, jeden sznurek perełek, które odziedziczyłam po cioci- czyli wiem, co mam, wiem, że moja biżuteria jest dobrej jakości, do większości posiadam certyfikaty, pasuje na wiele okazji i z całą pewnością posłuży również moim córkom. Jeśli kupuję coś nowego, to jest to zawsze przemyślany zakup. Teraz czaję się na piękne kolczyki w kolorze butelkowej zieleni- to mój ulubiony kolor- ale poczekam spokojnie do wyprzedaży :)


-> PRZECZYTAJ: DEKALOG ŚWIADOMEGO KONSUMENTA

9. Środki czystości.


Jeśli wydaje Ci się, że tutaj za mocno pocisnęłam, to spieszę z wyjaśnieniami, że owszem używam środków czystości, ale całkiem niedawno odkryłam, że samemu można sporządzić wiele domowej roboty środków do mycia fug, podłóg czy okien. Naturalne, bez chemii, ładnie pachnące za sprawą dodatku olejków eterycznych, a czyszczą dokładnie tak samo jak chemiczne środki. To pozwala na spore ograniczenie zakupów w dziale z chemią domową. Szykuję post z recepturami na takie naturalne środki czystości, mam nadzieję, że zainspiruję również Ciebie do takich zmian :)


10. Zabawki.


Urodziny i Boże Narodzenie to dwie okazje, kiedy spełniają się zabawkowe marzenia moich córek :) Imieniny, dzień dziecka, Wielkanoc to dni, kiedy prezenty są raczej upominkami. Nie mamy w zwyczaju zasypywać dzieci zabawkami bez okazji. Oczywiście zdarza się, że będąc w sklepie na rodzinnych zakupach "naciągną" nas na jakiś drobiazg, czekoladowe jajo czy gazetkę z zabawką, ale nie dzieje się to zbyt często. Już kiedy Zu była małą dziewczynką mocno ograniczyłam ilość plastikowych, grających i świecących tak zwanych zabawek edukacyjnych, bo zauważyłam, że poza przebodźcowaniem dziecka niewiele mają wspólnego z edukacją. Dziecko, które otrzymuje grającą, mówiącą, śpiewającą zabawkę z milionem przycisków i pokrętełek, "bawi się" naciskając guziczki. Wtedy zabawka robi swoje, czyli... hałasuje w większości przypadków. Co to za zabawa? Uwielbiam mądre zabawki dla dzieci- drewniane klocki, drewniane domki dla lalek, szmaciane lalki, misie i zajączki, wszelkie planszówki (możesz dobrać odpowiednie również dla 3-latka), labirynty, puzzle i kolorowanki. O książeczkach nie będę nawet wspominać, bo to oczywiste. Przy Zu byłam mniej konsekwentna i pozwoliłam na napływ plastikowego edukacyjnego szitu, za to przy Mimi staram się mądrzej dobierać zabawki i widzę, że młodsza potrafi bawić się pięknie nawet przysłowiowym kawałkiem patyku, tworząc przy tym całe historie. Tak więc i tutaj stosuję zasadę- mniej, ale lepiej.


11. Bo wyprzedaż, bo tanio.


Ughhh moja zmora przez niemal całe dorosłe życie. Nie będę się rozpisywać, bo podejrzewam, że każda z nas wie o czym mówię. Pomarańczowe plakaty z napisem 75% OFF działają tak, jak marketingowcy przewidzieli. Lecimy do tego jak muchy na lep. Łapiemy się, wrzucamy do koszyka co popadnie, bo wyprzedaż, bo tanio, bo okazja, a potem przynosimy do domu całe worki z ubraniami, które założymy raz lub wcale... To nie jest tak, że w ogóle nie kupuję w sieciówkach ani że nie korzystam z wyprzedaży. Zdarza mi się. Najczęściej upatrzę wcześniej jakąś rzecz, a potem w czasie wyprzedaży idę tylko po nią- to trudne, ale da się, słowo.


12. Reklamówki.


Nie jestem święta. Czasami chwycę w biegu plastikowy woreczek, zwłaszcza kiedy robię niezaplanowane zakupy i zapomnę zabrać z domu materiałową torbę. Staram się jednak, aby takie sytuacje miały miejsce jak najrzadziej. Przy kupowaniu owoców nie wrzucam ich do foliowych woreczków. Poza tym... używanie reklamówek to obciach :) W dobie walki z zalewającym nas plastikiem, modnie jest wrzucać zakupy do torby wielorazowego użytku z jakimś fajnym nadrukiem.




Tak jak pisałam wcześniej, dążę do ograniczenia posiadanych rzeczy i do mądrego kupowania, ale w życiu potrzebna jest tez odrobina szaleństwa, więc zakupowy flow również uprawiam do czasu do czasu :) Najgorsze co można sobie zrobić, to zamknąć się w getcie własnych przekonań- żadna skrajność nie jest ok.




Czy Ty również starasz się ograniczać zakupy, robisz je świadomie i w sposób przemyślany, czy raczej idziesz na żywioł? Daj znać! :)


"Trening w rytmie slow."- książka Katarzyny Grządki pozycją obowiązkową dla każdej kobiety.

"Trening w rytmie slow."- książka Katarzyny Grządki pozycją obowiązkową dla każdej kobiety.

Katarzyna Grządka to autorka bloga www.treningnabosaka.pl oraz specjalistka od ruchu, która przez całe swoje życie związana była z aktywnością fizyczną. Od zawsze interesowała się zdrowiem, a od 2009 zajmuje się tym tematem zawodowo. Jej blog to prawdziwa kopalnia wiedzy dla każdego, kto ćwiczy lub planuje rozpocząć przygodę z matą. 

(fot. z książki "Trening w rytmie slow")



Bardzo się cieszę, że książka Kasi Grządki "Trening w rytmie slow. Dbaj o siebie, ćwicz i żyj w zgodzie z naturą" trafiła w moje ręce właśnie w tym momencie mojego życia. Kolejny raz przekonałam się, że przypadki nie istnieją. W momencie, kiedy  na małą chwilkę zapomniałam, jak ważne jest indywidualne podejście do tematu aktywności fizycznej, kiedy zaczęłam wyrzucać sobie, że za mało ćwiczę (czytaj- nie pocę się jak świnka), przyszła do mnie paczka od Wydawnictwa Helion, w której między innymi znalazłam tę książkę. Najpierw tylko ją przekartkowałam. Pierwsze wrażenie? Piękne wydana pozycja, z dbałością o każdy szczegół, przyjemne dla oka zdjęcia, ładny papier. Kolorystyka utrzymana w łagodnych tonach, więc ja, jako estetka, byłam więcej niż zadowolona. Później zaczęłam czytać. I bach! Po kilku pierwszych stronach już wiedziałam, że to jest właśnie to, czego w tej chwili potrzebuję! Na początku byłam pewna, że "połknę" tę książkę w dwa wieczory i zapewne tak by się właśnie stało, bo czyta się ją jednym tchem, ale świadomie rozłożyłam sobie czytanie na kilka dni. Są czasami takie książki, których nie da się przeczytać od razu. No nie da się i już! To jest właśnie jedna z nich. Codziennie dawkowałam sobie jeden rozdział, skrupulatnie wykonywałam ćwiczenia oraz zadania, które umieszczone zostały na końcu każdego z nich i obserwowałam do czego mnie to zaprowadzi.



Ale od początku....

Odkąd pamiętam, jestem aktywna fizycznie. Oczywiście miałam jakieś dłuższe przestoje w życiu, kiedy odkładałam ruch na bok, ale zawsze to było chwilowe. Prędzej czy później wracałam do ćwiczeń. Lubię ten wyrzut endorfin, poczucie kontroli nad ciałem, relaks, który przychodzi wtedy, kiedy się zmęczę. Niestety żyjemy w świecie, w którym panuje kult idealnej sylwetki, wiecznie młodej twarzy i doskonałego życia. Kobieta musi. Musi, bo inaczej jest niewystarczająco- dobra, sprawna, ogarnięta, mądra. Trenerki fitness zarabiają krocie, obiecując kobietom zmianę całego życia wraz z utratą kilogramów. A my? My przekazujemy sobie z rąk do rąk diety- cud oraz rozpiski treningowe, biegamy mimo że nienawidzimy biegać, podnosimy ciężary, bo chodzenie na siłownię jest teraz modne. Jeśli opuszczamy trening, jesteśmy na siebie złe. Obserwuję to wśród znanych mi kobiet, nie u wszystkich oczywiście, ale przyznaj, że mamy tendencję do wymagania od siebie zbyt wiele. Ja również taka byłam. Wydawało mi się, że jeśli nie lubię biegać, to nie ćwiczę dość intensywnie. Efekt? Frustracja i poczucie winy. Ola, Iza, Hania ćwiczą, a ja co?? Dopiero kilka lat temu pozwoliłam sobie na odpoczynek. Olałam wszelkie dietowe i treningowe mody i zaczęłam wsłuchiwać się w siebie. Trochę to trwało, ale już wiem, co lubię, a czego nie. Wiem, jakie ćwiczenia sprawiają mi radość, a jakich nie znoszę. Dzisiaj regularnie ćwiczę power jogę, callanetics i pilates, przeplatają to nordic walkingiem i jazdą na rowerze. Myślę o zapisaniu się na pole dance? Że niby za stara jestem? C'mon! ;)



Mimo wszystko na fali noworocznych postanowień, pojawiających się zewsząd jak grzyby po deszczu, zaczęły dopadać mnie wątpliwości.. a co jeśli to co robię to za mało? I wtedy przyszła do mnie Kasia Grządka, Jej blog i ta cudowna książka. Raz, dwa postawiła mnie do pionu i przypomniałam o tym, że każda z nas jest inna. Mamy różne historie, zupełnie inne temperamenty i potrzeby. Bez sensu jest więc wciskać się na siłę w rany, które zostały stworzone dla ogółu. Jeśli coś jest dla wszystkich, to tak naprawdę jest dla nikogo. Trening w rytmie slow to wbrew tytułowi nie są ćwiczenia, które wykonujemy powoli, w ślimaczym tempie, ale w swoim własnym indywidualnym rytmie. Wiele z nas żyje wbrew swoim naturalnym predyspozycjom. Próbujemy doścignąć jakiś wyimaginowany ideał, biegniemy przed siebie na oślep, ignorując sygnały wysyłane przez ciało. Chorujemy i fizycznie, i emocjonalnie. Trening, który miał służyć zdrowiu, staje się mieczem obosiecznym, który nas rani. Jak wiele z nas pozwoliło sobie wmówić, że będziemy zdrowe, szczęśliwe i spełnione, kiedy pobiegniemy w maratonie/ będziemy codziennie chodzić na siłownię/przepłyniemy 10 długości basenu lub cokolwiek innego, na co nie masz ochoty, ale przecież trzeba.... 



Książka "Trening w rytmie slow" pięknie ustawia w głowie priorytety. Tłumaczy to, co przecież powinno być oczywiste, a tak często staje się zapomniane w tej chorej pogodni za ideałem- że każda z nas jest indywidualnością i każdej z nas należy się dużo uwagi, ciepła i zwyczajnej kobiecej troski. Od siebie dla siebie samej. Każda z nas może, a wręcz powinna ćwiczyć- dla zdrowia, rozładowania stresu, dla ładnej sylwetki również. Jednak każda z nas powinna znaleźć taką aktywności, która będzie dawała przede wszystkim radość! Co z tego, że zmusisz się do pójścia na siłownię, jeśli szczerze tego nie znosisz? Trening będzie ci się kojarzył z przymusem, a nie z radością... W dobie wszechobecnego fit, pozycja slow była bardzo potrzebna na rynku. W książce znajdziesz sporą dawkę motywacji do dbania o siebie nie tylko fizycznie, ale również emocjonalnie. Wszystko bez presji, spokojnie i z szacunkiem do samego siebie. Bardzo spodobały mi się ćwiczenia oraz zadania, które są umieszczone na końcu każdego rozdziału- polecam wykonać je wszystkie, bez omijania tej części- zastanowić się nad sobą i szczerze wypełnić puste pola. Fajnie, że z tyłu książki Autorka przewidziała sporo miejsca na notatki. Moje strony są już całe zabazgrolone przemyśleniami, jakie nasunęły mi się w trakcie lektury. Z całą pewnością jest to książka, do której będę wracać zawsze wtedy, kiedy poczuję, że jestem niewystarczająco fit :)






Książkę możesz kupić tutaj.



...




Moja biblioteczka slow się rozrasta :) Już niedługo recenzje kolejnych książek. 



Jak dbam o dobre samopoczucie i odporność zimą?

Jak dbam o dobre samopoczucie i odporność zimą?

Z zasady staram się nie narzekać, nie marudzić i smęcić. Jak ognia unikam ludzi, którzy latem złorzeczą na upał, zimą na śnieg, wiosną na ćwierkające ptaki, a jesienią na spadające liście. Na słowa, jakże często ostatnio przeze mnie słyszane, "byle do wiosny" reaguję wręcz alergicznie. 

Mieszkamy w miejscu, gdzie występuje sezonowość. Mamy cztery pory roku i strzałem w kolano byłoby narzekać na trzy pory czerpiąc radość tylko z lata. Wychodziłoby na to, że przez większość życia bylibyśmy nieszczęśliwi, tkwiąc we wiecznym oczekiwaniu na słońce, wiosnę, ocieplenie/ ochłodzenie... Nauczyłam się cieszyć każdą porą roku, czerpiąc z niej ile się da. Mimo wszystko są dwa miesiąc, które przechodzę najciężej i które dłużą mi się niczym przysłowiowe flaki z olejem. To styczeń i luty. Zazwyczaj wtedy czuję największe zmęczenie zimą, chorobami swoimi i dzieci, brakiem słońca, ograniczoną ilością owoców i warzyw. Wyczekuję wiosny jak zbawienia. Co roku obiecuję sobie, że teraz będzie inaczej, że ogarnę jakoś ten spadek nastroju, który mnie zazwyczaj wtedy dotyka i co roku mi się nie udaje. Chociaż powinnam może napisać- nie udawało się- bo w tym roku jest nieco inaczej. Zdecydowanie czuję różnicę na plus. Pracę nad tym, aby zima upłynęła mi w zdrowiu i w dobrym nastawieniu rozpoczęłam już jesienią. Dzisiaj, kiedy zostało nam zaledwie kilka dni do końca stycznia, mogę powiedzieć, że jest to moja najlepsza zima od wielu, wielu lat. Nie jest idealnie, ale czuję, że podążam właściwą drogą. Przede wszystkim- NIE CHORUJĘ. To jest naprawdę wielka rzecz, bo odkąd pamiętam zimą bardzo, bardzo często się przeziębiałam. Raz na jakiś czas zdarzyło się jakieś zapalenie ucha, krtani czy oskrzeli, ale przeziębienia, katar, bóle gardła, głowy, gorączka to była norma. Tej jesieni i zimy byłam przeziębiona, uwaga, RAZ- we wrześniu, kiedy Zu przyniosła ze szkoły jakiegoś wirusa. Katar i lekki ból gardła trwały około 3 dni. Od tamtej pory, odpukać, nic a nic. Jak to się stało, że ktoś, kto męczył się z nawracającymi infekcjami i kto przez całą zimę smęcił, cierpiał na spadek formy i nastroju, czuje się tak dobrze? Zapraszam do czytania :)


MOJE SPOSOBY NA DOBRE SAMOPOCZUCIE I ODPORNOŚĆ ZIMĄ.



1. Co rano płuczę usta olejem kokosowym. 


Od niedawna robi to również moja starsza córka Zu. Czynność, której do końca nie rozumiałam, okazała się być zbawienna nie tylko na stan uzębienia (działa antybakteryjnie, wybielająco, a w połączeniu z żywokostem jest w stanie cofnąć pierwsze stadium próchnicy- serio, sprawdzone), ale również na wszelkie choroby i stany zapalne górnych dróg oddechowych. Wyciąga toksyny z organizmu, działa przeciwzapalnie, antybakteryjnie i uodparnia. Po tygodniu płukania ust olej, który wypluwałam, wyglądał obrzydliwie, ale nie będę o tym się rozpisywać, sorry ;) Po obudzeniu i wypiciu szklanki wody, biorę do usta ilość oleju, która mieści się w łyżeczce od herbaty. Staram się płukać usta i zęby przez mniej więcej 20 minut. W tym czasie wykonuję inne czynności, biorę prysznic, ogarniam śniadanie dla dzieciaków itd. Moja mama śmieje się, że to jedyne 20 minut w ciągu dnia, kiedy w domu panuje spokój. Ha. Ha. ha. Ważne- nie płuczemy olejem gardła ani go nie połykamy! Najlepszy jest olej nierafinowany, ekologiczny, przechowywany w szklanym opakowaniu, ale na początek zwykły olej z supermarketu też będzie ok, tylko na efekty trzeba będzie poczekać nieco dłużej.




2. Piję mój eliksir.


Wyciskam sok z jednej całej cytryny, do niego wrzucam kilka plasterków imbiru i zalewam gorąca wodą. Kiedy ostygnie, dodaję szczyptę kurkumy i łyżeczkę miodu. Chciałabym pić ten napój co rano zamiast kawy, ale póki co miłość (nałóg) do kawy wygrywa... Zu pije tak samo przyrządzony napój, ale na bazie roślinnego mleka. Z dodatkiem ghee, cynamonu i pieprzu staje się słynnym złotym ajurwedyjskim mlekiem długowieczności.




3. Piję dużo ziołowych herbat.


Moje ulubione to zielona, czerwona, czystek i pokrzywa. Zielona pobudza lub uspokaja, w zależności od tego, jak długo jest parzona. Czerwo przyspiesza metabolizm, więc jest zalecana po obfitym posiłku lub dla osób, które chcą schudnąć. Czystek ma działanie antybakteryjne, antywirusowe, uodparnia, usuwa ból gardła. Pokrzywa z kolei świetnie działa na skórę, włosy i paznokcie, które zimą często wyglądają gorzej.






4. Codziennie piję duży kubek zielonej herbaty- matcha wyciąga śluz z organizmu.


Dzięki temu ewentualny katar albo szybciej się kończy, albo w ogóle do niego nie dochodzi. Dobrej jakości matchę możesz kupić np. tutaj.





5. Unikam nabiału.


Ile ludzi, tyle opinii o jedzeniu nabiału. Jedni twierdzą, że nabiał jest zdrowy, inni radzą go odstawić. Ja zauważyłam, że źle się po nim czuję. Boli mnie brzuch, pogarsza się stan mojej cery, spada odporność. Poza tym ograniczam nabiał ze względów etycznych; od kiedy interesuje się przemysłem mleczarskim, tym, jak są traktowane zwierzęta dające mleko, mam coraz mniejszą ochotę na ser czy jogurt. Nabiał zaśluzowuje organizm- to jest fakt, niezależnie od tego czy jesteś wege, czy nie. W okresie zimowym im mniej śluzu w organizmie, tym lepiej. Nadmiar śluzu = katar, a tego przecież chcemy uniknąć.


6. Jem kiszonki.


Kiszone ogórki, kapustę, buraki... Do tego sporo cebuli i czosnku. Jeśli obawiasz się przykrego zapachu, po "śmierdzącym" posiłku żuj przez kilka minut świeżą natkę pietruszki- po smrodku nie będzie śladu :)



7. Rozgrzewam się zupami.


Zima to czas, kiedy staję się zupomaniaczką. Potrafię codziennie zjeść talerz lub dwa ciepłej zupy. Moje ulubione to rosół na bazie wywaru warzywnego, czerwony barszczy, wszelkie dahle z soczewicy, jarzynowe z kaszą jaglaną. Jeśli nie masz pomysłu na zimowe zupy, to polecam książkę Moniki Mrozowskiej" Zupy moc". Uwielbiam absolutnie każdą zupę z przepisu Moniki!




8. Do wielu potraw dodaję kurkumę, imbir, cynamon i pieprz cayenne.


Wszystkie te przyprawy rozgrzewają, działają antybakteryjnie i uodparniająco. Kurkuma jest bardzo niedocenianą przyprawą, tymczasem ma silnie działanie antynowotworowe, niszczy wolne rodniki odpowiedzialne za starzenie się organizmu i przyspiesza rekonwalescencję po chorobie. Przez całą zimę staram się chociaż raz dziennie zjeść posiłek z kurkumą. Możesz dodać ją do zup, napojów, nawet do jogurtu. Świetnie smakuje z miodem i odrobiną kardamonu.



9. Jem dużo owoców i warzyw.


W zasadzie jem je przez cały rok, ale zimą szczególnie dbam o to, żeby codziennie zjeść solidną porcję witamin właśnie w takiej najczystszej postaci. Do tego dorzucam garść orzechów, moje ulubione to nerkowce, a jak mam ochotę na coś słodkiego, to sięgam po suszone niesiarkowane owoce. Takie owoce, zwłaszcza mango lub papaja, potrafią skutecznie zastąpić niezdrowe słodycze, na które często mamy ochotę właśnie w te długie zimowe wieczory.


10. Suplementuję witaminę D i kwasy tłuszczowe omega.


Witaminę D zaczęłam przyjmować na początku września. Żyjemy w takim klimacie, że naprawdę trudno i jest nam utrzymać odpowiedni poziom tej witaminy. Dlatego powinno się przyjmować ją właściwie przez cały rok. Ja i moje dzieci robimy przerwę w suplementacji tylko na 4 miesiące w roku- maj, czerwiec, lipiec i sierpień. W te miesiące spędzamy bardzo, naprawdę bardzo dużo czasu na słońcu, więc pozwalam naszym organizmom odpocząć od suplementacji. Czy wiesz czym grozi niedobór witaminy D? Przewlekłe zmęczenie, spadki nastroju, stany depresyjne, bezsenność, drgania mięśni, niska odporność, osteoporoza, a nawet autyzm oraz stwardnienie rozsiane! Badania mówią, że prawie 90% dorosłych Polaków oraz 60% dzieci ma niedobory witaminy d- to porażające wartości. Od listopada przyjmuję witaminę D w formie kombinacji olejów- lnianego, z ogórecznika, wiesiołka i czarnej porzeczki- wraz z bioestrami kwasów omega 3-6-9. Dodatek koenzymu Q10, witamin E i A sprawia, że jednocześnie dbam o stan mojej skóry. EstroVita ma w swojej ofercie również preparat dla dzieci, który dzięki malinowemu smakowi jest przyjemny w stosowaniu. Tutaj możesz kupić EstroVitę, a podając kod SKÓRA2019 masz 10% zniżki.




11. Dostarczam sobie odpowiedniej dawki witaminy C.


Kiedy czuję, że przemarznę, gorzej się czuję, jestem przemęczona itd. przyjmuję dużą dawkę syropu Miód Malina Witamina, który nie jeden raz uratował mnie i dziewczyny przed choróbskiem. Co to jest według mnie duża dawka? To taka dawka, po której boli mnie brzuch... ;) Tak, dziwnie brzmi, ale w sytuacjach kryzysowych doprowadzam do wysycenia organizmu witaminą. C. Więcej do poczytania na blogu Ani. Miód Malina Witamina to w 100% naturalny produkt na bazie miodu i pulpy owocowej, można kupić również taki z dodatkiem siarki. Ja osobiście wolę tę siarkową wersję- wydaje mi się, że jest mocniejsza. Miód Malina do kupienia tutaj. Przy okazji polecam bloga twórczyni syropków, bo to kopalnia wiedzy.





12. Staram się codziennie wyjść na dwór, niezależnie od pogody. 


Jestem ciepłolubem, więc różnie mi to wychodzi, ale jak już się zbiorę i wyjdę na szybki marsz, to czuję się potem rewelacyjnie. Nawet, jeśli jestem zmęczona, ospała, nic mi się nie chce, to taki marsz pobudza lepiej niż mała czarna. Maszerowałam już w deszczu, padającym śniegu i w drugi dzień świąt z kolędą na ustach- dosłownie ;)- więc wiem, że każda pora jest dobra.




13. Ćwiczę regularnie.


Kiedyś myślałam, że tylko solidny wycisk na siłowni się liczy. Że jeśli pot nie spływa mi strumieniami po, za przeproszeniem, dupie, to trening nie miał sensu. Myliłam się i to bardzo. Znalazłam odpowiedni rodzaj aktywności dla siebie i widzę, że nawet 15 minut dziennie daje mi dużo korzyści. Najbardziej lubię power jogę (do powolnej, statycznej klasycznej jogi zupełnie nie mam serca), nordic walkin (tak, zimą w śniegu też się da!) i callanetics od czasu do czasu. Jestem właśnie w trakcie czytania świetnej książki, którą mam okazję zrecenzować dzięki uprzejmości Grupy Wydawniczej Helion, od  Kasi Grządki "Trening w rytmie slow. Dbaj o siebie, ćwicz i żyj w zgodzie ze sobą i z naturą" i utwierdzam się tylko w tym, że każda z nas może ćwiczyć, w każdych warunkach i w każdej sytuacji, trzeba tylko znaleźć odpowiednią aktywność dla siebie. Recenzja książki już niedługo pojawi się na blogu, stay tuned :)




14. Wietrzę dom. 


Codziennie obowiązkowo, niezależnie od ilości stopni na minusie, wietrzę dom. Rano po nocy i wieczorem przed spaniem- chyba że sąsiedzi palą czymś podejrzanym w piecu... 


15. Ubieram się adekwatnie do pogody.


Patrzę na pogodę, a nie na kalendarz. Jeśli jest ciepły dzień, mimo środka zimy, to nie ubieram się jak mały Eskimos. Jeśli mróz trzaska, zakładam na siebie tyle warstw, ile trzeba, aby było mi ciepło. Inwestuję w dobre zimowe buty- to podstawa- i dbam o nie, żeby służyły mi jak najdłużej.


16. Doceniam.


Codziennie staram się znaleźć coś, chociaż jedną rzecz, za którą jestem wdzięczna. Doceniam i cieszę się drobiazgami.


17. Wysypiam się.


Staram się, chociaż wszelkie stresy objawiają się u mnie bezsennością, a wieczorna praca przy komputerze nie pomaga. Niemniej jednak staram się wysypiać. Nic tak nie psuje samopoczucia, jak zarwana noc.


18. Otaczam się przyjemnymi zapachami.


Zimą uwielbiam wszelkie naturalne olejki eteryczne, zwłaszcza te o zapachu cytrusów, cynamonu, lawendy czy lasu. Uważaj na wszelki chemiczne dodatki do olejków, czytaj etykiety, bo wiele "naturalnych" olejków ma niezdrowe dla ludzi chemiczne wzmacniacze zapachu. Lepiej zapłacić więcej za olejek, ale mieć pewność, że wdycha się czystą naturę. Zapachy potrafią nas pobudzić, uspokoić, zrelaksować, uśpić czy wyciszyć. Niedługo napiszę o tym szerzej.



19. Styczeń miesiącem badań kontrolnych.


Od wielu lat mam taki zwyczaj, że rok zaczynam badaniami- morfologia, mocz, cytologia. Robię co trzeba i mam spokój na kolejny rok. To mi przypomina, że w tym roku jeszcze tego nie ogarnęłam...


20. Bieganie boso po śniegu.


Ok. Przyznaję. Jeszcze nie nie próbowałam, więc teoretycznie nie powinnam tutaj tego zapisywać, ale... wiem, że to jest zdrowe. Wiem, że pięknie hartuje organizm, uodparnia i uziemia. Czytam o tym, czaję się na to i mam nadzieję, że zrobię to jeszcze zanim skończy się zima.




Jestem bardzo ciekawa jaka są Twoje sposoby na zimowe zdrowie i dobre samopoczucie. Podziel się nimi ze mną w komentarzu! :)






Jeśli uważasz, że post jest ciekawy, puść go dalej w świat, dziękuję!